Dziecięcy Zespół Wokalny "GONG"
Warszawa 2007
gong@plusnet.pl
Copyright 2007 by © Maria Dębicka-Kowalczyk.
Copyright 2007 by © Krystyna Malinowska, © Wojciech Kowalczyk, © Jacek Kowalczyk.
Copyright editor 2007 by © Dziecięcy Zespół Wokalny "GONG" 02-114 Warszawa, ul. Wiślicka 8.
Wydanie pierwsze, internetowe.
Skład komputerowy i przygotowanie do internetu własne.
Redakcja: Jacek Kowalczyk, Krzysztof Malinowski.
TRZECIA NAGRODA W KONKURSIE LITERACKIM TELEWIZJI POLSKIEJ NA SAGĘ RODZINNĄ - 1981
Książka niniejsza jest wykonaniem ostatniej woli naszej Matki.
Panu Dariuszowi Sapińskiemu serdeczne podziękowania za udostępnienie swych zbiorów numizmatycznych.
Jacek Kowalczyk


MARIA DĘBICKA-KOWALCZYK

SMUGI SŁONECZNE
ALBUM RODZINNE
 

5
MARIA
1920-1943

CZĘŚĆ PIĄTA
MARIA
1920 - 1943

Trzy są miejsca, które dziecko już zna. Rynek, wierzba na podwórku szkoły i własny dom.
Rynek w Wolsztynie , mały, czworokątny, otoczony jest domkami. W jednym z nich mieści się skład żelazny pani Jaskólskiej. W sklepie są przeróżne drobiazgi, które fascynują dziecko. Siedząc na beczce, ogląda z zaciekawieniem klucze, pilniki, gwoździe: duże bretnale i małe, ostre jak szpileczki, papiaki. A nade wszystko łopaty: duże, ciężkie i małe, do piasku. Matka nie ma pieniędzy na czerwoną łopatkę i kolorowe foremki. Nie ma ich nawet na wyżywienie. Pani Jaskólska ma trzech synów. Najmłodszy, Janek zwany "Rojber" , ma sześć lat. Nie darmo tak go się nazywa. Na każde drzewa na skwerku, pośrodku placu, koło studni umie się wdrapać, żaden płot nie stanowi dlań przeszkody. Uczy też bardzo skutecznie tego samego Marylcię. Wystarczy jeden przeraźliwy gwizd, a Marylcia zeskakuje z beczki z dziegciem i biegnie na rynek.
To jeszcze nie jest najgorsze, bo matka rozumie, że w jej dziecku odżywają jej własne "płoteczki, dziureczki" libawskie. Matka boi się o wodę i bardzo pilnuje, żeby dziecko nie zbliżało się do niej. Są tu bowiem, przepięknie zalesiane, rybne dwa jeziora: Wolsztyńskie i Berzyńskie. Jest i trzecie, które podchodzi już pod sam Zbąszyń . Jeziora - to powód stałej troski matki. Ona zna żywioł wodny. Tak łatwo może się nóżka omsknąć!
Wierzba płacząca długimi, zielonymi warkoczami, jest własnym kącikiem. A poza tym, z córeczką dyrektora szkoły tak wspaniale można bawić się w sklep. Piasek, kamyki, liście, w wyobraźni dzieci zmieniają się łatwo w dobrze zaopatrzony skład kolonialny.
Obok, bliziutko, jest dom. Poznaje się go po tym, że wąska uliczka, na rogu której stoi, kończy się jeziorem. Do jeziora podchodzić nie wolno.
Kamieniczka narożna, z filarkami balkonowymi na pierwszym i drugim piętrze.
- Pamiętaj, Marylciu, gdzie mieszkasz! W razie czego! Gdybyś zabłądziła. Powtórz!
- Sienkiewicza osiem, a ja się nazywam Marylcia.


- Gdzie tatuś, mamo?
Pytanie wciąż się powtarza. Powraca, niezaspokojone odpowiedzią, że tatuś w Poznaniu, że tam mieszka i tam pracuje.
Ojciec, ostatecznie "ustawiony" w białym Belwederze, organizuje nowopowstałą w Poznaniu Dyrekcję Ceł. Rzecz w tym, że życie w Poznaniu jest bardzo drogie i nawet miliony marek gaży etatowego pana Prezesa, nie pozwalają na wspólne gospodarstwo. Na prowincji jest zawsze taniej - wynika z obliczeń matki. A ona umie liczyć. Jakby nie spojrzeć na tę sprawę, teraz Musia i Marylcia. są najważniejsze. Tak więc zostaje postanowione, że ojciec będzie mieszkał i pracował w Poznaniu, dojeżdżając tylko czasami do rodziny. A trójka kobiet zamieszka w Wolsztynie.
Za to, kiedy przyjeżdża, kiedy małą rączkę zamyka duża, ciepła dłoń tatusia, dziecko jest w pełni szczęśliwe i bezpieczne. Wtedy są najpiękniejsze, najintymniejsze rozmowy, zwierzenia. Piłka się zgubiła. W krzaku dzikiej róży się zaszyła, koło domu. Wywieszało się język, siedząc na płocie, do różnych osób się to robiło. Musia zrobiła laleczkę pacyneczkę i jest ich pięć, bo z rękawiczki je zrobiła.


W korytarzu jest zimno. Dziecko przytupuje nóżkami. A mamusia nic nie mówi, każe tylko być cicho i słucha tego białego fartucha. Głos z góry ciągle powtarza to samo: ".odżywianie, dobre odżywianie. gruźlica ".
Więc co ma robić matka? Idzie ulicą, ręce, zaważę ruchliwe niemal wyłamuje. Ten ruch ją otrzeźwia. "Nie łamać rąk - mówi do siebie - tylko nie łamać rąk, imać się pracy. Każdej!"
Do męża napisać nie może. On i tak robi wszystko, co w jego mocy. To nie jego wina, że marka spada na łeb na szyję. Miliony które biedak zarabia, starczą na l bochenek chleba dziś, bo już jutro, następna fala inflacji pozwoli na kupno tylko pół bochenka.


Droga do pałacu hrabiny Mycielskiej dla nóżek trzyletniego dziecka wydaje się bardzo długa. Na końcu alei jawi się mały pałac. Po wejściu do środka dziecko pyta:
- Czy to kościół, mamusiu? - Z ekscytacji podskakuje z jednego białego kwadratu marmurowej posadzki na drugi, czarny. Olbrzymi holl nie wytraca jej kroków, a odwrotnie, pomnaża, uwielokrotnia echem. Jakby wiele dziecięcych nóżek bawiło się w klasy na marmurowej posadzce pałacu.
"Co za ogrom! - myśli Stasia - Przecież tu, w tym pałacu zmieściłaby się i szkoła i ze dwie, trzy ochronki dla dzieci, których matki muszą pracować! Przecież - myśli dalej - widać, że pałac w ruinie, zaniedbany, a oni trzymają się rękami, pazurami. I jeszcze zadają szyku." kończy rozmyślania na widok lokaja, który właśnie podchodzi.
Wprawne oko fagasa szybko ocenia stary, zniszczony, powojskowy szynel kobiety, jej wykrzywione buty i śmieszny wielki kapelusz, a raczej kaplin. Liberii nie będzie się wkładało! Nie ma dla kogo! Nie przeszkadza mu własna, brudna i bardzo zniszczona kamizelka w paski. Pyta ceremonialnie:
- Kogo mam zameldować jaśnie pani hrabinie?
Stasia wyprostowuje się, zsuwa zawadiacko kaplin na tył głowy:
- Niech zaanonsuje: pani Stanisława Dębicka. Z córką. - dodaje po sekundzie - I niech się pośpieszy, bo nie mam czasu.
Obydwie panie Dębickie wchodzą do dużego i długiego pokoju na środku którego stoi prawie równy długością pokoju, stół. Ma ciężkie, dębowe, rzeźbione nogi w kształcie lwich łap i jest kryty marmurowym blatem. Przez rozsuniętych kilka par drzwi, w amfiladzie - szereg pokoi, salonów, pełnych mebli, brązów, bibelotów.
Im dłużej Stasia przygląda się, tym głębiej narasta głuchy sprzeciw. Nie łagodzi jej uczuć pojawienie się jaśnie pani hrabiny Mycielskiej. Jest to mała, smutna postać, owinięta szalem i w żałobie. Straciła ostatnio dwóch synów w Łegianach - wyjaśnia z ledwo wyczuwalnym odcieniem dumy, czytając jednocześnie list, który podaje jej Stasia. List polecający.


Z pałacu droga dłuży się bardzo. Dziecko jest zmęczone, głodne i chce "na rączki. Matka nie ma sił. Wloką się więc obie, wzdłuż drogi. A Stasia przeżywa raz jeszcze wizytę. Nie maże sobie darować, że tam poszła. Ludzie mówili, że ta dobra pani, uczynna, na pewno pomoże. Pomogła! Słodkim, dobrze wychowanym głosem, powiedziała: "No, wie pani, tak ogromnie mi przykro, ciężkie teraz czasy. Ja sama borykam się z trudnościami". I jeszcze dodała: "Mróz całą oranżerię mi zniszczył. Takie unikalne okazy! Cóż ja mogę dla pani uczynić. Nic. Niestety, nic, droga pani."
Jeszcze brzmi jej w uszach dźwięk dzwonka, którym "dobra" pani hrabina przywołała służącego i raczyła oznajmić, że może przeprowadzić "te panie" do wyjścia, a potem niech podaje do stołu. I - dodała - niech Jan każe nakryć w oranżerii." Pięści Stasi zaciskają się.
- Mamusiu! Nie tak mocno, to boli!
"Więc nie wszystkie "oranżaki" zniszczył mróz." - myśli Stasia nie słysząc skargi dziecka. Myśli jej są teraz złe, czarne. A na to wszystko nakłada się jeszcze wojna, głupia, bezsensowna wojna. Komu potrzebna? Garstce zapaleńców, fanatykom. A Bogdan tak wierzył, tak wierzył!


Na rogu Sienkiewicza, obok domu w którym mieszkają, stoją szeregiem, dochodzącym aż do jeziora, małe, parterowe domki z ogródkami. Stasia, niewiele myśląc, puka do pierwszego z nich. Drzwi otwiera młoda kobieta. Jest niska, grubiutka i uśmiechnięta. Twarz tonie w drobnych, czarnych loczkach.
- Tundakowa jestem. - przedstawia się sama - Proszę bardzo, niech pani wejdzie - otwiera szeroko drzwi - Ja panią znam z widzenia. Jakie śliczne dziecko! Jak masz na imię, maleńka?
- Maria, Irena, Krystyna - odpowiada za dziecko, matka.
- Tyle imion dla jednej małej osóbki.
Czarne kręgi powoli przepływają przed oczyma. Ustępują szybko innym, złocistym. Te krążą szybciej, coraz szybciej. Stasia chce powiedzieć, że źle się czuje, że zaraz zemdleje.
Kiedy przychodzi do siebie, widzi zatroskaną, pochyloną nad sobą twarz młodej kobiety.
- Dziecko! Gdzie dziecko? - pyta Stasia.
- Spokojnie! Spokojnie! Dziecko jest tu, przy pani.
Stasia omiata pokój wzrokiem. Ładnie tu, skromnie, i bardzo czysto. W oknach białe firanki, na parapecie fluksje. Na małym stołeczku dziecko, z pełną buzią, kończy pałaszować grubą kromkę chleba ze smalcem. A przy stoliku pachnie apetycznie rosół w kubeczku.


 

Długie, serdeczne rozmowy z panią Izą Tundakową mają ten skutek, że Stasia znajduje pracę. Wspaniałą, dobrze płatną pracę. Trzeba tylko trochę pochodzić po domach, ale ma za to zapewniony wikt, tym samym więc i obiad dla dziecka oraz sporo marek, to dla Musi. A sama praca? Ach, to już bagatelka! Nieważne! Jest młoda, silna, da sobie radę l
Dziecko zostaje podrzucone Musi, która z wiosną czuje się, lepiej. Czasami wychodzi nawet z małą do przyszpitalnego ogrodu. Musia czuje się lepiej zapewne i dlatego, że teraz szeroką strugą płyną do niej, znoszone przez Stasię, produkty żywnościowe. Jest mleko, jaja, masło, a nawet cukier. Nie jest on co prawda taki biały, w głowach, jak w Rosji, a żółtobrązowy, lepki i brzydko pachnący. Ale zawsze ta melasa to cukier.
Pojawia się też smalec, bo kiedy Tundakowie biją świniaka, zaprasza się zawsze Stasię z małą. Świniobicie to wielkie święto. Mięso się tu pekluje, soli oraz przerabia na wszelkie możliwe sposoby, aby było "na zapas", na głodną i chłodną zimę 1920 roku.
Dziecko lubi patrzeć, jak pani Tundakową wkłada do wielkiej maszyny mięso, które potem, przez założoną na "pysk" maszyny błonę, zmienia się w kiełbasy. Dziecko, zachwycone, zafascynowane nowym, ciekawym widowiskiem, szwenda się wszędzie. Nieopatrznie położony na stołku nóż, przecina swym ostrzem głęboko mały paluszek. Bardzo boli. I jodynowanie boli. Ale dziecko nie płacze. Mały człowieczek jest dzielny.
Zjawiają się też w jadłospisie i ryby. Śmieszna sprawa, bo łowienia ryb uczy Stasię pani Tundakowa.
"Pójdę ja na morze, woda się kołysze…" - marzy się Stasi.
Woda na jeziorze nie kołysze falą, wiatr tylko marszczy powierzchnię jeziora drobnymi prążkami.
Siedzą wieczorami nad wodą, każda ze swoją wędką i czekają na rybę. Wieczorami ryby biorą najlepiej. Obydwie kobiety zwolna zaprzyjaźniają się. Łączy je tym głębsza przyjaźń, że zawarta w obliczu biedy. Fani Tundakowa opowiada jak sama, z dwojgiem małych dzieci, nauczyła się dawać sobie radę. Same, bo mąż poszedł do Powstania Wielkopolskiego . Ranny, wpław przepłynął jezioro Zbąszyńskie.


 

- Musiu, kurę mamy, wiesz? I jajka znosi. Trzymam ją w komórce, w ogrodzie. Przyniosłam ci świeżutkie. Zrobię na miękko.
Stasia szykuje jedzenie na składanym, małym prymusie. Gdy podaje jedzenie Musi, ta patrzy na jej ręce.
- Mamo. Co się stało? Dlaczego twoje ręce są pomarszczone, czerwone? I paznokcie ci obierają i ropieją? Z tym trzeba do lekarza. Zaraz będzie wizytacja - ja mu powiem.
- Nic nie powiesz, Musiu! To nic nie jest. Jedz jajko, bo wystygnie. A ręce, to z mrozu. Odmroziłam.
- Przecież jest wiosna, mamo!
- Ja wiem, co mamusia robi. - wtrąca swoje trzy grosze dziecko - Mamusia chodzi po ludziach i robi "Pucu, pucu, chlastu, chlastu, nie mam rączek jedenastu, ale mam dwie rączki małe i do prania doskonałe" .


Drzwi otwiera się cichutko, żeby pani z białymi skrzydłami i w długiej, granatowej spódnicy, nie gniewała się i jeszcze, żeby nie obudzić Musi.
Miękkie, ciepłe miejsce na kołdrze. Fałdy, to wzgórza, paluszki, to nóżki, które po nich biegają.
Na stoliku obok, tyle dobrych rzeczy! Jest i tort orzechowy, bo nawet i to dawne marzenie Musi Stasia spełnia.
Razem jedzą, razem przysypiają. Bo gdzie ma zostawić Stasia dziecko, kiedy idzie do pracy? Tak, tak, uprać, wykrochmalić i uprasować. Z obiadem, oczywiście z obiadem! A gdyby Stanisława mogła jeszcze odkurzyć dywany i wyszorować podłogę w kuchni.
Dziecko bawi się długą, wąską saszetką, która lśni kolorowo, tajemniczo. Dziecko usypia, przytulone do siostry.
A dziewczyna, w twarzy której lśnią bardzo piękne, olbrzymie, rozszerzone gorączką oczy, gładzi główkę śpiącego dziecka i szepce: "Tak bardzo chcę żyć, Marylciu, tak bardzo!"


Dziecko, nagle obudzone, słyszy głos lekarza: "Przydałyby się góry, ale w tym stanie, pani rozumie."


W korytarzu jest zimno. Dziecko przebiera nóżkami. Matka milczy, a biały fartuch bardzo się gniewa. Na mamusię!
- Co pani robi najlepszego? Chce pani drugą córkę stracić! Przecież to kwestia tygodni! To, proszę pani, galopujące suchoty .
Dziecku jest zimno. Dziecko chce do Musi. I żeby siostrzyczka jeszcze raz opowiedziała: "Był sobie król, był sobie paź i była też królewna".


Las pachnie. W lesie są drzewa. Wysoko. Za wysoko. Tu, blisko ziemi, rosną kwiaty. Dużo. Kolorowe.
- Tatusiu! Co to?
- Smółka, mały, śliczny kwiatek.
- Co tam leci?
- Wrona. Zobacz, jaka śmieszna, poważna. Usiadła na gałęzi, łebek przekrzywiła i kracze. Nie otwieraj buzi, bo ci wrona wleci.
- A to żółte?
- Mlecz. Tych kwiatków nie trzeba zbierać. Mają w środku biały płyn. Bardzo szkodzi na oczka.
- Co to tak pachnie?
- Las, córeczko. Tu wszystko pachnie: żywica, kwiaty, trawy.
- A to, tatusiu, co trzymasz? Takie ładne. Gdzie jest Musia?
Ojciec trzyma w ręku dmuchawiec. Wolno podnosi go i wydechem burzy harmonię, delikatnych lotek. Puszysto, lekko rozpierzchają się na wszystkie strony.
- Zobacz, córeczko, to jest smółka, taki ładny kwiatek - mówi, pochylając się, ojciec.
- Już mówiłeś, tatusiu! Gdzie jest Musia ?


Jak bardzo rzadko przyjeżdża tatuś. Dziś przyjechał ciemną nocką i gęstą zawieją śnieżną.
- Ja chcę na kolana!
- Poczekaj, Marylciu, niech tatuś odtaje, będą i kolana.
- Osiemnastego października podpisali zawieszenie działań wojennych. Skończy się wreszcie ten bezsensowny przelew krwi. Hm Co chcesz, kochanie? Na kolanka? Chodź!
- Jedzie więc "pan, na koniku sam". Hop! Hop!
Kolana ojca to najbezpieczniejsze miejsce na świecie.
- Co to tak tyka?
- To moja cebula. Posłuchaj! - ojciec przykłada kopertę zegarka do uszka dziecka.
- Sznurowadło ci się rozwiązało, daj, tatuś poprawi.
- Nie! Ja sama. Jestem duża panna. Mam tsy latka.


Dziecko schodzi bardzo ostrożnie po schodach, stawiając na każdym stopniu obie nóżki. Schody są śliskie. Kurczowo trzyma się obydwoma rączkami toczonych, krągłych balasków balustrady. Do poręczy nie dosięga jeszcze, ma dopiero cztery lata.
Tam, na dole, daleko, jest wybawienie - parter. Pomimo trwogi, schodzi w dół. Nie ogląda się za siebie. Zresztą, ani u góry schodów, ani w drzwiach nie ma matki. Nie ma też jej zbawczej, zawsze gotowej nieść pomoc, dłoni. Dziecko najchętniej byłoby teraz w mieszkaniu, przytulone do mamusi, bezpieczne. Dziecko musi pokonać własny lęk. Wie, że trzeba pójść do pani Tundakowej i powiedzieć: "Mama bardzo chora, nie może wstać. Niech pani zaraz przyjdzie". I już od siebie, dodaje po cichu: "Moją mamę boli. Bardzo".


Marylcia, o której zapomniano, patrzy teraz na matkę, która leży na brzuchu. Jej plecy pełne są tajemniczych, szklanych baniek , które zwolna robią się prawie czarne.
- Tylko bańki! - mówi pani Tundakowa - to najlepsze lekarstwo na hexenschuss . Zaraz się pani poczuje lepiej.
Mama, choć ją bardzo muszą te bańki boleć, uśmiecha się do córeczki i mówi, że to słowo oznacza postrzał czarownicy. Więc dziecko nie rozumie, jak ta niedobra czarownica mogła postrzelić matkę.


Znów głód zagląda pod ich dach. Ojciec przysyła co prawda pieniądze albo przywozi je sam. Ale co z tego że w jego grubej wypchanej walizce są miliardy, jeśli tych ecipeci dziś starcza na obiad, jutro na chleb i mleko, a pojutrze? Sam tylko znaczek na list do tatusia kosztuje trzysta marek.
W takie niedziele, kiedy ojciec zjawia się nagle, przywozi też ze sobą dobre rzeczy. Niewiele. To jego deputaty. Smak czekolady, już zapomniany, powraca. "Po co - myśli Stasia - czekolada, jeśli na podstawowe rzeczy nie mamy?" Ale nie mówi nic, żeby nie psuć radości temu najlepszemu z ojców, którego jedyną wadą jest to, że nie umie kraść, paskować . Jest po prostu człowiekiem o czystych rękach.
Na kolanach ojca jest cudownie, a nowa piosneczka rozbawia: "Siedzi kaczka na kamieniu, trzyma dudki na ramieniu, pięknie gra ".
- Kwa, kwa, kwa - uzupełnia mała. Mamusiu, zjedz kawałek czekolady!
- Nie, dziecko, dziękuję. Ja nie lubię czekolady.
- No to ty, tatusiu, spróbuj, jaka dobra.
- Nie, fąfelku. I ja dziękuję. Ja też nie lubię.
Matka patrzy przy tym na ojca, ojciec na matkę. Dziecko uważnie przygląda się obojgu. Ojciec kładzie rękę na dłoni matki.


Wiosną 1922 roku Stasia staje na nogi. Zwycięża odporny organizm i narastające ciągle potrzeby. Dziecka nie ma w co ubrać. U zawsze niezawodnej pani Tundakowej przybyły bliźnięta. Z tej więc strony trzeba raczej pomyśleć o oddaniu długu wdzięczności. Stasia pożycza od sąsiadki "z góry" maszynę do szycia.
Kończy się okres: "…pranie i może Stanisława wyszoruje podłogę…", a zaczyna: "tylko aby na jutro, moja kochana pani Stasiu i żeby koniecznie modnie. Wąziutka na dole, z tyłu kokarda, na bluzce dżety. I oczywiście krótka, tak z piętnaście centymetrów nad kostką!"
Przy okazji obszywa się też "bogato" dom pani Tundakowej. Bogato nie znaczy strojnie, a dużo. Obydwa domy bez przerwy wymieniają, przerabiają, skracają lub podłużają, nicują i farbują starą, zużytą odzież.


Matka jest w rozpaczy. Klęczy już pół godziny przed nieświadomą niczego córeczką. Obok zatroskany ojciec. Lewe oko dziewczynki jest przewiązane czarną opaską, a mała wygląda jak rasowy pirat. Matka na próżno pokazuje dziecku z prawej strony palce, miga nimi.
- Tu patrz, Marylciu, skarbie, tu, tu. Widzisz, widzisz paluszki mamusi?
- Nie.
Tak więc zostaje postanowione, że pojedzie się do Gniezna. Tam jest klinika oczna i bardzo dobry chirurg. Całą sprawę finansuje, odnaleziony przypadkowo właśnie w Gnieźnie, brat mamy, Antoś . Dorobił się stopnia porucznika, ożenił i mieszka teraz w Gnieźnie.
- Kto to Antek, mamusiu?
- To mój brat, córeczko. Czekaj, Bogdziu, to przecież dla niej wujek. Masz wujka, Marylciu! Wujka Antosia.
- A chirurg, kto to? Też wujek?
- Nie, Marylciu. To taki pan, który jest bardzo dobry i zrobi tak, żebyś widziała tak samo dobrze na oba oczka.
- Bogdziu, może lepiej jej o tym nie mówić?
- Dlaczego, Stasieńko. Moja córka nie przestraszy się, jeśli jej wszystko wytłumaczę. I nie będzie płakać! Prawda, córeczko?
Dziecko obiecuje solennie. A Bogdana uderza w tej chwili myśl, że nigdy nie widział żony płaczącej. Nigdy! Nawet w najcięższych chwilach.



Stanisława i Marylcia Dębickie, ciocia Jadzia i wujek Antoś
Pallulonowie w gnieździeńskim parku, 1920 r.

Do krzesełek w parku gnieździeńskim zbliża się fotograf.
- Zdjęcie? Państwo pozwolą, taka ładna scenka rodzinna!
Pozwalają, bo tak się zagadali, że nie bardzo wiedzą, o co chodzi. Dziecko tylko patrzy uważnie na wielką, czarną płachtę, którą ten pan zarzuca na aparat i sobie na głowę, a potem wysuwa rękę i coś woła o ptaszku.
Na krzesełku siedzi matka, a obok niej, na poręczy drugiego - dziecko. Matka ma wielki, gruby i nieodpowiedni na wiosenny dzień płaszcz szynel. Na głowie śmieszny kaplin, wygięty jednakże z fantazją. Nogi, w powykrzywianych butach, chowa pod krzesło. W jednym ręku trzyma bardzo długą, wyższą od dziecka łopatkę, bo mniejszych w składzie żelaznym pani Jaskólskiej już nie było, a drugą obejmuje córkę. Marylcia przed chwilą przyniosła kwiatki, zerwane na trawniku. Dla mamy je przyniosła. Wujek Antoś ma mundur oficerski, koalicyjka przecina mu pierś. Marylcia nie polubiła nowego wujka. Wujek nie pozwala usiąść na kolanach bo mundur może się pognieść. Nowej cioci Jadzi też się nie będzie lubiło. Nowa ciocia pachnie jak skład apteczny w rynku, okropnie szeleści jedwabną, obcisłą sukienką. Na rękach ma rękawiczki. Wcale ich nie zdejmuje. Ale to nie są takie, z jakich Musia robiła laleczkę pacyneczkę. Są inne.
- Nie dotykaj, Marylciu! Możesz zabrudzić - powiada bardzo łagodnie nowa ciocia - To są rękawiczki glacé .
- Marylciu, podziękuj wujkowi, to on, to za jego…
Dziecko wstaje posłusznie, dyga i mówi:
- Dziękuję, wujku Antoni!


Pod drzwiami sali operacyjnej kliniki ocznej matka niepokoi się. Nerwowo wyłamuje swe spracowane ręce. Bolesny krzyk - to zastrzyk znieczulający.
Kiedy wreszcie otwierają się drzwi sali, ukazuje się w nich wysoka postać szarytki, prowadząca za rączkę małą, pięcioletnią dziewczynkę. Dziecko ma zabandażowaną głowę. Wielka, biała kula. Patrzy teraz na matkę jednym, zdrowym okiem.
Lekarz udziela matce ostatnich informacji i zaleceń. "Dobrze, że dziecko nie ma gruźlicy, - mówi pan w białym fartuchu - bo wtedy usunięcie zaćmy mogłoby..."
Dziecko wyławia znajome słowo: "gruźlica".
- Mamusiu! - ciągnie matkę za spódnicę - Gdzie jest Musia?
- Chodź, Marylciu, widziałam tu niedaleko sklep z zabawkami. Kupię ci lalę. Prawdziwą. Taką z zamykającymi się oczkami i loczkami. I ona mówi "mama", jak się ją naciśnie w brzuszek. Nie płacz, maleńka. Bardzo boli?
Dziecko podnosi na matkę zdrowe oczko:
- Ja nie płaczę, mamusiu. Przecież obiecałam tatusiowi. One same, zupełnie same tak kapią i kapią. Mnie jest smutno za Musią!
- Ma pani bardzo dzielną córeczkę - mówi siostra - Nie zapłakała nawet. Raz tylko, przy zastrzyku krzyknęła.


Lalka! Pierwsza w życiu! Własna! Blondynka o niebieskich oczach. Budzi się odwieczny instynkt. Przytulić, ukochać. Dziecko trzeba podnieść na zbyt wysoki stopień tramwaju. Ze słabych rączek lalka wyślizguje się. Jej ładna, porcelanowa twarzyczka, z zamykającymi się oczkami, rozbija się o bruk. Matka, za reszty pieniędzy Antosia, zamiast niezbędnych rzeczy, kupuje natychmiast drugą lalkę. Ale blondynek już nie ma. Są tylko brunetki. Paczkę z lalką niesie już matka. Nie rozumie, dlaczego mała nie chce nieść tej drugiej lalki. Nie rozumie, że dziecko, przez kilka chwil pokochało naprawdę tę pierwszą.


Znów przychodzi mroźna, śnieżna zima. Po powrocie z któregoś spaceru, matka siada na stołku zmęczona. Niezbyt wygodnie jest spacerować w kaloszach, zwłaszcza wypchanych gazetami aby uchronić się przed zimnem. Siedzą tak obie w kuchni, gdzie też jest zimno, bo pod płytą się nie pali, ale zawsze jest tu trochę cieplej, niż na dworze.
- Chodź do mnie, Marylcia, moje kochane, małe jajeczko. Chodź do swojej kurki!
- Jeżeli mamusia jest kureczką, a ja jajeczkiem, to kurka musi przyjść do swego jajeczka - odpowiada roztropne dziecko.


Matka postanawia, że głód głodem, brak pieniędzy brakiem, a trzeba zacząć wprowadzać trochę gimnastyki na świeżym powietrzu. A jak już pani Stanisława, z domu Pallulonówna, coś postanowi, to już ho, ho! Będzie na pewno!
Ślizgawka i łyżwy! O ślizgawki nie trudno w Wolsztynie. Na pięknym, szerokim i długim jeziorze, jeżdżą każdej zimy.
W sklepie żelaznym pani Jaskólskiej, w rynku, są łyżwy. Różne. Duże i małe. Są bardzo drogie. Jak mogą być tanie, jeśli sam znaczek na list do tatusia kosztuje już sześć i pół tysiąca marek. Jak tu myśleć o łyżwach! Nieoceniona pani Tundakowa i na to ma radę. Na strychu wynajduje stare, zardzewiałe łyżwy, o trzy numery za duże. Matka oczyszcza je starannie z rdzy glasspapierem , który przyniósł "Rojber". W buty, też za duże, wkłada tony papieru, bo nóżki są jeszcze małe.


Nad brzegiem jeziora stoi kobieta. Przestępuje z nogi na nogę. W kaloszach szeleszczą gazety. Pociera sobie ramiona, aby było choć trochę cieplej.
Z tych ramion, przed chwilą, odeszło dziecko. Weszło śmiało na lód. Robi krok. Pierwszy, samodzielny krok. Pada. Podnosi się, jedzie niezdarnie kawałek, znowu pada. Jedzie, jedzie, plączą się nożyny w za dużych o trzy numery butach. Pada. Znowu jedzie dalej. Uparcie, wytrwale. Przebiera nóżkami, rani się boleśnie w kostki. Nie zniechęca się. Znowu jedzie, odpycha się coraz sprawniej. Coraz lepiej utrzymuje równowagę. Leży! Na brzuszku. Nad sobą ma ołowiane, zimowe niebo, pod sobą tajemniczy, zaklęty w lodzie świat podwodny.
- Wstań! W tej chwili wstań! Przeziębisz się! - woła matka, choć wie, że dziecko ukuśtykało już spory kawałek i nie może jej słyszeć. Matka patrzy na jezioro. I ona kiedyś, dawno, tak jeździła. Spódniczka się spruła, bo ciocia Ludka zrobiła ją z niewłaściwej strony. I ożywa, zakopany pod lodem świat ludzki, na Syberii dalekiej, mroźnej. Wdaje się jej, że ten podwodny, uśpiony świat, to życie jej dziecka. "Może i ono obudzi się kiedyś do swojej wiosny życia, - myśli w zadumie - oby życie zaoszczędziło jej moich doświadczeń!"


W niedzielę przyjeżdża tatuś. Więc znowu "najbezpieczniejsze miejsce na świecie". Dziecko chce: "Jedzie, jedzie pana."
Ojciec podrzuca je na kolanie, ale robi to trochę automatycznie, bo rozmawia z matką, która siedzi obok. Ojciec jedną ręką ogarnia córkę, drugą matkę.
- Szesnastego grudnia go zabili. Zamordowali! Co za naród! Własnego, pierwszego prezydenta Rzeczpospolitej ! I żeby to zrobił jakiś niepoczytalny maniak, jakiś zbir, ale ten Eligiusz Niewiadomski to malarz, historyk sztuki, publicysta!!!
Między jednym: "Jedzie, jedzie pan", a drugim, ojciec opowiada matce, że już jest nowy pan prezydent. Nazywa się Wojciechowski .


W dużym pokoju, plecami do okna, stoi kanapa. Sprężyny dźwięczą, czasami ranią. Wyłazi tu i ówdzie włosie. Kanapa bowiem jest systematycznie deptana, ujeżdżana, tłamszona, poniewierana i przytulana przez dziecko. W braku ojcowskich kolan, można na jej wałkach jeździć konno do woli.
Ale nie zawsze. Teraz na przykład nie, bo mamusia ma "na herbatce" gości. Goście, to oczywiście państwo Tundakowie. Na wysoko umieszczonych resorach, niezdarny, duży wózek z bliźniętami. Dwójkę starszych dzieci pani Iza "sprzedała" już dawno swojej babci "na garnuszek", na wieś. Jest też pani Jaskólska i "Rojber".
Matka informuje się u pani Jaskólskiej, ile też można wziąć za wynajem jednego lub dwu pokoi. Bo trafia się okazja, a i tak stoją puste.
- A przy tej drożyźnie, pani rozumie! Sam znaczek na list do męża kosztuje dziesięć tysięcy marek.
W tym domu wszystko przelicza się na wartość małego znaczka pocztowego. Dziecko rozumie to doskonale. Znaczek to list. List to tatuś.
Pani Jaskólska też rozumie, o co chodzi. Nie na darmo ma żelazny interes w rynku.
- Przede wszystkim, co to za ludzie? - pyta rzeczowo - Zna ich pani? Bo to byle kogo do mieszkania wpuszczać dziś nie można.
- Nie, nie znam. Ale wyglądają przyzwoicie. To trupa aktorska. Zaraz mają przyjść po odpowiedź. Więc jak pani myśli?
Myślę, że niżej piętnatu milionów nie może pani zejść. Niech pani ceni dwadzieścia milionów marek tygodniowo.
- Ależ to majątek! Stasia jest zaskoczona.
- Chce pani, to ja z nimi pogadam!
- Nie, nie, dziękuję. To ja już sama. Marylciu, idź otwórz, kochanie, ktoś stuka do drzwi.
Po chwili w drzwiach pokoju zjawia się Marylcia i najspokojniej w świecie, powiada:
- Mamusiu! Przyszedł trup.
No bo skoro kilku ludzi nazywa się "trupa" to jeden "trup".
Transakcja zostaje szybko ubita. Jednakże Stasia, na widok "trupa" nie mniej ubogo odzianego, niż ona, nie ma serca "paska". Ustala się cenę na: "niech będzie dziesięć milionów tygodniowo". Już w pokoju nieporęcznie jej przyznać się do swojej słabości w układach: pani gospodyni - sublokator. Kieruje rozmowę na ostatnie nowinki.
- A o ostatniej sensacji, co panie mówią?
- O co chodzi, o czym panie mówicie - interesuje się pani Tundakowa, której bliźnięta "zawiązały świat".
Pani Jaskólska, "z urzędu" niejako jest zawsze dobrze poinformowana.
- Pani Stanisława mówi o tej kobiecie, która zamordowała wracającego z wojny męża. Miała kochanka, więc mąż był niepotrzebny. Jak wrócił, zabiła go siekierą i głupia, zakopała w swoim ogrodzie. Na wiosnę psy…
- No i co? - zaciekawia się pani Tundakowa.
- No i nic. Żandarmi ją zabrali. Sama widziałam, jak ją prowadzili przez Rynek.
Stasia ma sobie za złe, że pokierowała tak niezręcznie rozmową przy dziecku. Przypomina sobie sytuacje z jej dzieciństwa: "tylko nie przy dziecku!" "Tak, - myśli dalej - ale tam chodziło o ten drugi nurt, o politykę, tajne działania, - usprawiedliwia teraz się przed sobą - a tu "pani zabija pana, zabiwszy go grzebie "."


Znaczki na listy do tatusia kosztują teraz piętnaście tysięcy marek. Wynajęcie dwu pokoi pozwala jednak matce zrezygnować z opierania i obszywania. Zarysowują się nawet pewne perspektywy.
W lecie 1922 roku ojciec wyjeżdża na Górny Śląsk, jako członek międzyministerialnej komisji do zbadania powodu nadużyć celnych. W wyniku tych badań, zostaje już na Górnym Śląsku i jako, na razie, p.o. Prezes, zainstalowuje się w budynku Dyrekcji Ceł w Mysłowicach, aby "leczyć" skorumpowane celnictwo.


Do Wolsztyna na ulicę Sienkiewicza 8 listonosz przynosi paczkę. Jest niewielka. Przyjechała pociągiem z dalekich, tajemniczych Mysłowic . Matka rzuca się do starej mapy. Mysłowice, Mysłowice! - Nad Czarną Przemszą! Na polskim Górnym Śląsku!
Dziecko rzuca się do paczki. Jedna tabliczka czekolady z deputatu p.o. prezesa, druga. Nie da się ukryć, że przy trzeciej dziecku jest niedobrze.


Wysoko, na ścianie, pełga w blasku świecy cień. Początkowo mały, potem zbliżając się, ogromnieje, wchodzi w oczy, które bardzo bolą. Dziecko krzyczy. Cień zmniejsza się, oddala i zaraz wraca, znów olbrzymi. Dziecko jest chore. Ma wysoką temperaturę. Lekarstwo jest wstrętne. Czekolada wstrętna. Olej rycynowy jest najgorszy. Dziecko chce tatusia.
- Tatuś nie może, kochanie! Tatuś tam pracuje. Tatuś tam "czyści" dyrekcję!
- Miotłą, mamusiu?
- Tak, tak - przytakuje matka, szczęśliwa, że dziecku wraca humorek. - I kartka od tatusia przyszła,
- Pokaż, mamusiu. Znaczek jakiś inny niż zawsze.
- Bo to z zagranicy. Nasz tatuś był w Czechosłowacji - powiada z dumą matka - Zaraz ci przeczytam, co pisze, posłuchaj. Dziecko nie słucha. Chce widzieć pocztówkę.
- Na skrzydłach miłości mkną myśli moje ku wam.
- Mamusiu, pokaż kartkę. Co to jest? Wytłumacz!
- To jest, Marylciu, - głos matki lekko drży - to jest morze. Tu są mewy, białe mewy, widzisz i one krzyczą, bo są głodne. Chodź, dziecko, nakarmimy je razem.
- Mamusiu! Co ty mówisz! Przecież w Wolsztynie nie ma morza, ani mew!
- Masz racje. Tak się zamyśliłam. A tu płynie statek. To żaglowiec. Widzisz, jak wiatr wydyma żagle? A tu łódka, może szalupa?
Dziewczynka, ukołysana głosem matki, łagodnym, cichym, jak szum morza, usnęła. Mateczka gładzi jasną główkę i cichutko nuci dziecku: "Pójdę ja na morze, woda się kołysze, a mój najmilejszy listy do mnie pisze!"


- Dlaczego nie piszesz do tatusia. Napisz, mamusiu, napisz, że ja sama pakuję mój koszyczek.
Matka nie musi pisać. Po co ma pisać, jeśli już za parę dni będą razem. A znaczek na list kosztuje już dwadzieścia tysięcy marek.


- Jak myślisz, - pyta Stasia przyjaciółkę - mam ją zabrać?
- Tak, koniecznie. Przecież to już duża dziewczynka. Ile ona ma właściwie lat?
- Skończy sześć w marcu dwudziestego trzeciego. Ale jest bardzo duża jak na swój wiek. Więc myślisz, że powinnam ją zabrać. To jednak cmentarz!


Kopczyk przykryty jedliną zasypuje gęsto padający śnieg. Dziecko nie umie czytać i nie wie, że na czarnej tabliczce białymi literami napisano: "Anna Dębicka, żyła lat 18".
- Zapamiętaj, - mówi cicho matka - zapamiętaj to miejsce na zawsze.


W domu u pani Tundakowej pożegnalny płacz i lament. Płacze pani domu, ryczą solidarnie bliźnięta. Nawet "Rojber" pani Jaskólskiej coś tam majstruje koło oczu.
- Więc już odjeżdżacie? - z ogromnym żalem w głosie upewnia się bodaj po raz setny pani Iza Tundakowa. - Ale przyjedzie pani do nas kiedyś, kochana pani Stanisławo?
- Na pewno wrócę! Mąż dostał nominację na p.o. Prezesa Dyrekcji Ceł w Mysłowicach. Ale tam nic nie ma urządzonego. Odwiozę mu córkę i wrócę tu, zlikwidować to mieszkanko.


Przez mały, ośnieżony i pusty placyk przydworcowy przechodzą szybko. Zaraz za placykiem trzeba skręcić w lewo i wejść po schodach na duży i długi, żelazny most. Most jest szeroki, bo musi pomieścić w dni robocze przechodzące tędy liczne gromady górników, którzy z pobliskiego Modrzejowa i Niwki jeżdżą do pracy do hut i kopalń lub z nich wracają. A długi, bo musi objąć swymi żelaznymi ramieniem liczne perony, bowiem Mysłowice są ważnym węzłem kolejowym. Stacja ma kilka torów, a co pół minuty przejeżdża pociąg.
Teraz, o wczesnym, zimowym i świątecznym poranku most jest pusty, a śnieg puszysto i biało odkrywa go gęstą warstwą. I tylko dwie samotne postacie, kobieta w powojskowym szynelu i mała dziewczynka, mocno otulona grubą chustą, ostrożnie idą po zlodowaciałych schodach mostu. Miedzy jednym stopniem a drugim nie ma tylnej ścianki, schody są ażurowe. Przez te prześwity Marylcia widzi w dole ośnieżone perony i śnieżne stożki na dachach wagonów. Nawet węgiel w odkrytych towarówkach nie jest czarny, a biały. I Górny Śląsk też wcale nie jest czarny, jest biały i taki właśnie, śliczny, srebrzysty i lśniący, jawi się po raz pierwszy oczom dziecka.
W tej mroźnej bieli widać nadchodzące z przeciwnej strony kolorowe postacie.
- Mamo, co to?
Matka także dostrzega trzy kobiety. Z pod ciemnych płaszczy, długie do ziemi, kolorowe suknie zamiatają śnieg. W rękach baloniki. Matka patrzy na córkę, na siebie. Mocniej ujmuje rączkę dziecka.
- Wracają pewnie z balu sylwestrowego. Dziś jest pierwszy stycznia 1923 roku.
Przy zejściu, matka zatrzymuje się:
- Zobacz, córeczko, tam, ten długi, szary budynek, to Dyrekcja. To będzie nasz dom!
- A tatuś?
- Tatuś tam już na nas czeka. Przyjechałyśmy wcześniejszym pociągiem, więc tatuś tam sobie siedzi i nic nie wie, że my już tu, tak blisko. Chodź, maleńka!
I przez ten most maszerują dwa biedne, zziębnięte wróbelki, na drugą stronę, na ulicę Krakowską dwadzieścia cztery, na nową stronę życia.



Maryla Dębicka, 10 lat.

Dyrekcja, to okazały, długi, jednopiętrowy budynek. Pokoi jest bardzo dużo i na parterze i na piętrze. Dla dziewczynki świat zamyka się w czterech ścianach środkowego pokoju. W pokoju tym, prócz wyleniałej kanapy, z której tak łatwo daje się wydłubywać włosie, stolika i żelaznego łóżka w rogu, nie ma nic. To wcale nie znaczy, że jest nudno. Mamy nie ma, pojechała do Wolsztyna po rzeczy. Tata jest, ale aż za trzema pokojami, też zupełnie pustymi. I nie można tam pójść, bo teraz tatuś urzęduje. Zaraz przyjdzie gruba pani Makoszowa i przyniesie śniadanie, rozsunie pierwsze drzwi, otworzy drugie i zapuka do trzecich, a potem pójdzie sobie. Marylcia nie lubi pani Makoszowej, bo ona ciągle gdera, że tu brudno, że takie kawalirskie porządki. A mówi tak, że zupełnie nie można jej zrozumieć: "Kaj ciepiesz ta łączki!" - woła na przykład do Marylci.
Pan Prezes gotuje na prymusie kaszkę mannę i jajko na miękko. Potem zakłada dziecku pod brodę serwetkę. Śniadanie najlepiej smakuje na kolanach ojca. A on umie zachęcać do jedzenia: "Jedzie, jedzie fura siana, Marylciu, otwórz drzwi". Buzia się otwiera i obrzydliwa kaszka wjeżdża do środka.
Potem, po śniadaniu można na chwilę pójść razem do gabinetu ojca. Tu jest trochę mebli. Stoi sfatygowane biurko i fotel, za nimi, wzdłuż ściany, czarna szafa z gablotami. Najciekawsza jest prawa strona gabinetu, gdzie, zupełnie nie wiadomo po co, znajduje się podest, do którego prowadzą trzy schodki. Całość zamknięta barierką. Barierkę można otworzyć i bujać się na niej, zerkając przy tym na parę błyszczących, uważnych, wilczych oczu. Za barierką bowiem leży, z łbem na łapach, wielki szary wilczur Boy.
Wizyta u tatusia musi się skończyć. Znowu duży, pusty pokój środkowy. Można jeszcze raz oglądać dziwne rury pod oknami, które są zawsze bardzo gorące we dnie. W nocy stygną, bo w nocy nie pali się w kotłowni. Już wiadomo, że to są kaloryfery, ale od nich jest bardzo sucho w gardle. Można jeszcze jeść przygotowaną przez ojca pomarańczę, których pełna skrzynka stoi pod stołem. Pomarańcze są bardzo tanie, mówi tatuś, jeden kilogram kosztuje tylko jeden milion osiemset pięćdziesiąt tysięcy marek. A jak się kupuje hurtem, to i taniej. Pomarańcze są tańsze od chleba.
Potem pozostaje już tylko wdrapanie się na tylną poręcz kanapy, która stoi pod oknem. Szyby są grube, podwójne, a miedzy jedną a drugą, na grubej warstwie waty, pani Makoszowa włożyła masło i butelkę z mlekiem. Szyby są zamarznięte i można godzinami przyglądać się rysunkom, którymi mróz je ozdabia. Można również przypomnieć sobie bajkę pana Andersena, którą opowiadał tatuś i udawać, że się pędzi sankami wśród białych arabesek szyby na ratunek Kajowi. Można jeszcze, i to jest najciekawsze, wdrapać się na parapet, otworzyć lufcik. Widać trochę ulicy, przechodzące osoby i w głębokim tunelu kolejowym, migające śnieżne czapy na dachach wagonów. Za oknami jest Górny Śląsk. Za oknami jest Polska.



Na werandzie willi "Przed Antałówką" całą rodzinką
w Zakopanem, 1923 r.

Rozsuwane drzwi korcą najbardziej. Dziewczynka już podpatrzyła, jak się je rozsuwa. Otwiera jedne, drugie, a potem cichutko podchodzi do następnych. Chwilę słucha głosów wielu osób, a potem nagłym ruchem otwiera szeroko drzwi i z bojowym okrzykiem: "Huuu!" wpada do gabinetu.
Narada jest oczywiście przerwana, jedni są bardzo zadowoleni z przerwy. Inni zgorszeni, a parę osób podlizująco zachwyconych wyczynem "uroczego" dziecka.
Ojciec natomiast odprowadza córkę do środkowego pokoju i bardzo spokojnie tłumaczy, że tak nie można. Robi to bez gniewu i złości. A potem, z białego papieru wycina zabawki: wachlarze, duże i małe, pasemka ludzików, złączonych rączkami, czarodziejską składankę, która na życzenie może być łódką, albo dwoma łódkami, albo czapeczką na głowę. Dziecko bardzo kocha ojca. A ojciec, dobry i mądry, wie doskonale, że autorytetu nie zdobywa się krzykiem, wymuszeniem posłuszeństwa czy klapsami, ale sposobem, w jaki się z dzieckiem postępuje. Urocze dziecko bardzo szybko oswaja się z topografią Dyrekcji i wynajduje coraz to nowe psikusy.
Pewnego dnia przypina ojcu z tyłu do marynarki "śledzia ". Robi to rano, wtedy bowiem pan Prezes dokonuje obchodu całej Dyrekcji. Można sobie wyobrazić, na jaki szwank zostaje wystawiony autorytet pana Prezesa i ojca oraz jakie zamieszanie sprowadza niewinny "śledź" w mały światek urzędniczy, niezbyt jeszcze zdyscyplinowany i bardzo zróżnicowany. I kto powinien powiedzieć panu Prezesowi, że ma z tyłu tego "śledzia", w czasie, gdy z miłym, koleżeńskim uśmiechem wita się ze swoim personelem.


Maryla Dębicka
w Istebnej,
1925 r.

Ojciec bardzo szybko sam odkrywa powód ledwo powściąganej wesołości urzędników. Ludzie są ciekawi, jak zareaguje. Ale on nie upatruje w tym żadnej ujmy dla swego autorytetu przełożonego czy ojca. Twierdzi, że jeśli cieszy się tym autorytetem, to jeden "śledź" go nie zrujnuje. A jeśli nie ma autorytetu, to jego brak go nie zbuduje.
Wystarczy tylko, że wszedł do środkowego pokoju i spokojnie, bez słowa, położył rzeczonego "śledzia" na stole. Marylcia spuszcza głowę i już nigdy nie powtarza figla.
Na takich próbach sił mijają dwa tygodnie, po których zjawia się z Wolsztyna matka i zaraz potem przyjeżdżają meble. Jest tego tak mało, że mieszczą się wszystkie w środkowym pokoju i jeszcze zostaje bardzo dużo miejsca. Gołe, puste okna, wpuszczają dużo światła, które pozwala widzieć dokładniej żałosność wnętrza, tym wyraźniej, że pokoje tu są bardzo wysokie.
- Jak my to zagospodarujemy? - martwi się matka. - Ani przyzwoitych mebli, ani firanek, takie landary!
- I firanki kupimy i mebelki się znajdą, zobaczysz, Stasieńko. Pomału zrobimy z tego śliczne gniazdko. Nie od razu Kraków zbudowano.
Ojciec ogarnia matkę ramieniem. Ona przytula się do niego i całuje w policzek. Dziecko, z dołu, patrzy na obojga.
- Wiesz co? Zabawimy się w przyszłość! - mówi ojciec - Tu będzie, oczywiście, pokój jadalny…
Już przestawiają na środek mały stolik, już projektują, meblują, tapetują.
- Pokoik obok to będzie salon muzyczny. Kupi się pianino. Dziecko musi uczyć się grać.
- Trzeba będzie pomyśleć o ścianach. Jak oni mogli przebywać w pokojach pomalowanych farbą olejną i na taki straszny, żółto zielonkawy kolor.
- A kuchnia? Widziałeś? Jest olbrzymia, zniszczona. Na środku stoi piec bez fajerek, bez rusztu.
Tymczasem jednak trzeba zrobić kolację. Stolik zostaje na środku, jako niemy świadek projektowanych zmian. Jedyna, marna żaróweczka licho oświetla wielkie pomieszczenie. Matka na niezawodnym prymusie robi tradycyjne już placki z przemarzniętych pyrek.
Na kanapie, obłożonej krzesłami i umocnionej przysuniętym doń kufrem, dziecko usypia. Ojciec siedzi obok i cicho nuci:

Jedzie, jedzie, jedzie pan,
Na koniku sam, sam, sam.
A za panem jedzie chłop,
Na koniku hop, hop, hop.
A za chłopem Żyd, Żyd, Żyd.
Jedzie sobie cyt, cyt, cyt.
A za Żydem Żydóweczki,
Pogubiły pęteleczki.

Marylcia zasypia, gaśnie żarówka u sufitu, zimowy zmierzch wchodzi przez wielkie, puste okna. Nikły jego blask wydobywa lekkie lśnienie sobolowego błamu, którym okryto dziecko.



Maryla Dębicka, jak zawsze bosa
i z podrapanymi kolanami w pensjonacie
cioci Janki w Zakopanem nad Bystrem,
1924 r.

Wiosna pozwala na nowe, wspaniałe odkrycia. Z tyłu, za domem jest ogród. Niewielki, zapuszczony. Na podwórku stoi olbrzymie drzewo, otoczone wysoką cembrowiną. Między drzewem a ogrodzeniem, garaż. Cały ogród jest otoczony murem z występami co kilka metrów i zamkniętą zawsze bramą. Między występami rozpięty gęsto drut kolczasty. Do ogrodu wchodzi się po schodkach, bo jest położony wyżej niż podwórko. Z ziemi wyłażą już zielone roślinki i jest bardzo interesujące, kiedy mama z małych paczuszek sieje rzodkiewkę, marchewkę, pietruszkę i groch.
Cały, niewielki zresztą ogródek, jest podzielony na dwie części. Od strony ulicy Karola Miarki, to część należąca do woźnego Dyrekcji. Woźny to bardzo ważna osoba. Może kogoś na przykład nie wpuścić, a każdego musi zapytać: kto, do kogo i po co. Woźny ma małego, w wieku Marylci, synka Tadzia. Na granicy obu działek rośnie wielka, rozłożysta śliwa, pokryta teraz bogato kwieciem. "Nie wolno się teraz na nią wdrapywać - tłumaczy rozsądnie Tadzio - bo owocu nie będzie".
Z prawej strony podwórka są trzy komórki. W jednej są narzędzia pana Prezesa,
w drugiej pan Prezes hoduje króliki, bo jak powiedział, w Samborze były, w Warszawie były to i tu się uchowają. Dziecko nie rozumie, co ma jakiś Sambor do królików, ale to nieważne. Ważna jest trzecia komórka z dużym, wyciętym u dołu otworem. Tam, po południu, po skończonym urzędowaniu widać parę lśniących, bystrych oczu, które pilnie obserwują każdy ruch dziecka. To jest domek Boya.
Ojciec organizuje swoje celne gospodarstwo bardzo systematycznie i dalekosiężnie. Projektuje stworzenie psiej szkoły, w której wychowankowie nabywaliby umiejętności tropienia szmuglerów. Jednym z pierwszych psów, który poszedł na próbne przeszkolenie, był właśnie Boy. Tylko, że z tym psem są kłopoty. Po matce, dzikiej wilczycy, otrzymał w spadku charakter gwałtowny, nieufny, dziki prawie. Nie nadawał się do dalszej nauki, bo przegryzał sumiennie najgrubsze nawet ubrania pozorantów.
Teraz zaufanie okazuje tylko ojcu i tylko z jego ręki przyjmuje pożywienie. Trzyma się go na grubym, krowim łańcuchu, bo cieńsze zrywa swobodnie i wtedy kury z pobliskich ogródków górniczych są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie toleruje również ludzi. Rzuca się gniewny i wściekły, a na spacerze bardzo trudno utrzymać go na smyczy. Płaci więc ojciec za drób domowy, za rozszarpane odzienie, bo nawet kaganiec tu nie pomaga. Boy szarpie zażarcie łapami i pazurami.
Ale dziecko o tym wszystkim nie wie. Jest ufne i bardzo lubi zwierzęta. W komórce jest półmrok i ciepło, sierść zwierzęcia miękka, usposabia do snu. Zostaje zawarty wielki pakt przyjaźni i miłości. Ciepły jęzor liże twarz dziewczynki. Nagle kły obnażają się, sierść jeży, groźne, ostrzegawcze warczenie gotuje się w krtani.
Szukający dziecka omijają budę. Nikomu nie przychodzi do głowy, że może ono być tam, przy groźnym i niebezpiecznym psie.
Wreszcie ojcu przychodzi na myśl, że jego córka mogła odziedziczyć po nim i miłość do zwierząt i umiejętność postępowania z nimi.
Na głos swego pana wilczur niechętnie cofa się w głąb, odsłaniając śpiące dziecko. Ojciec wynosi je spokojnie z budy, ale na czole występują mu krople potu. Od tego dnia jednak wilczur łagodnieje. Obcowanie z nim staje się możliwe, ale zawsze mówi się o nim "zły pies".



Bogdan Dębicki (pierwszy z lewej)
z pracownikami celnymi w jednym
z wizytowanych posterunków - 1927 r.

Pewnego dnia jeden z przemytników dostaje się do gabinetu i usiłuje z rewolweru zabić ojca. Pies jednym rzutem obala napastnika na ziemię ratując ojcu życie. Odtąd staje się przyjacielem domu. Po południu zwolniony ze swych obowiązków, nie odstępuje dziewczynki, asystując przy jej jedzeniu, daje się prowadzić na spacer. Pod jego opieką dziewczynka może się poruszać wszędzie. Boy nie dopuszcza do niej nikogo obcego.
Nieprzekupny, czujny pies jest potrzebny w Dyrekcji. I nie tyle dla ochrony osobistej pana prezesa, ale dla pilnowania gromadzonych tu zwolna skarbów. Energiczna walka, wydana przez ojca nadużyciom celnym i wzrastającej fali szmuglu, która dochodzi do zastraszających rozmiarów, zaczyna dawać widoczne rezultaty. Dwupiętrowe, betonowe bunkry piwnice Dyrekcji zapełniają się po brzegi wszelakim dobrem.
Marylcia bardzo lubi te piwnice. W jednej z nich ojciec zrobił specjalne, ażurowe szafy z wysuwanymi półkami. Tu cudownie pachną zimujące jabłka. Obok stoją wielkie, baniaste butle i fermentuje, tajemniczo pykając, wino porzeczkowe.
W pozostałych zaś, zawalonych po sufit towarem, uwagę dziewczynki zwracają przede wszystkim zabawki, jakich nigdy nie miała i nie widziała. Ale nie wolno jej niczego nawet ruszyć.
- Tatusiu! Tylko dotknę tan wózeczek karetę z czarnymi konikami.
- Nie, dziecko - odpowiada nieodmiennie ojciec - nawet dotknąć nie można. To nie jest nasze!
- A czyje, tatusiu?
- To jest własność państwa. A pamiętaj, że cudza własność to rzecz święta!
Sprawa wygląda w ten sposób, że pan Prezes ma obowiązek wystawiać trzy razy na licytację skonfiskowane przedmioty, a gdy to nie da rezultatu, ma prawo nimi dysponować. I chociaż jego własne dziecko nie ma zabawek, chociaż pokoje nadal świecą pustkami, a jedyny zamieszkały - umeblowany mizernie, dla tego człowieka własność państwowa jest nienaruszalna.



Zakopane, 1923 r.

Na południe od Mysłowic leży niewielkie, biedne miasteczko. Położone nad rzeką, która wiosną często i szeroko rozlewa swe wody, tworząc grzęzawiska i podmokłe łąki. Niemcy pobudowali tu, przed wojną, na suchszych miejscach, baraki dla robotników. Długie, drewniane, na kamiennej podmurówce. Widać je doskonale z położonej wysoko, na wzgórzu budowli. To stary obronny klasztor podominikański. Na najwyższej kondygnacji, jakby studni bez widoku na zewnątrz, znajduje się kaplica Św. Jacka. Na niższej, otoczonej murem z flankami - dziedziniec. W starym zamczysku znajduje się zakład wychowawczy dla młodzieży. Jest tu czteroklasowe gimnazjum, szkoła średnia ogólna i zawodowa. Są cztery działy rzemiosł: szewstwo, krawiectwo, ślusarstwo i stolarstwo. Młodzież rekrutuje się przeważnie ze środowiska wiejskiego i robotniczego. Całością zawiadują księża Salezjanie.
Z dziedzińca widać rozległe łąki i w dali, za rzeką, baraki. Rzeczka nazywa się Soła, miasteczko - Oświęcim.
Ten to zakład upodobał sobie ojciec i tu kieruje wagony z przeróżnym towarem, wyrwanym szmuglerom. Przy barakach jest stara bocznica kolejowa. Nie ma więc większych trudności z dostawą darów dla Zakładu.


Profesor Kajzer, mały, krępy, w okularach - to kierownik warsztatów stolarskich. Ksiądz Franciszek Czapla prowadzi wykłady i jest odpowiedzialny za szkoły rzemieślnicze. To mili, serdeczni ludzie. Za każdym przyjazdem rodziny pana Prezesa do Zakładu, dolny podwórzec ogląda dziwne sceny. Sutanna księdza Czapli furkocze, odsłaniając nogi w czarnych, zniszczonych kamaszach. Najmilszą bowiem zabawą jest zabawa w berka z Marylcią, a ksiądz Franciszek umie biegać. A znów profesor Kajzer przelicza skrupulatnie srebrne kule z cynfolii po czekoladzie, które Marylcia mu przywozi. Im więcej kul, im więcej na nich sreberek, tym więcej w misjach Murzynków będzie wykupionych z niewoli.
Najprzyjemniej jest w warsztacie stolarskim. Pachnie tu schnące drewno, gotujący się klej, terpentyna. Pełno wiórów i odpadków drewna. W tym właśnie warsztacie robi się dla pana Prezesa, w podzięce za liczne dary, małe mebelki dla lalek, przeznaczone dla jego córeczki.
Dwa śliczne komplety są już gotowe. Jeden jest zrobiony "pod mahoń" i ma wypalane w drzewie szarotki, drugi - biały, sypialny. Prócz tego zrobiono w warsztacie, z inicjatywy cudownego księdza Czapli, który już dobrze poznał charakter swojej ulubienicy - wielkiego, białego konia na biegunach.
- A to? - pyta ojciec - co to jest?
Wskazuje na prawie już ukończoną, niewielką rzeźbę. Chłopak, który to robi, czerwieni się.
- To ja sam wymyśliłem - mówi cicho i wstydliwie - To ma być niespodzianka dla pana Prezesa, na Gwiazdkę. Ojca żywo interesują tego rodzaju prace.
- Pokaż - powiada - To bardzo ładne! Nic nie powiem księżom.
Na desce, już pomalowanej i wykończanej, umieszczono na brzegach dwa kałamarze. Jest rowek na pióra i samo pióro też jest już gotowe. Chłopiec osadza na froncie buwoir'u trzymaną w ręku rzeźbę. Te orzeł. Ma dumnie wypiętą pierś i rozpostarte skrzydła. Chłopiec rozpalonym drutem wstrzeliwuje napis: Oświęcim.
Wieczorem jest przedstawienie. Prawdziwe. Z kurtyną i aktorami. Dzieciątko jest z wosku, Madonną - profesor Laskowska. Są prócz bydlątek, pasterze, wrony, kruki. Zaczyna się misterium szopki: "idź do piekła, boś ty brzydki!" Kiedy jeden z pasterzy intonuje pieśń do Matki Boskiej, profesor, gubiąc wątek - krzyczy nagle: "Coś ty, bałwanie jeden, Laskowski jestem!"



Maria Wierzbicka, Dzidzia ze swym ojcem,
Stanisławem Wierzbickim, mężem cioci
Janki z Chrzanowa, tutaj z Zakopanem.

Na cembrowinę wokół drzewa włazi się bardzo łatwo. Trudniej zejść. Rozbite na betonie kolano mocno krwawi i bardzo boli. Gdyby był Boy, wylizałby ranę i po kłopocie. To najpewniejsze lekarstwo! Ale Boya nie ma. Mamusia powiedziała, że chorował i już go nie ma. Więc trzeba do mamy albo do taty. W środkowym pokoju są oboje. Pochylają się nad córką. Ojciec przynosi z łazienkowej apteczki butlę z jodyną.
- Spokojnie, córeczko, zaraz będzie po wszystkim - uspakaja.
- Będzie bolało? - z nadzieją na zaprzeczenie pyta dziewczynka.
- Nie! - mówi pośpiesznie matka.
- Tak! - odpowiada poważnie ojciec - Będzie bolało i ty to dzielnie zniesiesz!
Boli. Bardzo boli. Ale skoro tatuś, ten najlepszy, najmądrzejszy człowiek na świecie, mówi, że trzeba być dzielną...
- Ale opowiesz za to bajkę? O żabce?
- Opowiem, ty mała szantażystko. A teraz daj kolana.
Na kanapie, u ojca na kolanach mniej boli.
- Dawno, dawno temu był sobie król. Miał trzech synów. Chciał ich ożenić, każdemu dał łuk i strzałę. Tam, gdzie padnie strzała, powiedział im, będziecie szukać żony.
- A najmłodszemu - uzupełnia Marylcia - przytrafiła się żabka. I on wyszedł za mąż za tę żabkę. Tak? Teraz będę spać.
Przytulona do ojca zapada w sen. Zanim jednak oczki się zamkną, widzi zarys głowy matki, też opartej o ojca, tylko z drugiej strony. Ręka matki gładzi dłoń ojca. "Mamusia - myśli sennie - jest żabką tatusia".


Chce się jeść. Wystarczy zawołać z dołu, z ogródka: "Tatusiu, mamusiu!" i zaraz w którymś z okien ukazuje się twarz matki albo ojca, albo pani Makoszowej. I zaraz też spada opakowana kromka chleba. Paczka rozwinęła się w locie. Kawałek chleba upadł na asfalt podwórka. Marylcia chce go wyrzucić, ale ojciec z okna woła:
- Podnieś w tej chwili. Otrzep, pocałuj i zjedz. Chlebuś trzeba szanować.
Znalazło się małego ślimaczka na liściu: "Tatusiu, mamusiu!" Albo nie wzięło się łopatki do piasku: "Tatusiu, mamusiu!"


Zabawy w środkowym pokoju, pod stołem, przykrytym kocem, w szałas, albo na stole, obstawionym krzesłami - w okręt nie interesują Tadzia, syna woźnego. On nie lubi zabaw "na niby". On by wolał pojeździć na koniu, na tym z biegunami.
Dziewczynka zostawia Tadzia z koniem, szałasem i okrętem. Wymyka się na podwórko. Na jej widok natychmiast przyklejają się do sztachet bramy twarze dzieci i jednocześnie dają się słyszeć przedrzeźniające głosy: "Tatusiu-Mamusiu!" Towarzyszy im przeraźliwy jazgot małego, biało brudnego szpica.
Dziewczynce bardzo brakuje towarzystwa innych dzieci. Nie zraża jej nadane jej przezwisko. Już dawno upatrzyła takie miejsce ma murze, gdzie kolczasty drut nie jest napięty, Postanawia, że dziś właśnie tego dokona. Wdrapanie się na mur nie przedstawia dla zwinnych nóżek specjalnych trudności. Gorzej jest z drutem. Ale i tu można dać sobie radę, byleby tylko uważać. Krótka sukienka zaczepia o drut. Z dołu, z ulicy słychać śmiechy:
- Podziwiaj się na Tatusiu-Mamusiu! Galoty jej widać i całą żyć!
Zeskakuje zręcznie na ulicę, ale dzieci rozpierzchają się i z daleka, nieufne, obserwują, co zrobi to dziwne Tatusiu-Mamusiu. Szpic ujada zapamiętale.
Dziewczynka najpierw ogląda uważnie narysowane kredą ma trotuarze "klasy". Usiłuje skakać na jednej nodze, ale nie zna kolejności.
- Skusiła! Skusiła! - wołają ze złośliwą satysfakcją dzieci które zwolna zbliżają się, otaczają ją kołem. Dziewczynka, nie rozumie, że jest to w tej chwili naprawdę gra w klasy. Nie czuje zagrożenia, choć dzieci są wyraźnie niechętne, złośliwe i tworzą bardzo solidarną grupę. Podchodzi do nich śmiało.
- Ja jestem Maryla, a nie żadną "Tatusi-Mamusiu, a ty? - wyciąga rękę do jednej z dziewczynek. Ta speszona, odpowiada odruchowo:
- Halinka Kokotówna.
- A ty? - zwraca się do następnej dziewczynki, - jak się nazywasz?
- Władka, Władzia mnie wołają. Na nazwisko mam Wytyszkiewiczówna.
- Ona ma cwikiery, takie szkła nosi - wyjaśnia trzecia - bo ona jest ślepa.
- Nie ślepa - mówi poważnie Maryla - ona jest pewnie krótkowzroczna. Jak moja mama. Moja mama ma też takie szkła. A jak ty się nazywasz?
- Ja? Basia Dubielówna.
- Ale ona nie jest stąd - uzupełnia poważnie Władzia. Ona jest z Niwki. Jej matka ma tam skład z jarzynami.
- A wy gdzie mieszkacie? - pyta Maryla.
- My? Tam! - pokazują z dumą - w tym długim domu, za działkami.
Prostopadle do ulicy Karola Miarki ciągnie się wysoki na dwa piętra szary budynek. Jest wrośnięty bezpośrednio w mocno ubite klepisko. Na nim trzepak, duże skrzynie na śmiecie. Ani jednego drzewka, zieleni.
- Chodź do nas Tatusiu-Mamusiu - mówi Halinka. - Tata są na szychcie. Będziesz ty cicho, Psika! To mój pies - dodaje z dumą - on jest suczka. Ale taki nieusłuchany, że jej. Raus do budy!
Chce rzucić w psa kamykiem.
- Czekaj - woła Maryla - nie odpędzaj go. To taki miły piesek.
- Kandy on miły. On jest bardzo zły. Ugryźć potrafi, jak ten wasz wilk.
- Ja już nie mam psa - mówi Maryla. Przykuca. Instynkt każe jest pozostać w bezruchu. Wabi tylko psa cichym, łagodnym głosem. Pies, widząc, że nie grozi mu niebezpieczeństwo, zaprzestaje ataków, merda już przyjaźnie ogonem, uważnie obwąchuje rękę, sukienkę. Posuwa się nawet do polizania zadrapanych kolan. A za chwilę, ku zdumieniu dziewczynek, przewraca się wiernopoddańczo na grzbiet i prosi o pieszczotę.
Korytarz jest długi, ciemny, wąski i ciągnie się wzdłuż całego budynku. Pomalowany na olejno. Z lewej strony są drzwi do mieszkań i na cały korytarz. Dwa zlewy. Po prawej, jak wyjaśnia poważnie Władzia - wychodki.
Do mieszkania Halinki Kokot wchodzi się przez kuchnię. Bucha para, bo matka Halinki robi akurat pranie. Całe mieszkanie składa się z tej kuchni i niedużego pokoju. Pokój jest bardzo czysty, w oknach firaneczki. Na parapecie pelargonie, powój i mirt. Na podłodze leżą szurki ze szmat. Wracają do kuchni. Tu przyjemniej. Halinka prosi siadać przy czyściutkim stole. Sama przysiada na desce, zakrywającej wemborek ze śmieciami.
- Mamo! To je Tatusiu-Mamusiu - przedstawia elegancko. Pani Kokot odpina fartuch, krzyczy na dziewczynki, coby zzuły tufle , na Halinkę coby wyciepała wemborek i przynosi na talerzyku grube sznytki chleba ze szpyrką , posypaną grubo siwą solą.
- A wy się nie przezywajcie! Dupa zleja paskiem, jak jeszcze raz usłyszę, o, i będzie schnell fertig.


Mama z panią Makoszową kończą wielkie, remontowe porządki. Wypłaca właśnie pani Makoszowej jej należność, ale obie są bardzo zmieszane. Bo te, zarobione uczciwie i rzetelnie 45 złotych to jest i bardzo dużo, i bardzo mało.
Pani Makoszową liczy i liczy. Zera jej się mylą, w końcu wylicza, że należy się jej osiemdziesiąt jeden milionów marek, a tu tylko Fünf und vierzig .
Pani Prezesowa też nie jest pewna, jak to jest i też wydaje się jej mało. Ale znowuż, jak wziąć pod uwagę wprowadzony w kwietniu złoty, w miejsce marki polskiej, po kursie wymiennym osiemset tysięcy marek za jeden złoty - to by się zgadzało.
Już dochodzą do porozumienia, gdy nagle dzwoni telefon. Strażnik z dyżurki na dole informuje, że jest jakaś dziewczynka, brudna, zapłakana i że mówi, że ona musi zaraz, tylko, że on nie bardzo rozumie, co ona musi. Mówi tak dziwnie, że Tatusiu-Mamusiu wisi na płocie, na drucie kolczastym z zadku Dyrekcji.


Sprowadzony z Katowic doktor stwierdza przecięcie "na durch" skóry na szyi. Wydaje się, że tchawica jest nieuszkodzona. Ranę zeszył, ale nie ma pewności, czy dziewczynka będzie mówić. Kuracja? Lód, zimne okłady, lody!
A wieczorem tatuś opowiada bajkę o żabce. Dziewczynka zasypia. W sennym marzeniu jawi się jej królewicz, ten najmłodszy. Królewicz - to tatuś, a żabka, która gubi żabią skórkę - to mamusia. Królewicz bardzo kocha swoją żabkę.


W Katowicach, na placu przed Teatrem, tłumy. Mimo, że Marylcia jest duża, ma już siedem lat, ojciec trzyma ją na barana i w ochronie przed napierającym tłumem i żeby dobrze widziała nowego pana Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczpospolitej Polskiej, Stanisława Wojciechowskiego. Ojciec zdejmuje córkę i stawia na ziemi.
Na dźwięk śpiewanego przez wszystkich hymnu - ona już wie! Trzeba stanąć "na baczność". Ale wzruszenie rodziców nie udziela się dziecku. Nie rozumie dlaczego rodzice wzruszają się. Przecież na hymn zawsze trzeba stać "na baczność". I nie rozumie, dlaczego wzruszają się, kiedy zapytana: "Kto ty jesteś?" - odpowiada "Polak mały!" Przecież to jasne, że nie Chinka mała.
Po zakończonej uroczystości wracają do auta. Bo pan Prezes, już cały Prezes, a nie p.o., ma do dyspozycji auto i szofera. Szopienice, Begucicie i zaraz będzie Dyrekcja w Mysłowicach. Auto podjeżdża pad gmach. Ojciec wysiada pierwszy i wyciąga rękę da matki, żeby jej pomóc. Matka nie dostrzega wyciągniętej ręki. Dziewczynka już wie. Matka nie widzi lewym okiem. Wieczorem, na swojej kanapie, Marylcia długo w noc nie może zasnąć. Słyszy słowa ojca, ciche, łagodne, czułe i głos matki pełen miłości. W jej serduszku budzi się, po raz pierwszy świadome uczucie ogromnej miłości do obojga rodziców. Tym głębsze, że ostatnio zdarzało się jej widzieć i słyszeć u Halinki i Władzi sceny płaczów, kłótni, krzyków a nawet bicia. Halinka tłumaczy wtedy Marylci, że "stary wrócił po kilku sznapsach !" W swoim domu nigdy, nigdy nie słyszała kłótni, podniesionych głosów. A przecież i tu bywało, że matka miała w czymś inne zdanie niż ojciec.


 
Młode lata cioci Janki Wierzbickiej
z Chrzanowa, siostry Bogdana Dębickiego.

Ciocia Janka Wierzbicka
zaraz po swym ślubie, w Zakopanem.

- Mamy więc początek nowej wojny! - oświadcza przy śniadaniu.
- Jakiej wojny! Bogdziu! Co ty mówisz? - niepokoi się matka.
- Wojny celnej, moja miła! Z Niemcami! Wstrzymali import węgla z Polski i zamykamy granicę dla wielu ich towarów.
- To się odbije na cenach!
- Na pewno! Ale o eciepecie ty się nie martw, żono! Czy ty wiesz, kto siedzi przed tobą?
- Nie błaznuj, mów poważnie!
- Pan Prezes Dyrekcji Ceł w Mysłowicach - recytuje bezbłędnie Maryla.
- A nie! Nie zgadłaś! Siedzi sam, we własnej osobie pan Komisarz Nadzwyczajny do Walki z Nielegalnym Obrotem Towarów z Zagranicy. Z uprawnieniami na całą Polskę.
- Rzeczywiście nadzwyczajne! - ekscytuje się matka.
- Prawie na całą, bo na województwa: Śląskie, Krakowskie, Kieleckie i Pomorskie. A propos Pomorskie - czy pamiętasz, Stasieńko, tę rybaczkę, z pociągu, kiedy to wracaliśmy do Polski.
- Jak przez mgłę, Bogdziu! Miała wędzone turboty.
- No właśnie! A z jakiej wsi pochodziła, pamiętasz?
- Nie! Przecież to ty z nią rozmawiałeś.
- Tak. Pewnie! A ty zajadałaś flądry! Ona pochodziła z takiej małej osady rybackiej Gdynia. I teraz tam, uchwałą Sejmu, będzie budowany port, nasz port!

- Okno na świat! Może pojedziemy tam kiedyś. Tak dawno nie byłam nad morzem. Już zapomniałam, jak pachnie. A tu tak czarno, brudno, dymno. Brzydki jest Śląsk.


Ta sama ciocia Janka,
jeszcze w Chrzanowie.

- Śląsk jest śliczny, mamo. I ludzie są fajni. I bardzo lubię panią Kokot. Byłam u nich kilka razy. Do niej wchodzi się od zadku.
Dzień nie kończy się na tych rewelacjach. Poczta przynosi wśród różnych listów, jeden, który powoduje, iż śniadanie zostaje definitywnie przerwane. "Znaczek jest zagraniczny, obcy!" - notuje w myślach Maryla. Podnosi głowię i widzi ojca, klęczącego u nóg matki. Ale ona zna już tak dobrze swoich rodziców, że nic nie jest w stanie ją zaskoczyć czy zdziwić. Niezrozumiałe są jedynie pojedyncze słowa: "Ludmiła nie żyje... ślub..." Jak czyjaś śmierć może łączyć się z czyimś ślubem" - duma
A jednak może! Na tę uroczystość przyjeżdża z dalekiego Polesia nowa, śliczna ciocia Iza. Przywozi ze sobą jeszcze jedną ciocię, ciocię Polę. Razem więc ma Maryla już trzy, własne, prywatne ciocie. Ciocia Janka z Chrzanowa przyjeżdża bardzo rzadko, a i do niej jeździ się nieczęsto i zawsze przez Sosnowiec, o którym tata mówi, że z tej mieściny pochodzi "chłopiec z Sosnowca ". A ciocia Pola wróży temu chłopcu wspaniałą karierę śpiewaczą.

 
Mąż cioci Janki, Stanisław, ojciec Dzidzi Wierzbickiej.
Po prawej powrót z Kuźnic, Zakopane 1937 rok.

Któregoś dnia, ubrana w białą sukienkę, z olbrzymią, też białą kokardą na czubku głowy, Maryla jedzie karetą. Siedzi między jedną ciocią a drąga, a kokarda ciągle jej zjeżdża z krótko i na grzywkę, obciętych włosów. Przed nimi jedzie kareta, zaprzężona w dwie pary białych koni. Konie mają przy uprzęży pęki białych wstążek, które rozwiewa wiatr. I takie same są przy bukiecie, który trzyma sztywno w ręku matka. Bo w tej pierwszej karecie jedzie ojciec i matka. Wiatr rozwiewa pęki białych wstążek u drzwiczek powozu i za każdym razem widać w wyczyszczonych do pucu, mosiężnych gałkach, zapalające się smugi słoneczne.
- Dokąd my jedziemy, ciociu?
- Na ślub, kochaneczko.
- Ciociu, na kogo ślub?
- Mówi się "na czyj" - poprawia siostrzeniczkę ciocia Pola. Patrzy przy tym na ciocię Izę i coś szybko mówi do niej po rosyjsku.
- Na mój! - odpowiada z uśmiechem ciocia Iza, poprawiając niesforne jasne loczki.
"Przecież ciocia Iza ma już męża! Nazywa się pan Jerzy Szmurło. Oj! Kręcą coś te nowe ciocie!"



Maryla Dębicka w sypialni rodziców
w Mysłowicach - 1924.

Ciocia Iza odjeżdża bardzo szybko do swego, dalekiego domu. Zostaje po niej zapach silnych perfum, jeden mały, okrągły grzebyk do włosów i "Sejm Czteroletni" Waleryana Kalinki z 1884 roku.
To ślubny prezent. W Mysłowicach zostaje ciocia Pola. Ciocia jest stara, bo jak wynika z rozmowy cioć, ma już 42 lata. Ale to nieważne. Ciocia Pola jest najmilszą ze wszystkich cioć na świecie. W Dyrekcji na piętrze zaszły ostatnio duże zmiany. Całość mieszkania, które dzieli długi i szeroki korytarz, jest już wyremontowana, wytapetowana.
Po prawej stronie, od ogrodu jest pokój rodziców, obok pokój dziecka. Potem duża łazienka, mały pokoik gospodarczy, a za nim wielka kuchnia i spiżarnia. U rodziców na ścianach skaczą na zielonych gałązkach małe, kolorowe rajskie ptaszki. Pokój dziewczynki ma tapety w pajacyki, kolorowe piłki i krasnale w czerwonych czapeczkach.
Po lewej, od strony ulicy, gabinet ojca, w tureckie, jak mówi tata, wzorki i ciapki. Stoją tam dwa głębokie fotele i dwa leniwce oraz półki, zrobione przez tatę, na których, jak mówi mama, będzie dużo książek. Pokój jadalny, zwany dalej środkowym ma już wielki, rozsuwany stół, krzesła i kredens. Tu tapety są najładniejsze. Zielone pasy na których, jak w altanie, wiją się różyczki. Zaraz za jadalnym jest przyszły pokój muzyczny. Jest jeszcze pusty i ściany ma białe, ale mama mówi, że taki właśnie, surowy jest najładniejszy.
Mebli jest niewiele i są bardzo skromne, nie wypełniają wszystkich ścian i może dlatego jest przestrzennie. Nie ma tu żadnych kotar, zasłon czy portier lub sztucznych kwiatów i tego wszystkiego, co rodzice nazywają drobnomieszczańską dulszczyzną. Określenie jest trudne, ale dziewczynka przejmuje ich punkt widzenia, że dulszczyzna to jest to wszystko, co lęgnie się w cieniu, kurzu i zatłoczeniu.
Dziś jest wielkie święto. W całym mieszkaniu wiesza się firanki. Pan Prezes, na drabinie, unosi karnisz z już upiętymi przez ciocię Polę i matkę tiulowymi firankami. Kiedy firanki są już umocowane i tata skończył montowanie sprytnego urządzenia do rozsuwania i ściągania firanek, obydwie siostry są zachwycone. I ciągle wracają wspomnieniami do jakiejś Libawy.
W pokoju sypialnym rodziców dwa wielkie łóżka, przykryta kapami z białej, wykrochmalonej piki.
- O! Pika! - interesuje się ciocia Pola - Gdzie kupiłaś? Zrobiłabym sobie taki kołnierzyk do sukni. I nakastliki!
"Co ta ciocia opowiada!" - myśli zdziwiona Maryla, która musi, oczywiście, być obecna wszędzie tam, gdzie się coś dzieje - "Jakie nakastliki, przecież to są najzwyklejsze stoliki nocne, a w nich stoją, jak mówi wujek Staszek z Chrzanowa, szacowne urynały".
- Brak tylko Madonny Dorego, Pamiętasz, Stasiu? Ty chyba chcesz powtórzyć model naszego rodzinnego domu!
- Niezupełnie, Polu. Chciałabym, żeby mój dom był bardzo nowoczesny. A co z Madonną? Zabrałyście ją ze sobą, prawda?
- Nie! To ty nie wiesz? Matka zakopała w Szawlach, w ziemi wiele rzeczy po stryju, między innymi i Madonnę. Właściwie można położyć krzyżyk na tych rzeczach. Chyba nie wyobrażasz sobie, że Związek Sowiecki oddałby to wszystko, a poza tym, one są zakopane, Bóg raczy wiedzieć, gdzie. Ale nie zmieniaj tematu. Mówisz, że mieszkanie chcesz mieć nowoczesne. A jak chcesz wychować córkę?
- Myślałam i o tym, Polu. Nie chciałabym powtarzać błędów naszych rodziców. Ale znowu, przy jej upartym i bardzo samodzielnym charakterze. Poza tym, nas tyle było w domu, myśmy się jakoś same, nawzajem wychowywały. Wtedy było inaczej.
- Stasiu! Ja jestem bardzo dumna z ciebie. Tyle już zdziałałaś! I tyle jeszcze przed tobą! Pomogę ci, w miarę możliwości, w wychowaniu Maryli. To takie miłe, inteligentne dziecko.
- Ale jest bardzo żywa! Przy tym uparta. Przeczuwam z nią kłopoty!
- Wiesz co? Namówimy pana Bogdana na kupno pianina. W pokoju muzycznym musi coś stać. Pamiętasz, co mówił zawsze nasz ojciec, że muzyka łagodzi obyczaje? Można wziąć na raty.


Któregoś dnia pad Dyrekcję zajeżdża ciężarówka z dużym, czarnym pudłem, które ostrożnie, na pasach wnosi się na piętro. Pudło okazuje się pianinem Bechsteina. Ciecia Pola musi zaraz, jeszcze w korytarzu, przelecieć się pasażem po jego klawiszach i mówi, że ten ma cudowny, miękki. I od tej pory zaczynają się wieczory muzyczne. Gra mama. Jej granie jest mocne, żywe, porywające. Ale ciecia Pola ciągle coś poprawia, woła, że rytmu nie trzyma, improwizuje. Kiedy ciecia Pola gra Chopina, przychodzą wszyscy słuchać, a jak są otwarte okna, te i na ulicę, zatrzymują się i przechodnie.
Wieczorne muzykowania są to chwile niezapomniane. Blask świec na pianinie, zielony szal cioci, który razem z nią gra Chopina. A za jej plecami mała tańcząca zjawa, małe licho, które musi w ten sposób wyrażać radość życia. Tak Maryla uczy się kochać muzykę. Dziwne są tylko spojrzenia, jakie wymieniają obie siostry i ciągle któraś powiada: "Pamiętasz?"



Maria Wierzbicka, Dzidzia, "łowi ryby"
w nieistniejącym już dzisiaj potoku Bystry,
pod Antałówką, 1923 r.

Każdej wolnej chwili ojciec zabiera mamę, ciocię i Marylę i jeżdżą po okolicy. Ojciec pokazuje dużo ciekawych rzeczy. Byli kiedyś w prawdziwej kopalni. I trzeba było włożyć długi fartuch i hełm, który spadał na oczy, a z przodu miał małą lampkę i tata opowiadał, jak bardzo ciężka to praca, choć górnik w święto wygląda wspaniale w pięknym mundurze z lśniącymi guzikami i kogucim pióropuszem na wysokiej czapce.
Czasami chodzą sami, tylko ojciec z córką, na dalekie spacery. Na Modrzejów, gdzie są największe i najbardziej rude kasztany, albo na Trójkąt, gdzie Czarna Przemsza łączy się z Białą i gdzie stoi wielka, brzydka wieża, którą kazał zbudować Bismarck. Tu było, opowiada tata, jedyne miejsce, w którym przed wojną łączyły się trzy zabory. Opowiada też, że właśnie tu najłatwiej było przejść z zaboru da zaboru i jeszcze coś opowiada o prababci Teresie. To nawet byłaby ładna bajka, ale takie to odległe!


W środkowym pokoju stoi olbrzymia, sięgająca sufitu, choinka. Zapach świerku, świeżo wyfroterowanej podłogi, zapach ciast i urok tajemnicy, czegoś co się zaraz zdarzy, a na co czekało się cały, bardzo długi rok. Choinka lśni, mieni się, w każdej bombce odbijają się miliony maleńkich tęcz. I nie wiadomo, jaki człowiek jest naprawdę. Ba jak zbliżyć twarz do takiej bombki, to wcale nie ta sama co w lustrze. Najpiękniejsze są jednak małe, różnokształtne ciasteczka amoniakalne, które obie siostry pieką same, według przepisu ze starej, zniszczonej książki. Książka nazywa się bardzo dziwnie: "Małachawiec", i ma w środku litery zupełnie inne niż w polskich książkach. W ogóle z tymi dorosłymi to jest dziwna sprawa. Mają masę zwykłych przedmiotów, które dla nich żyją swoim własnym życiem. Z każdym są związane jakieś dalekie, nieznane przeżycia. Najbardziej niezrozumiałe jest to, że kiedy te przedmioty nabierały swojej ważności, Maryli nie było jeszcze w ogóle na świecie. Ta jest zupełnie niepojęte.
W obie siostry "wstąpiło dziś złe", jak powiedziała pani Makoszowa. Obydwie, zarumieniane od gorąca kuchni, coś sobie ze śmiechem, opowiadają.
- Uniosła mi spódnicę, wysako, o tak! Pamiętasz …to było po przyjeździe z Petersburga. Pamiętasz? - pyta mama ciocię Polę.
- Tego akurat nie pamiętam. Natomiast pamiętam, że złożyłaś nam ceremonialny ukłon dworski.
Ciocia Pola chce pokazać jaki, ale jej to nie wychodzi.
- Czekaj! - woła mama - Ja ci pokażę? W końcu, to ja się wam kłaniałam.
Wiąże fartach bardzo misko, tak, że sięga podłogi.
- 0! Teraz! Widzisz! - i robi ukłon, trzymają zgrabnie brzegi umączonego fartuszka.
- Myśmy miały wtedy długie spódnice, było mam łatwiej.
- Jak to, ciociu? Długie? Dlaczego?
- Tak, kochanie. Czasy się zmieniają. Przed wojną nosiło się długie do ziemi suknie i długie włosy.
- Krótkie włosy, córeczko, to prawie nieprzyzwoite. - Mniej nieprzyzwoite - dodaje ciocia Pola - niż twoja przygoda ze sprutą spódniczką...
- Daj pokój! - Mama czerwieni się gwałtownie - Dla mnie to była wtedy prawdziwa tragedia.


W środkowym pokoju stół już nakryty śnieżnobiałym obrusem trochę nierówno, bo tu i ówdzie włożono pod obrus siano.
Ślicznie nakryty stół rozświetlają świece. I takie same, tylko kolorowe i małe na choince. Sufitowego żyrandolu nie będzie się dziś zapalało.
- Dla kogo, mamo, to dodatkowe nakrycie?
- Dla niespodziewanego gościa, Marylciu. U mas zawsze zostawiano takie wolne miejsce przy wigilii. I chwilę milczało się, wspominając tych, którzy odeszli.
Marylcia chce spytać, kto odszedł, ale wstrzymuje się. Widzi, bo to widać wyraźnie, że każde z nich, milcząc teraz przez chwilę, myśli o kimś innym, kto odszedł na zawsze. Więc nie trzeba im przeszkadzać.
Przy stole ojciec dzieli się opłatkiem z matką. Tak ślicznie patrzą na siebie. Potem łamią się opłatkiem z ciocią Polą, którą ojciec całuje w rękę. I jeszcze z księdzem proboszczem. Ksiądz proboszcz nazywa się Bromboszcz, co zawsze niesłychanie rozśmiesza Marylę. Ale dziś jest ona wyjątkowo bardzo poważna. Matka, przed wilją zmierzyła jej nawet temperaturę: "bo ona jest poważna tylko wtedy, gdy jest chora" tłumaczy się przed ciocią Polą.
- Albo kiedy śpi. - uzupełnia ojciec.
Po śledziku w śmietanie i bez, po barszczu z uszkami, karpiu w galarecie, kutii…
- Ojej. Ja już nie mogę, mamo!
- To przestań jeść!
- Kiedy ja mam ochotę na sznytkę chleba ze smalcem.
- Niesamowite jest to dziecko! - wzdycha matka - Powiedz uczciwie, że masz ochotę na Gwiazdora, a nie na chleb!
- I na to i na to, mamusiu. Uczciwie!
Do drzwi pukanie, właściwie walenie. To już należy do tradycji. I Maryla wie, że to Gwiazdor. Ale ma już osiem lat i Władzia Wytyszkiewiczówna, która jest bardzo mądra, powiedziała, że żadnego Gwiazdora nie ma. Więc nie ma również krasnoludków, żabek zaklętych w królewnę, całego tego tajemniczego świata, który zaludnia jej wyobraźnię? Trzeba to zbadać, a dzień dzisiejszy doskonale się do tego nadaje.
Pod drzwiami leży duży tobół, zawinięty w prześcieradło. Dziewczynka przeskakuje go, biegnie na schody. Za późno! Na dole słychać tylko tupot nóg. Szybko biega ten Gwiazdor. Natomiast przy tobole znajduje coś, co naprowadza ją na ślad. Jest to łuska po naboju. Takie naboje noszą strażnicy, strzegący dzień i noc Dyrekcji. Więc to tak. Jednakże kraj baśni i fantazji nie tak łatwo daje cię zepchnąć na drugi plan. Wśród wielu zabawek, nakręcanych, chodzących, mruczących i śpiewających jest oddzielna duża paczka z książkami. To najważniejszy prezent. Nieznany, daleki stryj Zdzisław, przysłał z Warszawy, równie dalekiej i nieznanej, dla kochanej siostrzenicy: Rydla "Bajka o Kasi i Królewiczu", Konopnickiej "O krasnoludkach i sierotce Marysi", Bajki Andersena, "Wyspa Mędrców" Marii Buyno-Arctowej, "Małego Lorda", "Ninę" księdza Dżawacha.
"Mówcie sobie co tam chcecie, a ja przecie wam powiadam, krasnoludki są na świecie".



Jeszcze jeden wspaniały bal. Marylcia jak zawsze
z rozłożonymi ramionami oraz w dziwacznej koronie
na głowie - króluje nad wszystkimi dziećmi.
Data i miejsce balu nieznane.

Maryla Dębicka,
8 lat, 1925 r.

Na bufecie, w środkowym pokoju stoi od kilku dni małe, czarne pudełko . Trochę skośne, na wierzchu ma niewielkie przykrycie z celuloidu. Pod nim maleńki, lśniący krysztalik. Można przykrycie zdjąć i poruszyć ukrytą tam igłą która go dotyka. Wtedy kryształ ożywa, słychać trzaski, tajemnicze szmery. Z boku pudełka są wmontowane dwa sznury, zakończone słuchawkami. Gdy przyłożyć ucho do okrągłego kółka słuchawki słychać zupełnie już dziwne rzeczy: "Tu Polskie Radio Warszawa!"
Nie wszystkich audycji wolno słuchać. Gdy tylko w słuchawce jakaś pani śpiewa tak rzewnie: "Skrwawione serce", albo "Ja się boję sama spać" mama zabiera słuchawki.
Najzabawniej jest wtedy, gdy tata i mama słuchają oboje i jednocześnie usiłują rozmawiać ze sobą. Nie widzą, że córka obserwuje ich uważnie. Jacy są śmieszni i kochani, kiedy żywo gestykulują, protestują lub zgadzają się z tym, co słyszą. A wszystko to na migi, albo też krzyczą, bo uszy mają zatkane słuchawkami. A potem długo rozmawiają.
Dziś, opanowany zwykle tata, jest bardzo zdenerwowany. Widocznie słuchawki nie zawsze niosą słodkie melodie niedozwolonych piosenek.
- Polskę można - woła ojciec, chodząc po pokoju - budować, ale można ją także rujnować. Czy ty rozumiesz, Stasieńko! Wszedł do Warszawy . l tam się krew leje na ulicach, toczy się bój! Więc jednak brat przeciw bratu.
- Antoś...
- Wybacz, kochanie, ale on był w Legionach! On ma zupełnie inne poglądy. On uważa Piłsudskiego za bezsporny autorytet, za męża opatrzościowego.
- Ale przecież ty sam...
- Nawet brałem udział w uwolnieniu Piłsudskiego ze Szpitala Mikoły Cudotwórcy w tysiąc dziewięćsetnym roku. I to na jego rozkaz wstąpiłem do celnictwa. A w dziewięćset piątym, podczas rewolucji w Rosji, dostarczałem broń bojówkom polskim. I co z tego? Ile to już lat! Zacząłem konspirować jeszcze u Górskiego. To były lata dziewięćdziesiąte ubiegłego stulecia, a teraz mamy rok dwudziesty szósty. Pięćdziesiąt latek mi stuknęło, sam nie wiem kiedy. Ale wracając do tematu, człowiek uczy się całe życie i zmienia się. On też się zmienił, zdradził ideały socjalizmu. Teraz, jakby przyszło co do czego, pierwszy przeciw niemu wyjdę z karabinem na ulicę. Co to tak turkocze? - przerywa.
- Nic, nic, to tylko Marylcia jeździ hulajnogą po korytarzu. Rano mówili w radio, że pan prezydent Wojciechowski zrezygnował.
- I bardzo dobrze zrobił. Zobaczysz! Teraz dopiero zacznie się dyktat sanacji.
W nocy Maryla śpi niespokojnie. Sen jest pełen huku, czyichś gwałtownych słów, ujadają psy, gdzieś strzelają.
Rano dziwny obraz ze snu przybiera realne kształty. Na dole strzelanina. Biegnie boso do pokoju rodziców. Nie ma nikogo! W pokojach od frontu meble przysunięte do okien, jedna szyba wybita. Matka blisko framugi obserwuje ulicę. Maryla słyszy, że w nocy dokonano bandyckiego napadu. Sześciu uzbrojonych osobników usiłowało wedrzeć się do piwnic Dyrekcji. Ranili bardzo ciężko jednego z broniących się strażników.
- Gdzie tatuś? - krzyczy dziecko.
- Uspokój się. Tatuś zdrów i cały. Jest na dole. Bronił ze strażnikami Dyrekcji.
Potem przyjeżdża ambulans i zabiera rannego strażnika, który, osłaniając ojca, uratował mu życie.


Mama jest bardzo zdenerwowana i roztargniona, wszystko jej leci z rąk. Ciocia Pola, która od pół roku już mieszka w Katowicach i uczy w Konserwatorium, przyjechała "na zawsze" na miesiąc i też jest roztargniona. Robi się gruntowne porządki.
Skąd to poruszenie? Sprawa okazuje się bardzo interesująca. Do Mysłowic przyjeżdża z bardzo daleka babcia Pallulonowa. A na imię ma tak samo, jak ciocia Pola - Paulina.
- Jeszcze nigdy nie miałam prawdziwej, własnej babci. Mamo, czy ona, ta babcia, hekluje?
- Czy co robi? A, czy szydełkuje? Nie wiem, nie przeszkadzaj!
- Tato? Jaka ona jest, ta nowa babcia?
- Jaka jest? - ojciec patrzy trochę niepewnie na mamę. Oboje są wyraźnie zakłopotani. Tak, jakby trochę się skurczyli w sobie. Jak Alicja z Krainy Czarów. Za dużo grzybka Alicji pewnie zjedli! Oj! Coś niedobrze z tą nową babcią.


Po babcię Pallulonową posyła się do Katowic samochód.
Samochód jest przybrany kwiatami w środku, a tatuś przed wyjazdem sam, osobiście kręci korbą, żeby sprawdzić, czy wszystko gra.
Bieganie po peronie, zaglądanie do budki pana dyżurnego ruchu, włażenie na drabinę przy jego budce i w ogóle jakiekolwiek zabrudzenie nowej sukienki jest dziś surowo zabronione. A już wychylanie się z peronu, nawet gdyby tata trzymał za pasek, jest zupełnie wykluczone. A to takie ciekawe, zobaczyć dwoje wielkich żółtych oczu lokomotywy, która powoli zbliża się, robi się coraz większa i która przywozi własną babcię.
Z przedziału, obładowana paczkami, koszyczkiem i mnóstwem tobołków, wysiada staruszka. Trochę przygarbiona, z trudnością podnosi nieco ku ramieniu skrzywioną głowę.
- Polu! - słyszy Marylcia poza sobą cichy, szybki szept mamy - Ona jest siwa!
"Co w tym dziwnego? - myśli Maryla - prawdziwa babcia musi być siwa i pomarszczona jak zimowe jabłuszko". Tylko dlaczego babcia tak wydziwia na krótkie włosy mamy i cioci. I jeszcze mówi, że mają za krótkie sukienki. Bo babcia ma czarną, długą prawie do ziemi.
Przed dworcem ojciec pomaga wejść babci do samochodu i sam też wsiada. Do drugiego, wynajętego samochodu, za chwilę wsiądzie mama, ciocia Pola i wnuczka. "Bo ja jestem teraz wnuczką!" - myśli z dumą Marylcia.
Ale zanim to się stanie, dziewczynka widzi mamę i ciocię, które stoją na brzegu trotuaru, jakieś dziwnie bezradne. Obydwie siostry coś mówią do babci, stukają w szybę i gestykulują. Ale szyba jest podniesiona, żeby babci nie przewiało. Więc i głos do niej nie dociera. Macha tylko niecierpliwie ręką w czarnej rękawiczce, jakby odpędzała się od much. Dwa patrzące na siebie pokolenia dzieli szyba. A "trzecie pokolenie" myśli sobie, że babcia wygląda tak jakby zamknięta w oszklonym pudełku pełny kwiatów.


Auta podjeżdżają pod Dyrekcję. Prywatne wejście jest dziś szeroko otwarte. Babcia - sztywna, oficjalna, usiłuje wejść na schody posługując się laską. Ojciec szybkim ruchem odrzuca babiną laskę, bierze babcię na ręce, lekko i ostrożnie wnosi ją na piętro. Żółte i pomarszczone palce, które widać z mitenek, otaczają szyję ojca. Kontem oka Maryla dostrzega ruch głowy matki, którym wskazuje cioci Poli wchodzących przed nimi. A ciocia Pola ukradkiem ociera łzę. "Dziwny, bardzo dziwny jest świat" - myśli Maryla.


Ciocia Pola mieszka teraz z Marylcią, a babcia "urzęduje" w pokoju gościnnym. Babcia nie przyjechała z pustymi rękoma. Przywiozła samowar, stary, pamiętający, jak mówi ciocia Pola, dobre, przedwojenne czasy libawskie. Jest też duża, srebrna cukiernica i szczypce do niej.
- Patrz, Stasiu! Te szczypce. Wyjadałaś nimi zawsze cukier w kostkach! Pamiętasz? - mówi ciocia Pola.
- Uspokójcie się, moje panny, - babcia usiłuje mówić surowo - twoja mama, Marylciu, była zawsze bardzo grzeczną dziewczynką i cukru nie wyjadała.
Obie siostry parskają śmiechem, ale babcia znowu gromi je:
- Moje panny, jak wy się zachowujecie?
W małym, zawiniętym w kilka szmatek, pudełeczku, babcia przywiozła jeszcze swoje klejnociki. Ciocia Pola dostaje kolczyki, a mama pierścionek z turkusem. Marylcia chce obejrzeć.
- Babciu! Daj zobaczyć!
- Nie rusz! Zepsujesz! Muszę ci powiedzieć, Stasiu, że dziwnie ją wychowujesz. Jak można pozwolić, żeby do dorosłych mówiła "ty". Za moich czasów, w naszym domu…
- Mamo, czasy się zmieniają! Teraz inaczej wychowuje się dzieci.
- Już to kiedyś słyszałam. Wszystko jedno, to nieładnie. I autorytet traci się przy tym.
Następnego dnia, babcia urządza pobudkę o piątej rano. Ubrana i starannie uczesana wybiera się na inspekcję gospodarstwa swej najmłodszej córki. Sprawdza porządki, tu zgani, tam pochwali. W spiżarni, czystej i zapełnionej produktami, słoikami i butlami, babcia zatrzymuje się najdłużej.
- Spiżarnia, to serce domu, pamiętajcie! Owoc, owszem, ładny, szklisty. Ile bierzesz, Stasiu, cukru?
- Kilo na kilo, proszę mamy.
- Ależ to stanowczo za mało! Przed wojną brałam zawsze półtora cukru na kilo owocu. Napewno ci sfermentują. A ten agrest dlaczego taki ciemny? Powinien być wyraźnie zielony, klarowny.
W sypialni podobają się jej pikowe, białe kapy na łóżkach rodziców. Nie podoba się pokój Maryli.
- Za dużo tu zabawek. - konstatuje - I jeszcze koń na biegunach! Kto to widział coś podobnego. To bardzo niezdrowo dla dziewczynki. Jeśli już koniecznie zabawki, to lalki.
- Ja nie lubię lalek, babciu!
- Dlaczego nie lubisz, wnuczko? - rzeczowo pyta babcia.
- Nie wiem. Nie lubię i już.
- Stasiu! - powiada babcia już w korytarzu - Tak patrzę i patrzę na to twoje gospodarstwo. Macie tu wszystkiego pod dostatkiem. Dobra i zapobiegliwa z ciebie gospodyni. Ale czegoś mi tu jednak brak.
- Mamo! Czego?
- A zaraz powiem! Zobacz no, wnuczko, czy ciebie nie ma w kuchni... Brak wam - mówi po wyjściu Marylci - czeredy dzieciaków. I zabawek mniej byłoby potrzeba, bo bawiłyby się razem, ze sobą. U nas w domu...
- Mamo!
- Co ty tak "mamo" i "mamo"! Czyż nie mam racji? Muszę się ja za to zabrać.
- Za co, mamo? - pyta ciocia Pola - Za dzieci Stasi?
- Masz parszywe myśli, Polu. W ogóle wypraszam sobie takie żarty. Myślałam o wychowaniu mojej wnuczki, oczywiście. Teraz chodź, Polu, do mego pokoju, uczeszesz mnie. Zaraz będzie obiad, przyjdzie mój zięć, muszę porządnie wyglądać.
Maryla przysiadła na małym stołeczku i patrzy na dwa, długie, siwe i cienkie warkoczyki babci, które ciocia Pola rozczesuje ostrożnie i delikatnie.
- Miałam kiedyś piękne włosy, wnuczko. - mówi babcia - Nie zawsze były takie chude. Zobacz na fotografii, która wisi w jadalnym pokoju.
Maryla biegnie do środkowego pokoju. Tak. Wiszą dwie fotografie nad kredensem, na który stoi dedektor. Maryla wie, że to są jej dziadkowie. Wie, ale nie czuje tego. Ta pani, śliczna, młoda, ze śmiesznie wygiętą w talii figurą - to przecież nie może być jej babcia! A jednak jest. Więc dziecko nie rozumie.


Cała rodzina zgromadziła się w środkowym pokoju. Ojciec przytaszczył tu fotele i siedzi teraz w jednym z nich, z nieodłączną fajką. Na kanapie, przytulone do siebie, mama i ciocia Pola. W drugim fotelu, zapadnięta w miękkie jego głębie - babcia. Wydaje się taka mała i drobna. Siwe włosy pokrywa czarna koronka. Długa, też czarna suknia, sięga ziemi. Kiedy babcia podnosi oczy na ojca, Maryla widzi, że są piękne i opromienione dziwnym blaskiem. "Śliczna jest moja babcia - myśli - taka prawdziwa babcia, choć ciągle gdera."
Wszyscy patrzą teraz na ojca. Czekają co powie. A on przygląda się w skupieniu małej, pożółkłej przez czas i podróże, kartce. Marylcia podbiega i chce koniecznie zobaczyć, co tam jest. Są tylko kreski, linje, strzałka i w środku duży krzyżyk.
- Mówi mama, że pod Szawlami, w ogrodzie? Szawle - to teraz Związek Sowiecki, a dokładnie Litewska Republika SRR. Nie bardzo widzę, jak to można odkopać. Jak wogóle można to odzyskać!
- Ty to potrafisz, Bogdanie! - mówi staruszka nagle silnym głosem - Ja wiem, jeśli tylko zechcesz.
- Mama przecenia moje możliwości!
- Może przez Ambasadę Francuską, może przez Warszawę - proponuje ciocia Pola.
- Gdzie Rzym, a gdzie Krym! Poczekajcie, niech no pomyślę! I to jest cała dokumentacja, jaką mama posiada? Plan ogrodu w Szawlach. To licho mało!
- Przed śmiercią arcybiskupa Pallulona przywieźli mi to z Szawel księża. Byłaś przy tym, Polu! Nie! To ty, Stasiu! Wszystko jedno, która. - irytuje się nagle staruszka - Najważniejsze, że jest ten plan. Tam, tuż przed wojną, sama zakopałam w skrzyniach wszystkie skarby waszego stryja. Dlatego wyjechałam wcześniej niż Pola z Libawy. Jak wy nic nie pamiętacie!
Prośba, by odkopać skrzynie, powierzone ziemi przed rokiem czternastym, na terenach, należących teraz do Związku Sowieckiego mogła powstać tylko w umyśle babci. Prośba była co najmniej dziwna i wydawała się być niewykonalną.
A kiedy babcia, zmęczona długą naradą, poszła do siebie, siostry długo jeszcze siedziały w pokoju. Marylcia, korzystając z tego, że zapomniano ją wyrzucić spać, wcisnęła się między nie i usiłowała słuchać.
- Jestem pewna, że Bogdzio to załatwi. Nigdy nie wykorzystywał swego stanowiska dla celów prywatnych. Teraz mm się przydadzą te stosunki i znajomości.
- Tak, wiem. - mówi ciocia Pola - On jest naprawdę bardzo dobry. To człowiek gołębiego serca. I naszej matce nie umie niczego odmówić.


Poszły więc w ruch znajomości, stosunki, telefony, kontakty z władzami sowieckimi przez ambasadę w Paryżu. Rezultat był jednak ciągle więcej niż wątpliwy. Była ostra zima, mróz skuł daleką ziemię litewskiej republiki.
Któregoś dnia po południu w gabinecie ojca zadzwonił telefon.
- Idź, odbierz, Marylciu! Tak mi się nie chce wstawać - prosi ojciec.
I przez ten jeden telefon robi się zamieszanie. Ojca wzywają pilnie na granicę. Jest przesyłka. Trzy skrzynie. Sprawa chyba bez precedensu! Pan prezes jedzie natychmiast, aby osobiście dokonać oclenia przesyłki. Dwie skrzynie są nietknięte, trzecia była otwierana, ale jest i list Ambasady Związku Sowieckiego wyjaśniający, że skrzynie otwarto komisyjnie, ponieważ trzeba było opłacić ludziom koszty kopania. A była zima. Wyjęto więc komisyjnie z jednej pierścień, spieniężono go i tym opłacono ciężką pracę kopaczy w skutej lodem i śniegiem, dalekiej ziemi.


Wyjmuje wiec babunia sama, dawno powierzone ziemi, skarby.
- Zaraz - przerywa wzruszona - kiedy to było? Miałaś wtedy osiemnaście lat, Stasiu! Żyła jeszcze ciocia Ludka.
Ręce babci drżą coraz bardziej. Ojciec wyręcza ją w rozpakowywaniu. Wyjmuje przedmiot za przedmiotem. Są patery srebrne, duże, ozdobne i cukiernice pięknie zdobione, wspaniała zastawa stołowa. Babcia wyjaśnia, że sztućce są rzeźbione w stali chesterfildzkiej, oprawne w kość słoniową i że nie można nigdy myć ich w gorącej wodzie, bo kość pęka. Jest i długi łańcuch arcybiskupi.
W oddzielnej, mniejszej skrzyni jest coś dużego i ciężkiego. Ojciec odwija ostrożnie naoliwione szmaty. Oczom zgromadzonych tu trzech pokoleń ukazuje się przepiękna, nietknięta zębem czasu, lekko tylko spatynowana, jedna z nielicznych rzeźb dłuta Gustawa Dore. Zadumana, piękna twarz Madonny, o subtelnym profilu jest zwrócona do Dzieciątka, które trzyma w rękach. Dziecko, inaczej niż Matka, jest pełne życia i małymi rączkami zdaje się ogarniać cały świat.
- Gustaw Dere! - mówi babcia bardzo wzruszonym głosem.
- Mamo, Bogdzio mówił, że na postumencie jest stempel firmy odlewniczej. Bracia Thibaut, Paris.
Babunia, ochłonąwszy "krzyneczkę" rozdziela sprawiedliwie skarby. Pamięta o wszystkich. Ma przecież jeszcze dwie córki i jednego syna. Oczy ma szkliste, ale głosem dostojnym, godnym, rozdziela co komu przeznaczyła.
Tyle tego oglądania i wspominania o "przedwojnie", o jakichś ciociach Ludkach, że dziewczynce myli się wszystko i wreszcie usypia na kanapie, nieświadoma, iż w tej chwili staje się przyszłą dziedziczką przepięknej Madonny.
- Tak, moje panny - mówi Paulina Pallulonowa - wasz stryj życzył sobie, żeby statuę otrzymywała zawsze najmłodsza córka. Formalnie więc - dobrze mówię Bogdziu, ty, Stasiu jesteś teraz jej właścicielką i przekażesz ją... - chwilę się waha - Przekażesz ją twej córce, Marii, a ona zaś, ale co tu wybiegać w przyszłość!


Decyzją babci i rodziców, Marylcia zostaje zapisana do pierwszej klasy gimnazjum w Mysłowicach. Przełożona, pani Wałecka, jest bardzo surowa. Okazuje się, że dziewczynka, wychowana bez szkoły powszechnej, umie dużo i w rezultacie wstępny egzamin wypada pomyślnie. Dobry ojciec swoje umiejętności inżynieryjne, nabyte w Instytucie Technologicznym, zużywa na rozwiązywanie zadań z rachunków i wyrysowywaniu cudownie precyzyjnych siatek geograficznych, na których rozpina lądy, dzieli je morzami i oceanami, ozdabia górami i rzekami. Maryla znajduje je zawsze rano, pod drzwiami swego pokoju, albo w korytarzu na tornistrze. "Bardzo dobre" nigdy - zawsze "Celująco". Matka próbuje trochę pomagać córeczce w nauce, ale to jest dziwna pomoc. Mama najpierw zaczyna podziwiać podręczniki, potem mówi, że "za jej czasów...", a na końcu zagłębia się w czytaniu i nie można jej oderwać. Wygląda to tak, jakby się uczyła od początku. Kiedyś zobaczyła książkę Rydla, dawno przez Marylę przeczytaną i umianą na pamięć.
- Była taka u nas w domu - powiedziała wtedy i dodała: "Kasiu, Kasieńko, Stasiu, Stasieńko." - To ty też chodziłaś do szkoły, mamo?
- Oczywiście! Tylko wtedy nie było takich pięknych książek, podręczników. W ogóle nie było polskich książek, to było zabronione. Uczyłyśmy się tylko po rosyjsku.
- Jak to? Dlaczego?
- Bo były zabory. My mieszkaliśmy pod zaborem rosyjskim, a tatuś, w młodości pod austryjackim.
- To nie mogliście być buntowszczykarni?
- Skąd u ciebie takie słowo? - mówi matka, a myśli: "Jak to jednak trzeba uważać, co się mówi przy dziecku", a głośno już dodaje:
- Ależ mogliśmy i byliśmy. Tylko, widzisz, za to buntowszczykowanie płaciło się najwyższą cenę. Sybir, katorga.
Zabory? Sybir? To już jest za trudne i nieciekawe. Najważniejsze jest dziś dla Maryli to, że dostaje mundur szkolny. Jest to Iuźna sukienka granatowa z dużym, wykładanym kołnierzykiem, koloru bordo. Przypomina trochę mundur kolejarski.


Po pół roku są kłopoty: "antytalent do matematyki!" - stwierdza na pierwszej wywiadówce pan Kiełbasa, "nie ma zdolności do języków!" - powiada panna Mazurówna, "z niemieckiego same piątki".
- Nie bardzo rozumiem systemu stopni. Pani mówi: "Piątki"? To źle? - matka jest bardzo zmartwiona.
- To jest, proszę pani, najgorszy stopień. U nas tak już jest. Bardzo dobrze to jedynka, dobrze to dwójka, trójka - dostatecznie. Piątka, a właśnie piątek ma Dębicka najwięcej - to niedostateczny.
Panna Fijałkowska, mimo, że zawdzięcza tę posadę wstawiennictwu pani prezesowej, musi ze smutkiem stwierdzić, że francuski też Maryli nie wchodzi do głowy. Ma same piątki.
- Może choć zachowanie jest w porządku? - pyta zupełnie już przybita, matka.
Dama klasowa, panna Zubek, rozkłada ręce.



Dębicki Bogdan z córką Marylą
(7 lat), Zakopane - 1924 r.

Pod Dyrekcję podjeżdża wspaniała, czarna kareta. Furman na koźle w liberii, w takiej samej liberii chłopak, stojący na śmiesznym rusztowaniu z tyłu pojazdu. Na karecie wymalowane na tarczy skomplikowane znaki. Ten z tyłu zeskakuje i, Maryla słyszy to na własne uszy: "List od Jego Wysokości, księcia na Pszczynie!"
Tata dostaje zaproszenie do pałacu książąt Donnersmarcków. Zaproszenie jest napisane na lśniącym papierze, z którego możnaby zrobić śliczną strzałę do wyrzucenia przez okno. Ale tata mówi, że nie można, bo to welin.
Marylcia dawno już umie czytać, bo nie tylko w szkole ją nauczyli. Dawno już tata nauczył ją liter alfabetu. Takiego alfabetu, jaki umie Marylcia, nie zna chyba nikt: "Adam Babie Cebulę Daje, Ewa Figę Gryzie..."
Więc na tym zaproszeniu bardzo łatwo odczytać, że książę ma zaszczyt, a na dole dopisek: "Prosimy przybyć wraz z córką". "Córka - to ja!" - myśli Marylcia.
- Książę jest z bajki, tatusiu, czy prawdziwy! Powiedz! I ja pojadę z wami?
- Pan Donnersmarck ma synka w twoim wieku. Będziesz się mogła z nim pobawić. A na pierwsze pytanie nie umiem ci odpowiedzieć!
- Ależ tatusiu! Przecież ty zawsze wszystko wiesz! Ty jesteś najmądrzejszy na świecie!
- Może i umiałbym ci odpowiedzieć, ale ty i tak tego nie zrozumiesz!
- To jest "nie dla dzieci", tato?
- Nie, to nie o to chodzi. Widzisz, ja nawet wolałbym, żeby ten książę był z bajki, ale rzecz w tym, że nie jest. I nawet prawdziwym księciem nie jest.
- Czekaj Bogdziu! Teraz i ja nie rozumiem - wtrąca matka, która do tej pory przysłuchiwała się w milczeniu.
- To powiedz mi, co znaczy po niemiecku: "Donnerstag". Czwartek, tak? A "March"? To targ, jarmark. Oni pochodzą ze Spiskiego Czwartku.
- Tato, to miasto może się nazywać, jak Dzieci Pana Majstra? Wtorek, Środa...
- A żebyś wiedziała! Jest Środa Śląska, Wielkopolska, Piątek Płocki, był i Czwartek Spiski.
Wiec z tym księciem, to bajka i nie bajka. A ojciec długo tłumaczy matce historię rodu Hencklów, którzy dorabiali się fortuny na pocie nieludzko wyzyskiwanych, niewolniczo im podległych górników. Niechlubne to były poczynania i głośno o nich było na całym Śląsku. To oni, bodaj pierwsi, odkryli, jak można na Śląsku szybko i tanio zamieniać w złoto polski czarny węgiel. Należą do nich kopalnie "Śląsk", "Jankowice".
"Donnersmarck", kopalnia "Niemcy", zmieniona teraz na "Polska", wielka spółka "lignozka", większość akcji należy do nich. Materiały wybuchowe produkują na wielką skalę.
- Może ci z Pszczyny są trochę inni. - kończy ojciec. - Może trochę względniejsi dla ludzi, ale w końcu to jedna rodzina. A dla porządku, ot, ci z Pszczyny nazywają się naprawdę Hochbergowie: wysoka góra! A poza tym, nie znoszę tytułów!
- Więc czy musimy tato jechać, Bogdziu!
- Nie, nie musimy! Ale ja chcę zobaczyć te splendory, bogactwa na własne oczy. Interesuje mnie, dla kogo walczyłem o wolność i demokrację. A przy okazji, Maryla zobaczy to i owo.
Maryli jednek nie jest dane zobaczyć "tego i owego". Los jest niesprawiedliwy. Unieruchomiona anginą dziewczynka, mimo "uczciwego" płukania gardła wodą z solą lub rozcieńczoną jodyną, pocenia się pod trzema kołdrami, po naparze z malin, musi zostać w łóżku. I tylko z opowiadań rodziców widzi oczyma wyobraźni wielokilometrowy park, sarenki przebiegające drogę wiodącą do pałacu. I herbatę z petitfurkami, podaną przez lokaja w białych rękawiczkach w japońskim salonie. I prywatne apartamenty syna księcia na Pszczynie, załadowane najprzeróżnorodniejszymi zabawkami z całego świata, gdzie małe, blade książątko nudzi się haniebnie, jak mops.


Czasami, bardzo rzadko, przyjeżdża do Mysłowic wysoki, ciemny pan. O tym dorosłym panu mówi się, że to brat przyrodni. Bierze ją na kolana, nazywa: "Moje czupiradło kakadu"! Potem, kiedy przychodzi tata, zamykają się za nimi drzwi gabinetu i słychać stamtąd podniesione głosy. Ojciec, tak zawsze spokojny, gniewa się. Poszczególne słowa, docierające do uszu dziewczynki, nie wyjaśniają, co mianowicie przeskrobał ten przyrodni: "samodzielność" - woła ojciec - "ja w twoim wieku" - i jeszcze to najzabawniejsze: "nie będę świecił za ciebie oczyma". Jak to by tata zrobił? Latarki by sobie wprawił do oczu?



Dębicki Konstanty, Kostek,
częściej nazywany: Kocio, syn Bogdana
z pierwszego małżeństwa, przyrodni brat Maryli
- na zdjęciu: Bydgoszcz 1934 r.

- Proszę pani, jedynie z geografii ma nareszcie dwójkę. Przede wszystkim Dębicka, wyrwana do lekcji, nie wstaje, odpowiada z miejsca, na siedząco. Przedwczoraj zachowała się nieodpowiednio wobec nauczycielki, panny Mazurówny.
- Co zrobiła?
- Panna Mazurówna ukarała jedną z dziewczynek za nieodrobienie lekcji. Wtedy pani córka powiedziała głośno na całą klasę, że tak się nie robi. Nauczycielce, proszę pani! A wczoraj zamknęła na klucz całą klasę. Naumyślnie! Panna Mazurówna z uczennicami nie mogła się przez trzy godziny ruszyć.
- A w jaki sposób panna Mazurówna ukarała tamtą dziewczynkę?
- Tamtą? A co to ma do rzeczy? Naturalnie, ręką, w twarz oczywiście. Panią to dziwi? Tu taki zwyczaj.
A w domu:
- Mamo! To nieprawda! Ja nie naumyślnie! Ja niechcący! Uwierz mi!


Nikt jej jednak nie wierzy. Ani mama, ani ciocia Pola, ani babcia, nawet koleżanki. One nawet uważają, że Maryli udał się jeszcze jeden wspaniały szpas.
Wtedy ojciec znajduje wolną chwilę, zabiera dziewczynkę na daleki spacer i tam, w lesie, w sprzyjającym momencie, wyciąga z niej prawdę. Dyżurną była wtedy nie Maryla, a Basia Dubiel. I to ona, przez gapiostwo, zamknęła klasę III b, razem z dziewczynkami i panną Mazurówna. Dobrze jej tak. A że panna Mazurówna nie lubi Dubiel i ciągle na nią krzyczy: "Dubiel, zostań stać w ławce!", więc Maryla zachachmęciła sprawę dyżurów, biorąc potem całą winę na siebie.
- Dlaczego jednak nie powiedziałaś w domu prawdy? Przecież ty nie lubisz kłamać?
- To prawda, tatusiu. Nie lubię. Ale jak zdradzić najlepszą przyjaciółkę?


 
Ciocia Janka Wierzbicka, siostra Bogdana Dębickiego.

Przy stole jest nudno.
Przy stole mama i ciocia podlizują się babci.
A jak Maryla cokolwiek powie, słyszy nieodmiennie: "Dzieci i ryby przy stole głosu nie mają! Dziecko musi znać mores - poucza babcia - inaczej rozbisurmani się ze szczętem i rozpuści jak dziadowski bicz".
Po obiedzie rodzice pojechali do Katowic, do Iluzjonu, ciocia Pola poszła zdrzemnąć się krzynkę. Została tylko babcia, zatopiona w czytaniu. Świetny moment, żeby to raz wreszcie wyjaśnić!
- Babciu, babciuuu! Gdzie jest ta kądziel?
- Widzisz, że czytam, wnuczko! Ty mi przeszkadzasz, a to takie ciekawe. Jakie śliczne są teraz książki dla dzieci. Nie zawracaj mi kontrafałdy, bo muszę się dowiedzieć co ta Polyanna znowu zmalowała!
Babcia znad drucianych okularów patrzy trochę nieprzytomnie na wnuczkę.
- O kądziel pytałam, babciu! Gdzie ona jest? Przywiozłaś?
"Przedziwne jakieś dziecko!" - myśli babcia.
- No bo - tłumaczy poważnie dziewczynka - tatuś powiedział, że babcia jest "od kądzieli, a babcia Dębicka, ta w Warszawie - od Biecza". Jabym chciała zobaczyć, jak babcia kądzieluje!
- Ach, o to ci chodzi, dziecko! Twój ojciec ma rację. Trzeba ci wiedzieć, moja panno, że agnaci ze strony ojca, to nasi antenaci po mieczu. Ze strony zaś matki - to kognaci po kądzieli. Rozumiesz?
- Nie! - odpowiada Marylcia - To jak babcia nie ma kądzieli, to może i babcia Aleksandra nie ma miecza? A ja ją sobie tak ładnie wyobraziłam! Rzuca się na wroga z mieczem w ręku!
Staruszka z trudem utrzymuje powagę. Dziewczynka podpatruje to natychmiast i ciągnie.
- Babciu! Dlaczego ty jesteś zawsze taka zasznurowana? Przecież jesteś najładniejszą babcią na świecie! I tak ślicznie umiesz się śmiać. Tatuś powiada, że śmiech to zdrowie! A on wie najlepiej!
- Zapewne, zapewne! - zgadza się babcia Paulina i wzdychając wraca do przygód Polyanny.


 
Janina Wierzbicka, siostra Bogdana Dębickiego
oraz Stanisław Wierzbicki, mąż Janiny.

Życie na pierwszym piętrze Dyrekcji płynie cicho i spokojnie, regulowane tylko co raz to nowymi popisami dziewczynki. Nie są to, na dobrą sprawę, popisy, a szalone zabawy z nowymi przyjaciółkami. Tadzio, syn woźnego, poszedł w odstawkę, bo Władzia Wytyszkiewiczówna powiedziała, jak zawsze poważnie: "Ale zaś! To nie idzie bawić się z chłopakami!"
Nie ma w Dyrekcji balów, rautów czy wielkich przyjęć. Są tylko czasami "herbatki", na które przyjeżdża malutki pan wojewoda Grażyński, pan Swiatkowski z Katowic, albo ciociowie z Chrzanowa z Dzidzią.
Za to teraz, kiedy już wiadomo na pewno, że przyjedzie Ważny Gość, że wreszcie zdarza się jedyna, wielka uroczystość, o której mówią całe Mysłowice i nawet sama przełożona, pani Małecka, pytała Marylci, czy to prawda - Maryla jest wyłączona z uroczystości. To niesprawiedliwe!
W odwiedziny do babci Pauliny przyjeżdża z Poznania Jego Eminencja prymas Polski, kardynał Hlond . Nie tylko do babci, bo kardynał chce odwiedzić też rodzinne miasto, pochodzi bowiem właśnie z Mysłowic.
Babcia usiłuje wytłumaczyć wnuczce, że brat dziadka Hipolita był arcybiskupem i był współkonsekratorem obecnego kardynała Hlonda na biskupa, ale wnuczka nic z tego nie pojmuje, choć bystrości jej nie brak. Ona ma ważniejsze sprawy, jak mówi mama, na głowie.
Jest już po przyjęciu. Przez długie i wysokie schody, wysłane na tę okoliczność czerwonym chodnikiem, schodzi majestatycznie pochód. Wzdłuż schodów, z obu boków - poczet księży. Jest cisza.

Wszyscy są bardzo wzruszeni. Bardzo Ważna Osoba stawia ostatni krok i wtedy właśnie, w tej chwili, z właściwie wymierzonym rozbiegiem, przez chodnik u Jego stóp przetacza się zręcznymi fikołkami kolorowa kula. Raz nóżki, raz głowa, koziołek, przewrót, przewrót, koziołek, i hop! I hop! Turla się Marylcia.
Orszak zatrzymuje się. Babcia załamuje ręce. Ma ceglaste wypieki na pomarszczonych policzkach. Ciocia Pola ma łzy w oczach, matka zakrywa twarz rękoma - chyba bardzo się gniewa. Tylko ojcu drgają podejrzanie kąciki ust.
Pierwsza przytomnieje matka:
- Dlaczego to zrobiłaś, ty niedobre dziecko! Jak mogłaś!
- Proszę się na nią nie gniewać - mówi dobrotliwie kardynał - to jeszcze dziecko!
Podnosi wysoko dziewczynkę, całuje w czoło i zwracając się do rodziców, powiada:
- To jeszcze dziecko, a z takich półdiabląt wyrastają zazwyczaj wartościowi ludzie.
- Bo ja chciałam też zobaczyć Bardzo Ważną Osobę. - mówi śmiało dziewczynka. - I nie pozwolili siąść do stołu! A ja miałam dziadka arcybiskupa!
Co za szczęście, że Bardzo Ważna Osoba ma poczucie humoru!



Dzidzia czyli Maria Wierzbicka,
córka cioci Janki i Stanisława.

Z rozmów z Kalinką Kokotówną i Władzią Wytyszkiewiczówną, która zawsze wie wszystko najlepiej, wynika, że dzieci nosi matka w brzuchu. Wobec tego Marylcia postanawia rozpocząć "wielki wywiad". Na pierwszy ogień idzie babcia.
- Babciu! Skąd się biorą dzieci?
- Dzieci? Znajduje się je, oczywista, w kapuście, wnuczko!
- A jak się dziecka nie zauważy i kapustę ugotuje, to co?
- Nie zawracaj mi głowy! I nie interesuj się takimi sprawami! Idź się bawić!
Jest jeszcze ciocia Pola. Ta, co prawda, czerwieni się przy lada okazji i bez, ale zapytać nie zawadzi.
- Ciociu! Skąd się biorą dzieci?
- Ależ, Marylciu, to proste! Bociany je przynoszą. Po co ci to wiedzieć. Zajmij się czymś sensownym.
Oczywiście, ciocia Pola zaczerwieniła się! Co to jest z tymi dziećmi?
Zostaje mama. Jeśli i ona coś wymyśli - to już koniec. Dorosłym nie będzie można ani trochę wierzyć!
Matka jest zmieszana. Ale pamięta własną młodość.
- Chodź, córeczko - powiada - usiądziemy sobie tu, na kanapie i mamusia ci powie, jak to jest. Najpierw, żeby mogły przyjść na świat dzieci, musi być tatuś i mamusia. I muszą się kochać…


Groźne chmury gromadzą się nad głową, niczego nie spodziewającej się Maryli. Naradę zwołała i jej przewodniczy, babcia. Chodzi o ukierunkowanie ewentualnych zdolności dziewczynki. - Z muzyki - pierwsza zabiera głos ciocia Pola - nic nie będzie. Przykro mi, ale "gameczki-poleczki" ją nudzą. Uderzenie ma, owszem, bardzo miękkie, wyraziste. Griega gra na przykład z uczuciem, ale za to z błędami i nierytmicznie. I na tym koniec.
- Może śpiew, - proponuje niezmordowana babcia - za moich czasów każda panienka uczyła się śpiewać!
- Nie, nie! - protestuje żywo ojciec - Głos to ona ma stentorowy. Jak się rozedrze: "Tata! Mama!", to w Katowicach ją słychać. Ale to wszystko. Ja też nie mam słuchu i zawsze fałszuje. - dodaje usprawiedliwiająco.
- Czy ona interesuje się książkami? - pyta ciocia.
- O tak! Aż za bardzo. - odpowiada matka - Onegdaj o mały włos byłaby spaliła kołdrę, siebie i cały dom. Czytała w łóżku w nocy pod kołdrą. Latarką elektryczną sobie przyświecała.
W samej rzeczy, edukacja dziewczynki jest co najmniej dziwna: Ciocia Pola - "gameczki-poleczki", babcia - paciorek. A czyta książki przesyłane przez stryja Zdzisława: bajki, "Fifinka, czyli awantury arabskie", "Maciuś pędrak wśród Indian", "Marysia w Japonii", "Moje Pisemko" zaprenumerowane dla siostrzeniczki przez ciocię Janinkę z Chrzanowa, "Płomyk" kupowany przez mamę, a z kuzyneczką chrzanowską, w kącie, w ukryciu: "Kult ciała" i "Pamiętnik młodej mężatki"!
- Może rysunki? - proponuje znów babcia.
- Wykluczone! Rysuje, jakby miała dwie lewe ręce. Jak namaluje konika, to na pewno będzie żaba.
- No to internat. Tylko jakiś dobry internat. W Oświęcimiu, mówiłeś, Bogdanie, jest zakład, że co powiadasz, że tylko dla chłopców? To przebrać ją za chłopca! Do łażenia po drzewach, drutach kolczystych, a zwłaszcza po płotach i dachach ma talent na pewno. I wiem, po kim to odziedziczyła. O Boże! Co to?
Babcia blednie i wskazuje okno.
- Ja umrę kiedyś przez to dziecko!
W oknie, koło balkonu, na wysokości pierwszego pietra jawi się rozczochrana głowa.
- Jak ona przeszła? - irytuje się matka. Przecież mogła spaść i zabić się.
- Ty nic dobrego! - dodaje ciocia Pola.
- Po parapecie przeszła! - mówi spokojnie ojciec - Poczekajcie, najpierw przyniosę krople dla babci, a potem porozmawiamy z tym "nic dobrego".
- Porozmawiamy? Z nią? - babcia natychmiast przytomnieje.
- Tak, - odpowiada ojciec - bo o co tu właściwie idzie? Uderzcie się w piersi. Czy nikt z was, w jej wieku, nie popełnił jakiejś przewiny? A poza tym, po co jej talenta? Niech będzie po prostu porządnym i uczciwym, rzetelnym człowiekiem. To wystarczy. A teraz - zwraca się ku oknu: - Jak już wysłuchałaś wszystkiego, wyłaź stamtąd, ty moje półdiablę weneckie.
Marylcia sama ofiarowuje się przynieść krople dla babci. Po drodze myśli sobie, że bardzo kocha ojca. Matkę też, ale inaczej. Matka podtrzymywała ją, kiedy stawiała pierwsze kroczki na podłodze. Ojciec podtrzymuje jej pierwsze kroki w życie.


Babcia postanowiła "rozprawić" się z mamą. Tak powiedziała dziś do cioci Poli. Przez okienko w łazience można dostać się na taras, przy pokoju rodziców, gdzie odbywa się "rozprawa".
- Więc ty już dawno tak nie widzisz na to oko? - pyta bardzo rozgniewana babcia i nie czekając odpowiedzi, ciągnie dalej:
- Przecież macie pieniądze, są doktorzy. Na co ty czekasz?
- Mamo, niech mama nie irytuje się. Ja czasami coś widzę. Trochę światła, cień, ruch palców. A ten lekarz z Sosnowca, pan Kozłowski, powiedział, że tu trzeba chirurga. Chce żebym pojechała do Hamburga, na operację.
- Więc dla czego nie jedziesz? Ja i Pola zajmiemy się domem i dzieckiem.


- Mamo, czy to będzie aby prawdziwy bal?
- Najprawdziwszy, Marylciu! Czy ty nigdy nie możesz stać spokojnie?
- A co będzie, opowiedz! - Maryla, mimo upomnienia, skacze dalej.
- Tyle razy już ci opowiadałam. Wyniesie się meble z trzech pokoi, dekoracje zrobi ciocia Pola. Pianino będzie przesunięte do środkowego pokoju i ciocia będzie "orkiestrą". A ja i pani Makoszowa robimy bufet. Będzie też dużo napojów i ciasta. Możesz zaprosić całą klasę.
- Nie, nie, mamo! Tylko najlepsze przyjaciółki: Ubiel, Kokot, Wytyszkiewicz…
- A Hala Gdyniówna? To przecież bardzo grzeczna dziewczynka.
- Ale one są śmiertelne wrogi z Władzią.
- Dlaczego? Nigdy mi nic nie mówiłaś!
- Tata mnie nauczył, że choćby cię smażono w smole, nie mów co się dzieje w szkole. Ale tobie mogę powiedzieć. Bo one walczą w klasie o najlepsze miejsce. Nigdy nie wiadomo, która jest prymulką, nawet pani Zubek to się myli, bo raz jedna ma więcej dwój, raz druga.
- Czy ty pamiętałaś, żeby uprzedzić dziewczynki, że to będzie bal maskowy?
- Jasne, mamo! O takich rzeczach się nie zapomina! Moja sukienka gotowa?
- Tak, córeczko! Widzisz, ja o twoich prośbach pamiętam, a ty o moich jakoś niebardzo.
- Ojej, mamo! Nie jestem najgorsza w klasie. Są inne, które mają same piątki od góry do dołu. Zobaczysz, że przejdę. I Halę Gdynia też zaproszę, jak ci tak zależy. Co z tą moją sukienką, mamo?
- Będziesz śliczną markizą! Nawet peruczka jest już gotowa. Tylko nie ekscytuj się tak bardzo.
Wielki, maskowy kinderbal jest w niedzielę. W sobotę rano Maryla nie może doczekać
się Władzi i Halinki, które przechodząc codziennie rano do szkoły, wywołują ją z ulicy. Potem idą już razem. Matka patrzy z okna Dyrekcji. Jaka duża już z Maryli dziewczynka. Wygląda na dużo starszą niż jest. Przerasta o głowę swoje rówieśniczki. Jaki człowiek z niej wyrośnie? Co można jednak powiedzieć o dwunastoletnim człowieku, którego jedyną, jak dotychczas, pasją są płoty, dachy, drzewa i psie figle. Jest co prawda odważna i prawdomówna! A może - duma matka - te dwie cechy łączą się? "Moja kochana rogata dusza." - myśli czule matka.
Przez ulicę Krakowską można pójść do szkoły, wchodząc na żelazny, ażurowy most i potem już prosto do rynku, albo można iść dalej ulicą Krakowską, minąć wiadukt. Przez most jest bliżej, ale zaraz za wiaduktem jest męskie gimnazjum. Tym razem wybierają krótszą drogę. Idą, skacząc po szerokich, kamiennych płytach trotuaru. Za placykiem, gdzie z prawej remiza strażacka, z lewej niedawno jeszcze stał kamienny "cysorz" Wiluś.
Za remizą strażacką, użytkowaną jako sala gimnastyczna przez tutejsze szkoły, trzeba jeszcze poczekać na rogu ulicy wiodącej na Modrzejów, na Baśkę Dubiel. Potem, przed wejściem na rynek odbywa się zawsze ten sam ceremoniał. Z lewej strony, z dużej, tuż przy rynku położonej kamienicy, z dużym szyldem na górze. "Alfons Gdynia - APTEKA", wychodzi, pozornie przypadkowo, Hala Gdyniówna.
Dziś nie ma rozmów o szkole czy lekcjach lub o wymarzonych wakacjach. Dziewczynki są zaabsorbowane balem w Dyrekcji.
- Po twoim telefonie, Dębicka, już się zdecydowałam. - mówi trochę nonszalancko, Hala - Będę Cukierkiem. A wy?
- Ja będę za kwiatek, matka mi wyrychtowali z bibułki - mówi poważnie Władzia!
- Kwiatek! A idź ty! Kwiatek w okularach! - prześmiewa się Hala Gdynia - A ty? - zwraca się do Halinki Kokot.
- Ja będę pajac. A ty, Baśka?
- Krakowianka! Mama mi uszyli trzy miesiące nazad taki strój. Terozki będzie akuracik richtig.
- Wy nic nie wiecie, - przerywa Maryla - że będą i chłopcy. Tadzio będzie celnikiem. Moja ciocia
Pola zrobiła mu prawdziwy mundur i czapkę, i wszystko. I Grześ będzie, ten z Niwki. On znowuż będzie kominiarzem. A Jola Swiatkowska, z Katowic, będzie różą. Ale najważniejszego nie wiecie. - Maryla jest strasznie dumna - Będzie Zbyszek Wojnarowski.
- Ten rudy?
- To co, że rudy, on jest fajny. - Halinka czerwieni się - A za co on będzie?
- On będzie też pajacem, ale innym.
- O Herr Jezus!
- Więc pamiętajcie, jutro, zaraz po obiedzie, koło trzeciej.
- Nie bajtluj tela! Jak ma być trzecia to trzecia. Ja się nigdy nie spóźniam. - zapewnia Władzia Wytyszkiewicz.


- Marylciu, umyj ręce, za chwilę siadamy do stołu. Co w szkole? Byłaś pytana?
- Nic, mamo. Wszystko w porządku. Tylko pani Zubek wpisała mi uwagę, że rozmawiam na lekcji. Coś napisała o roznoszeniu klasy.
- Musisz nauczyć się panować nad sobą, moja panienko. - wtrąca nieopatrzenie babcia - Twoja matka w tym wieku... Za takie uwagi w szkole nie powinnaś mieć jutro takiej wielkiej przyjemności.
- Dupa! - wyrywa się Maryli. Zanim słowo przebrzmiało, już wie, że zrobiła źle, głupio! To już koniec.
Na surowy rozkaz matki, idzie do swego pokoju. Nie boi się kary. Na dobrą sprawę, nie boi się niczego. Ale tak bardzo, tak bardzo się cieszyła! Pierwszy w życiu bal.


- Wykluczone! Nawet mnie nie proście! - woła bardzo zagniewana matka do męża, babci i, wiecznego adwokata rodzinnego, cioci Poli.
- Stasiu! - głos babuni jest nagle bardzo miękki - Ja tu zawiniłam. Wasz ojciec, świeć Panie nad jego duszą, zawsze mówił, że trzeba mieć odwagę przyznawać się do własnych błędów. Stara już jestem, ale czuję, że bardzo kocham to szalone dziecko i nie powinnam była zagrozić jej odwołaniem zabawy. Tylko, widzicie, wszystko przez to, że za moich czasów inaczej wychowywano dzieci. Ja bardzo proszę, Bogdziu, Stasiu, ten jeden raz!

- Dobrze, mamo. - głos Stasi jest dalej surowy - Ale kara jakaś musi być. Balu nie odwołamy, bo to byłoby bardzo niesprawiedliwe wobec innych dzieci, ale Maryla nie dostanie krynoliny markizy. Na próżno tylko natrudziliśmy się wszyscy. Ty Polu, uszyłaś taką śliczną torebkę na wstążce, Bogdzio zlutował rusztowanie do krynoliny, a babcia zrobiła perukę.
- A ty, Stasiu, uszyłaś krynolinę - ciocia Pola jest dobrym adwokatem.
- Włoży po prostu jedną z letnich, codziennych sukienek. I to będzie także przestroga na przyszłość, żeby nie była próżna.
- Ona wcale nie jest próżna, Stasiu. Nie znasz własnego dziecka! - ciocia Pola zaperza się. Jak już jesteśmy przy tym temacie, pozwól sobie powiedzieć, że ona jest ubierana nad wyraz skromnie. Dzieci górników są w niedziele ubierane strojniej. A Hala Gdyniówna ma zawsze kolorowe sukienki i białe skarpeteczki. A ona, Maryla, przerabiane, cerowane i wiecznie sandały na gołych nogach.
- Nie będę w niej wyrabiała próżności i kokieterii. Nie szata zdobi człowieka - mówi trochę szorstko matka.
- No już dobrze! Pomyślimy o tym potem. Co z tym twoim okiem?
- A dajcie mi wszyscy spokój! Wątroba mnie boli z tego wszystkiego.
Ciocia Pola patrzy uważnie na siostrę.


Bal udaje się znakomicie. Dekoracje cioci Poli, zrobione z pęków kolorowych serpentyn o przeróżnych kształtach, duże i małe lampiony, kwiaty - nadają pokojom surowej Dyrekcji uroku prawdziwego balu. A że wśród "cukierków", "kwiatów róży", "Krakowianek", "celnika" górnika z prawdziwym pióropuszem, dwóch pajaców i jednego "Chińczyka" nie ma markizy z wersalskiego pałacu - to nic nie szkodzi. Maryla ma przypięte do skromnej, letniej sukieneczki, dwa wspaniałe, imponujące, bibułkowe, anielskohusarskie skrzydła. Babcia je zrobiła w ostatniej chwili i przeforsowała u obrzydliwie konsekwentnych rodziców sobie tylko wiadomym sposobem, ich zgodę na pozwolenie na przypięcie skrzydeł do sukienki. Do wspólnej, pamiętkowej fotografii, z radosnego zamieszania, Maryla przypięła je odwrotnie i nie było ich widać. Ale cóż to szkodzi!



Dziecięcy bal w Mysłowicach udał się znakomicie… - 1925 r.
Mała Marylcia góruje nad wszystkimi z wyciągniętymi na boki ramionami.

Na gospodarstwie zostają babcia i ciocia Pola. To zupełnie wystarczy. Ciocia Pola ma co prawda grypę i leży w łóżku, ale "obronicielka" z niej, jak mówi tata, "prima sort i bolsze niczewo ".
- A jak mnie napadną bandyci? - trochę żartuje, trochę na serio, niepokoi się babcia.
- Mamo! Dyrekcja jest strzeżona dzień i noc. Są telefony,
- Wszystko przygotowałaś, Stasiu? - woła ze swego pokoju ciocia Pola - A twoje okulary, miałaś je dziś odebrać od Wyka, w Katowicach.
- Już za późno. Zresztą chmurzy się, będzie burza.
- Nic nie szkodzi! - interweniuje babcia - W automobilu nie zmokniesz.
- A aucie, babciu! Mówi się w "aucie".
- Biegnij, ty mądralo, do ojca, niech każe zajeżdżać. A wy czego rechoczecie, moje panny? - zwraca się do córek - Pewnie ze mnie! Ciągle coś szepczecie po kątach i myślicie, że ja tego nie widzę.


W Katowicach auto zatrzymuje się na ulicy Dyrekcyjnej. Tam, z prawej strony ma zakład optyczny pan Wyk. A reklamuje go jedno olbrzymie, wyłupiaste oko.
- Mamo, czy mogę wyjść z auta, zanim załatwicie te okulary?
- Lepiej nie, jeszcze zabłądzisz!
- Ojej! Przecież znam Katowice, jak własną kieszeń.
- No dobrze! Tylko zapamiętaj, gdzie stoi auto. Tu widać dworzec, o, widzisz! Pamiętaj, że jutro rano, skoro świt, ruszamy do Poznania, Jak się zgubisz, pojedziemy bez ciebie. - dodaje, śmiejąc się matka.
- Tak, mamo.
Wystarczy zapamiętać, znany zresztą z licznych wypraw do Katowic, dworzec. I już można łazić i oglądać wystawy. Tam, za rogiem jest sklep z zabawkami. Dalej plac przed Teatrem. I różowa cukierenka z pysznymi ciastkami. Po okrążeniu placu wystarczy wrócić i wejść w ulicy prostopadłą do dworca. Ale takich ulic, równoległych do Dyrekcyjnej jest trzy albo i cztery. Wraca na plac przed Teatrem.
Z nagromadzonych już od dłuższego czasu chmur zaczyna padać deszcz szybko zmieniający się w ulewę. Potoki wody zalewają ulice, robi się ciemno, bezludnie. Ludzie chronią się do bram i domów. W ciemnościach mylą się jej ulice. Pamięta tylko jedno: jutro wyjadą bez niej. Nie traci jednak ducha. Sukienka przemoczona do suchej nitki, włosy zmierzwione, mokre kosmyki oblepiają twarz. Sandały! Nowe, śliczne, z jasnożółtej skórki, kupione specjalnie na jutrzejszy wyjazd. Zdejmuje je więc i tak, boso, idzie pomału, wśród ulewnego deszczu, piorunów i grzmotów w kierunku, jak sobie wykombinowała, wylotowej ulicy Katowic.


Wśród potoków deszczu, błota, jedzie powoli auto. Okrąża już trzeci raz centrum. Ale nic nie widać. Wszystko na próżno, Rozdzwaniają się telefony. Policja zawiadomiona, ulice wylotowe pilnie strzeżone, wszystkie posterunki nadgraniczne poinstruowane. Cała policja województwa i Straż Graniczna mają już rysopis: "Zaginęła dziewczynka, lat dwanaście. Ubrana w sukienkę różową, w białe grochy, żółte sandały. Zawiadomić najbliższy posterunek".
W ostatnich czasach zdarzają się tu porwania dziewcząt. Chodzą słuchy, że potem, po nielegalnym przekroczeniu granicy - są wywożone do Argentyny.
- Boże! Boże! Co ja zrobiłam! Dlaczego pozwoliłam jej wysiąść? Po co jej powiedziałaś, że jeśli się zgubi, pojedziemy jutro bez niej?
- W aucie było duszno, zwłaszcza, że szło na burzę - mówi cicho ojciec. - Szkoda, że nie ma już Boya, ten by ją odnalazł.
- Ty o psach, a tu dziecko zginęło. Zrób coś, telefonuj!
- Zrobiłem wszystko, co w ludzkiej mocy. Teraz pozostaje już tylko czekać.
- Zadzwoń jeszcze raz do Dyrekcji. Babcia znowu się zdenerwuje, ale trudno, zrozumie.


- Proszą pani, - krzyczy ojciec do telefonistki w Komendzie policji, - proszę niech pani łączy z Dyrekcją w Mysłowicach. Szybko proszę.
Za chwilę telefonista z centrali zawiadamia, że numer zajęty.
- Zajęty? Kto tam może rozmawiać? Hoże mają już jakąś wiadomość! Łącz jeszcze raz. Powiedz, jej żeby próbowała ciągle.
- Jest połączenie, proszę mówić.
- Niech mama tak nie krzyczy do tuby! Proszę mówić spokojnie! Co? Z Bogucic był telefon? A, że rysopis im się nie zgadza. Tak! Co? Że wygląda inaczej. To może być ona, mamo!
Ale dlaczego w Bogucicach?
Komisariat w Bogucicach, to mały, ciasny pokoik. Między rażąco umalowaną kobietą a śpiącym z głową między kolanami pijakiem, siedzi dziewczynka. Wygląda na dużo więcej lat, niż podaje, że ma. Ale to nie może być poszukiwana córka pana Prezesa Dyrekcji Ceł w Mysłowicach! To jakieś straszydło. Bose nogi niemiłosiernie obłocone i sukienka, nie różowa a szara.
- Więc kto ty jesteś? - pyta posterunkowy - Jak się nazywasz?
- Jestem Maria Dębicka, mieszkam w Mysłowicach, na ulicy Krakowskiej 24. Rodzice się zgubili i ja ich szukałam i szukałam. Już mówiłam temu policjantowi na rogu, ale on nie słuchał, Bo był na służbie i regulował ruch. Więc przyszłam tu sama.
- I ty mówisz, że jesteś córką pana Prezesa? Coś mi na to nie wyglądasz!
- Co w tym dziwnego! Niech pan zatelefonuje do Dyrekcji.


Nie uprowadzona, cała, zdrowa i żywa, tylko niemiłosiernie zabłocona i brudna, szczęśliwa, że rodzice się odnaleźli, rzuca się do wchodzących rodziców. W oczach zdumionego policjanta wszystko to wygląda dziwnie. Śliczne uczesanie matki na drogę do Poznania, rozpuścił deszcz. Ubrania obojga są kompletnie mokre, zabłocone.
- Jak wpadłaś na pomysł, żeby do komisariatu? I jak go znalazłaś? - pyta ojciec.
- Była wywieszka, tata, i biały orzeł na czerwonym polu, więc to nie było takie trudne.
Kiedy wychodzą, cała trójka bardziej podobna do oberwańców niż do przyzwoitych ludzi, a mimo to bardzo szczęśliwi. Policjant podnosi wysoko brwi i mruczy: "Ładne mi prezesostwo! I ta dziewucha, dwanaście lat? Kto by to powiedział. Wielka, jak piec".
Wyjazd, z przyczyn rodzinnych zostaje odłożony na parę dni. Przez ten czas Maryla chodzi do szkoły, a fryzjer i krawcowa mają bardzo dużo roboty.
- Po co ci takie duże śniadanie! Zlituj się? - denerwuje się matka - Ja ci nie żałuję, ale co za dużo to nie zdrowo.
- Mamo, bo ty nic nie wiesz! Ja muszę! Bo Halinka i Władzia już dawno nie przynoszą wcale śniadań i inne dziewczynki też nie. Tylko ja i Hala Gdyniówna. Więc my się dzielimy.
- Stasieńko! Zostaw ją. Dobrze robi. To przez te strajki. Znów były demonstracje. I teraz wymyślili to PWK w Poznaniu.
Tu nędza, a tam wystawa. Pewnie, że dobrze obejrzeć przegląd rozwoju gospodarczego pierwszych dziesięciu lat niepodległości. Ale właśnie teraz, kiedy kryzys za progiem, bezrobocie!
- To przez ten kryzys nie pojedziemy na Wystawę, tato?
- Ależ pojedziemy, pojedziemy. Uspokój się. Ale tym razem trzeba cię będzie chyba przywiązać, bo znowu coś zmalujesz.
Nie zmalowała! Na szerokim placu przed, specjalnie zbudowanym na Pierwszej Powszechnej Wystawie Krajowej okrąglakiem oglądała wielkie lokomotywy z fabryki H. Cegielskiego, o których tata opowiadał z dumą, że to są pierwsze lokomotywy polskie.
- To jest przemysł ciężki. Pojedziemy motorową kolejką, która jeździ po całym terenie, zobaczyć przemysł "lekki". To się nazywa aeroplan albo jednopłatowiec. Widzisz, ma skrzydła, na skrzydłach znaki polskie, tam jest miejsce dla pilota.
- I to lata, tatusiu, jak ptak?
- Oczywiście! Jest już nawet uruchomiona komunikacja lotnicza. I założono Polskie Linie Lotnicze, nazywają się bardzo ładnie: "LOT". Kiedyś może polecimy razem. Choć, włożę ci duże okulary.
- Na mnie nie liczcie - śmieje się mama - Za nic nie wsiadłabym do takiego ptaka. Przecież to może zlecieć.
- I tak razem by nas nie zabrali. Te cuda techniki, PZL-5 mają tylko dwa pasażerskie miejsca. Ale wszystko jedno, to wspaniały wynalazek. A od Zeppelina się zaczęło, potem Lindberg. Może i polskie skrzydła rozsławią się kiedyś.
- Tata, nie nudź! Tam jest karuzela! Jeszcze nigdy nie widziałam! Chodź, pojedź ze mną.
- Zanim spełnią się przepowiednie latania, idź z nią, Bogdziu pojeździcie, a ja sobie tu na was poczekam.
W małych, zawieszonych wysoko pojazdach, naśladujących łabędzie, konie, łódki i najnowszy cud techniki, małe aeroplany, pan Prezes z córeczką lecą wysoko nad placem. Matka, trochę niespokojna, zadziera głowę i stara się dojrzeć te mikroskrzydła, unoszące w górze dwie jej najdroższe istoty.


W powrotnej drodze odwiedzają Wolsztyn, a tata mówi, że wracają na stary szlak. Pani Izabelli Tundakowej nie ma już dawno w Wolsztynie. W domu przy ul. Sienkiewicza 8 Maryla długo ogląda schody.
- One mi coś przypominają, mamo. Tylko nie wiem, co. Ja chyba szłam kiedyś tymi schodami w dół i bardzo się bałam. Bałam się, ale szłam.
- I zawsze tak rób, córeczko. - mówi tata - Nawet jeśli bardzo będziesz się bała, idź naprzód. Strach to naturalny odruch człowieka i nie trzeba się go wstydzić. Trzeba tylko umieć opanować go.
- Wszystko tu takie małe i tak blisko wszędzie. A mnie wydawało się inaczej. Właśnie bardzo daleko. Droga do jeziora była taka długa.
- A ślizgawkę pamiętasz? Tu zaczęłaś uczyć się jeździć na łyżwach.
- Nie, tego nie pamiętam! Ale pamiętam mogiłę Musi siostrzyczki, pokrytą jedliną. Nie wiem skąd pamiętam też, że ona umarła na gruźlicę. Do tego naszego dawnego mieszkania można wejść, mamo?
- Nie, kochanie, tam już mieszkają inni, obcy ludzie. Robra, Janka Jaskólskiego, też nie ma w Wolsztynie. Uczy się w Poznaniu.


Babcia szykuje się do "odlotu". Zwolna zaczyna zbierać swoje skarby, rozsiane wszędzie podczas długiego pobytu w Dyrekcji. Babcia mówi, że przyzwyczaiła się, a starzy ludzie tak niechętnie zmieniają miejsca pobytu, ale musi jeszcze odwiedzić ciocie Izę i ciocię Bronię i wujka Antosia. Długa czeka ją droga, bo ciocia Bronia w Warszawie, gdzie jest lekarką. Ciocia Iza na Polesiu gospodarzy, a wujek Antoś mieszka teraz w Brześciu.
Babcia czeka już tylko na powrót mamy z Hamburga. Bo mama zdecydowała się wreszcie i w Hamburgu, w klinice procesora Deutschmana, kończy pooperacyjną kurację.
Przychodzi wreszcie taki dzień, kiedy ojciec i córka patrzą razem na żółte oczy lokomotywy, która przywozi z dalekiego Hamburga mamusię.
Dziewczynka chce podbiec, przywitać się. Tak dawno matki nie widziała. Ale ta odsuwa ją delikatnie.
- Uważaj! - mówi smutno - Żadnych nagłych, gwałtownych ruchów, wstrząsów. Macie teraz - ogarnia wzrokiem ojca i córkę - glassprincess w domu.
- Ale ty będziesz widziała, mamo?
- Tak, córeczko. Widzę lewym oczkiem zupełnie nieźle. Ale nie wolno mi się nachylać, dźwigać. To było, jak się okazało, odklejenie siatkówki...
- I pan profesor ci ją skleił?
- Można to i tak nazwać.


- Marylciu, kto to jest ten chłopiec? Czy ty go znasz?
- Nie, mamusiu.
- To dlaczego on ci się ukłonił?
- Ja nie wiem, mamusiu.
Maryla nie kłamie. Naprawdę nie wie. To jest bardzo tajemnicza sprawa. W Ziutku Jaroszu kocha się pół żeńskiego gimnazjum plus dwie siostry bliźniaczki Gruszeckie z ulicy Karola Miarki. A on, rzeczywiście przystojny, wysmukły i bardzo "dorosły", bo jest już w ósmej, maturalnej klasie jedynego męskiego gimnazjum. Kłania się tylko Maryli. W czasie obowiązkowego, coniedzielnego nabożeństwa szkolnego w małym i bardzo starym kościółku, na chórze Ziuk śpiewa ślicznym, głębokim tenorem. Kiedy Maryla ostrożnie odwraca głowę, on śpiewa dalej, ale patrzy tylko na nią.
Dziś mama znów była chora. Po nocnym ataku wątroby nie mogła pójść z Marylą do Kościoła. I tego właśnie dnia Ziuk podszedł do niej i przedstawił się. Pierwszy raz w życiu ktoś powiedział do niej: "Proszę pani!" Potem powiedział rzecz jeszcze dziwniejszą, a mianowicie, że ona jest jak śpiąca królewna. I że on bardzo by chciał spotkać ją kiedyś, kiedy obudzi się. Te zdania nie zaniepokoiły dziewczynki. Rzeczywiście, była jeszcze "śpiącą królewną", ale od tej pory królewicz z bajki miał zawsze rysy Ziuka.


Ukochane jak zawsze,
rodzinne wakacje.

Zakopane 1923 r.

Druskienniki 1928 r.

Z matką w Druskiennikach,
nad Niemnem - 1930 r.

W Istebnej 1925 r.

Mama znowu nie widzi. "Sklejona" przez sławnego profesora siatkówka, odkleiła się tym razem na dobre. I wątroba mamie dokucza. I mama zaczyna z tego wszystkiego tyć. Pan doktor mówi, że skoro nie pomagają lekarstwa uśmierzające bóle, ani wypijana całymi butelkami woda Vichy, to radzi stanowczo pojechać do źródła tych wód i tam przeprowadzić całą kurację.
Jest smutno. Ciocia Pola wyjechała na trzy miesiące do Wiednia na jakieś ważne kursa zdobnictwa użytkowego czy też rzemiosła stosowanego. Babci Pauliny dawno już nie ma. Mama nosi czarną opaskę na ramieniu i mówi, że babcia odeszła na zawsze, ale żeby się nie martwić, bo tam, gdzie jest, jest jej lepiej. Maryla ma jeszcze jedną babcię, ale o warszawskiej babci Aleksandrze, wie bardzo mało. Tyle tylko, że mieszka w Warszawie i jest matką taty.
Dziewczynka zostawiona sama sobie, chodzi po pokojach na paluszkach, żeby nie przeszkadzać mamie, która, jak mawia, przysnęła krzyneczkę. Przed snem mama wypiła szklankę herbaty. Nie była to zwykła, chińska herbata. Ta była zielona i gorzka, a nazywa się tajemniczo Herba Maté. Przysłał ją dobry, kochany przyjaciel, ksiądz Czapla, aż z Brazylii. Tata mówi, że ksiądz Franciszek krzewi wiarę w Matto Grosso.

Krążąc tak po pokojach, Maryla pierwszy raz zastanawia się, jaki jest ten jej dom, jej gniazdo. Stale pielęgnowane, ozdabiane i pucowane, jest takie inne, niż mieszkania znajomych, Hali Gdyniówny czy Joli Świątkowskiej z Katowic. A koleżanki?
Tak bardzo zaprzyjaźniły się ze sobą wszystkie. I tak jakoś przyszło jej na myśl, że ten dom, Śląsk z dymiącymi kominami, hutami, kopalniami i wszechobecnym pyłem węglowym, to jej kraj lat dziecinnych. Najpiękniejszy, najbardziej kochany.
Do końca szkoły, a początku wakacji zostało już tylko kilka dni. To niedużo, gdyby nie miało się tylu kłopotów, a zwłaszcza jednego, ale za to bardzo dużego. Pani Małecka wzywa dziś oboje rodziców do szkoły. I jeszcze trzeba to odważnie powiedzieć rodzicom, że jest relegowana, czyli wyrzucana ze szkoły. Mówi więc ojcu, bo matka znowu chora.
Dobry ojciec widzi już całą sprawę jasno. Maryla podwędziła z jego gabinetu książkę o niesieniu pierwszej pomocy przy ratowaniu tonących. I oglądała ją z koleżankami w szkole. Sprawę załatwi się jednym telefonem. Ale ten telefon komplikuje wszystko jeszcze bardziej. Pani przełożonej chodzi o to, że w tej książce byli nadzy ludzie, a przy metodzie "usta w usta"… pan Prezes sam rozumie… takie zgorszenie w mojej szkole... to nieprzyzwoite!
- Czy pani uważa, - pyta, rozbawiony ojciec - że pierwsza pomoc przy ratowaniu tonących jest czymś nieprzyzwoitym, nieprzystojnym?
- …
- A obrazki? Ależ, droga pani, to są poglądowo przedstawione manekiny, bezpłciowe, jeśli pani pozwoli, że się tak wyrażę. Więc moja córka może przyjść do szkoły. Że co? Że inspektor z Katowic zdecyduje? Żegnam panią!


Na dziedzińcu szkolnym stoi w szeregu cała trzecia klasa. I "ciało pedagogiczne" także stoi, tylko z drugiej strony "barykady". Pan inspektor życzy sobie obejrzeć całą, sławną klasę, zanim ostatecznie podpisze wniosek o usunięcie parszywej owcy. Kto to jest, chciałbym wiedzieć, ta wysoka, najwyższa dziewczynka. Ma bardzo inteligentny wyraz twarzy!
- Ależ panie inspektorze, - syczy pani przełożona - to jest właśnie "ta". Pozwoliłam jej przyjść do szkoły, do decyzji pana inspektora.
Pan inspektor nie był jednak zacofanym człowiekiem. Obejrzał dokładnie zarekwirowaną i trzymaną w kancelarii pod kluczem książkę. Podobno, ku zgorszeniu prawie całego "ciała", orzekł, że książka jest bardzo dobra i powinna być rozpowszechniania. Oczywiście, decyzji o relegowaniu nie podpisał.
Tak więc, na ten raz, uratował Marylę od hańby "inteligentny wyraz", a po prawdzie, więcej było w tym wyrazie przekory, skłonności do figlów, psot, niż inteligencji.


Wyjazd do Francji, a dokładnie do Vichy, był już dawno postanowiony. I cenzurka do klasy czwartej też niezła. Same trójczyny i oczywiście piątka, czyli niedostateczny z francuskiego. Ale za to cała "cwaja " z "Der, die, das Tintenfass ". Gorączkowe pakowanie zagraniczne, bezustannie krzyżujące się pytania, co się, zabiera w podróż a co nie, co ma tata podlewać, a co koniecznie przeflancować i czy on wogóle wie, co to są aplegierki.
Wtedy właśnie, w największym rozgardiaszu, dzwoni telefon. Odbiera go, wolna od klęski reisefieber , Maryla.
- Tatusiu! Łączą międzymiastową! Pani z centrali powiada, że to bardzo pilne, dzwoni Warszawa!
Jest istotnie bardzo pilne. Pan Prezes zostaje odwołany z zajmowanego stanowiska z dniem 1 września 1929 roku i przeniesiony służbowo do Warszawy. Jak przyjdzie pocztą nominacja, będzie już nie Prezesem, a Dyrektorem Departamentu Ceł w Ministerstwie Skarbu!
- A mieszkanie? - denerwuje się natychmiast matka - Spytałeś chociaż, co z mieszkaniem?
- Powiedzieli, że mieszkanie jest gotowe, czeka na nas. Możemy choćby zaraz wysyłać meble. I ja myślę, Stasieńko, że zrobimy to teraz, żebyś mogła sama przypilnować. Macie jeszcze parę dni przed wyjazdem do Vichy. Ale ja już do was nie dojadę, jak było umówione.
- Jak to? Znowu bez urlopu? Zlituj się, Bogdziu! Ty się zamęczasz. Tak nie można!
- Muszę - myśli głośno ojciec - zostawić tu wszystko w należytym porządku. Nie mogę zdać Dyrekcji w dwa dni, a mój następca przyjedzie pod koniec lipca. Trzeba dokładnie przygotować się na to. Zaraz zatelefonuję do Hartwiga i umówię wozy.
- Jak ty sobie to wyobrażasz? Trzeba przecież wszystko popakować, nie można tak na łapucapu. To przecież wyjazd na zawsze.
- Nie, pani dyrektorowo, - śmieje się ojciec - nic nie trzeba będzie robić. C. Hartwig to taka czarodziejska firma, a poza tym solidna i wyspecjalizowana. Chodzi tylko o to, żebyś przez te parę dni była tu.
- A ty? Co z tobą? Jak ty sobie dasz tu radę sam?
- Ja? Przecież zaczynałem tu też od zera. Nie pamiętasz? Gdzieś na strychu, musi być jeszcze ta wyleniała, ceratowa kanapa. A ja tak niewiele potrzebuję. Natomiast twoja "wątróbka" potrzebuje na pewno wody Vichy. Pani Makoszowa będzie mi znowu gotowała.
Wyjazd "na zawsze", na całe życie. Tak powiedziała mama.
Stąd, z Mysłowic, wyjeżdżało się na lato, do Istebnej, do Wisły, raz do Kut nad Czeremoszem i jeden raz do Zoppot przez korytarz, nad morzem o którym mama powiedziała, że ta zatoka to balia nie morze. I teraz do Francji. Ale zawsze tu się wracało, tu na Śląsk, do Mysłowic. Do dyrekcji, która była domem. To znaczy, że tu już się więcej, już nigdy nie wróci, skoro spotkanie z tatą dopiero w Warszawie.


Pod starą, poczciwą, brzydką, ale bardzo kochaną Dyrekcję, podjeżdżają wozy meblowe firmy C. Hartwig. Do nich, sprawne i uważne ręce fachowców pakują skrzętnie cały dobytek, uzbierany przez te lata. Pojadą sobie sprzęty, meble, w wysokim i szerokim wozie, o ścianach wybitych grubymi a mięciutkimi materacami. Pojadą sobie, upakowane starannie, jak precjoza w safianowym pudełku.
- Nie mogę patrzeć na te puste pokoje, Bogdziu. Tacy byliśmy tu szczęśliwi. A teraz, nie wiadomo gdzie.
- Wiadomo, wiadomo! Nawet adres warszawski już mam: dom skarbowców, Warszawa, Topolowa jedenaście, mieszkania dwanaście. Dlaczego mówisz: "byliśmy"? My zawsze będziemy szczęśliwi, gdziekolwiek nas wiatry poniosą, bo nasze szczęście wozimy ze sobą. Byle tylko tobie zdrowie dopisało no i tego urwipołcia wychować na ludzi. Pociąg masz za pół godziny. Czas wychodzić. Gotowe, moje panie?

 


Przed Dyrekcją stoją, czekając swej kolejki, meble. Są dziwnie inne, obce, jakby niczyje. Kiedy matka ogarnia wzrokiem po raz ostatni szary, długi gmach, zza rogu ulicy Karola Miarki wychodzi smukły, wysoki chłopiec. Nie ma już czapki gimnazjalnej, tylko miękki, o szerokim rondzie kapelusz. I tym kapeluszem kłania się ślicznie.
- Więc jednak go znasz. - uśmiecha się matka, - Panowie w nowych kapeluszach. - dodaje. - Pewnie zdał maturę.
Tata, mama i córka idą przez ażurowy most, bo tak bliżej, zamiast objeżdżać autem prawie całe Mysłowice. Idą na drugą do ekspresu paryskiego. Jadą także na drugą stronę życia w dalekiej, nieznanej Warszawie, w nowe, równie nieznane życie.



Paryski Hotel de Ville na pocztówce z tych czasów.

Bulwar des Italiens mimo późnej pory nocnej, tętni gwarem. Hałas setek aut, mnóstwo ludzi, którzy o tej porze zaczynają dopiero odpoczywać, morze świateł, reklam narzucających się kolorowością, pomysłowością i ruchem, niepowtarzalny zapach, ciepły, dotykalny niemal, zapach miasta kolosa, który po pracowitym dniu czeka teraz na niemniej pracowitą noc.
Z tego bulwaru skręca się przy gmachu Banku Credit Lyonnais w maleńką uliczkę Grammon, gdzie w hoteliku o tej samej nazwie, na czwartym piętrze bez windy, ale z "małym" śniadaniem, mają wynajęty pokój.
Pokoik jest niewielki i bardzo dziwny. Największy mebel, zajmujący prawie całą powierzchnię, to ogromne łoże, na którym nie ma poduszek, tylko długi, niewygodny wałek. Łoże ma dwa materace. Między jeden materac a drugi są głęboko wsunięte olbrzymie prześcieradła i koc. Przed pójściem spać, trzeba wślizgnąć się w tę wielką kopertę i nawet otulić się nie ma jak. Mama wypakowuje dwa jaśki, które wiezione przez prawie całą Europę, przydają się ogromnie. A potem, systematycznie rujnuje całe posłanie łóżka, żeby było po polsku.
Drugi ważny mebel, to na wprost łóżka wstrętna, skrzypiąca szafa z bardzo dużym lustrem. Mama szykuje kolację na prymusie. Porządną, polską kolację. Bo oni tu, na kolację jedzą obiad. Wszystko tu jest inaczej. Sklepy, biura, urzędy są otwarte do dwunastej w południe, potem jest przerwa na śniadanie i znowu praca do siódmej wieczorem. Jak mama zapytała swoim libawskopetersburskim akcentem jednego pana, gdzie tu można dostać chleba, to on roześmiał się i powiedział, że dostać nie można, można tylko kupić. I co w tym śmiesznego? Już zabawniejsze było pytanie kasjerki w banku, gdzie mama zamieniała dobre, ciężkie polskie złotówki na "lekkie" franki francuskie (jeden do czterdziestu) - czy to prawda, że po ulicach Warszawy chodzą białe niedźwiedzie? Na kolację są jaja z pomidorem. Jednym, ale wielkim jak dwie pięści. A na deser owoce, ale nie zimowane jabłka z piwnicy mysłowickiej, a pomarańcze, banany, brzoskwinie. Mama mówi, że pomarańcze są tu tańsze od kartofli.
Okna zasłonięte żaluzjami wpuszczają trochę światła, a przez szpary miga co chwila zapalająca się i gasnąca nazwa hotelu. Z drugiej zaś strony ulicy spadają litery informujące, że najlepsze konfitury są u Felix Potin.
Między jednym przyśnięciem a drugim dziewczynka widzi znów wielkie, rojne bulwary, wysoką wieżę Eiffla, jedzie metrem, które dudni w ciemnych tunelach. A potem, w chłodnych salach pałacu królów francuskich jawi się jej biała, biedna, bo bez rąk, Wenus z Milo. Skryba egipski, siedząc w kucki, wytrzeszcza na nią okrągłe, szklane oczy, gotów, od tysięcy lat, do rozpoczęcia żmudnej pracy rysowania swoich hieroglifów.
I wydaje się jej, że mama mówi: "Zapamiętaj! Zapamiętaj. To katedra Notre Dam de Paris, to biała Bazylika Sacrre Coeur, a to Mona Liza".
Szumi miasto, które chyba nigdy nie śpi, bo przed północą dudnią wielkie kamiony, zwożące żywność do Hal, "brzucha" Paryża. Nad ranem turkoczą wozy z mlekiem i śmieciarki, o szóstej olbrzymie polewaczki zmywają z ulic nocny i dzienny bród, a mali sprzedawcy gazet drą się na całe gardło:
- Petit Parisien! Echo de Paris!



Stanisława Dębicka
na spacerze zdrowotnym
w Vichy - 1932 r.

Vichy, to mała, śliczna, tonąca w kwiatach miejscowość klimatyczna i kuracyjna. Pełno tu cudzoziemców. Obiady, czyli ich drugie śniadania, jada się przy table d'hotecie, wspólnie. W parku, w małych, stylowych pawilonach są pijalnie wód mineralnych. Matka chce, żeby piły obydwie słynnego "Celestyna". Ale woda jest niemiła. Pachnie siarką i zgniłymi jajkami. Potem są zabiegi i kiedy matka kąpie się w czarnym, paskudnym błocku, a potem przystojny i elegancki masażysta ją ugniata. Maryla musi odbywać godziny gimnastyki. W zakładzie balneologicznym olbrzymia hala jest wypełniona najróżnorodniejszym sprzętem i przyrządami sportowymi, a wszystko wygląda trochę, jak średniowieczna sala tortur. Może jazda na sztucznym rowerze albo wiosłowanie na nibyłódce byłoby i przyjemne, gdyby nie fakt, że do wszystkich tych ćwiczeń, nogi lub ręce muszą być przywiązane do przyrządów, a maszyna, napędzana elektrycznie, sama kieruje skazańcem.
- Po co to wszystko? - myśli dziewczynka - I tak jestem wielka, niezgrabna, okropna.
Nie tylko ćwiczenia gimnastyczne denerwują Marylę. W dużych, rozmieszczanych w najbardziej zaskakujących miejscach, lustrach widzi wyraźnie sylwetkę swoją i matki. Jest różnica między nimi a otoczeniem. Są inne. I nie dlatego, że są cudzoziemkami. Tu jest duże cudzoziemców. Obydwie są ubrane przyciężko, w szarych kostiumach z solidnej wełny bielskiej, w półbucikach, porządnych, od firmy Bata w Katowicach. A najgorsze są nakrycia głowy. Obydwie noszą czapeczki, "mycki" zrobione szydełkiem. Wcale Maryla nie chce, żeby mama nosiła duży, biały, kapelusz z pękiem kwiatów, zwany panamą, ani powiewnych sukienek z organdyny. Wtedy nie byłaby prawdziwą mamą. Ale żeby chociaż raz miała coś innego na sobie, a nie zawsze jedną i tę samą "żabią skórkę" nie do zdarcia. A na spacer czy do pijalni wychodzi zawsze objuczona. Mama ma na szyi, na sznureczku koszyczek wiklinowy, w którym jest jej prywatna szklanka do picia wód i aparat fotograficzny. A w ręku zawsze duża torba i w niej różne rzeczy na wszelki wypadek. I Maryla nie może jej pomóc nieść tych rzeczy, bo w torbie, prócz parasolki od słońca, parasola od deszczu, składanego stołeczka, słownika francuskopolskiego, drugiego śniadania, są na samym dnie ich paszporty i cały kapitał.
A kapitału nie można zgubić, bo czeka ich jeszcze wyjazd na cały miesiąc nad Atlantyk.
Mama dużo opowiada o morzu, bo sama urodziła się nad morzem. Ciekawe będzie zobaczyć samej, własnymi oczyma prawdziwy ocean.



Oto i "krowa"…
Francja, Les Sables d'Olaines
1931 r.

Na olbrzymiej, przeszło kilometrowej szerokości plaży nie można położyć się na złotym piaseczku, jak opowiadała mama, a Atlantyk jest daleko. Za to plaża jest wielka, twarda, lekko tylko wilgotna. Rano wynajmuje się namiot, gdzie w cieniu zasiada na leżaku mama i czyta, pilnując tylko, żeby Marylcia nie odchodziła zbyt daleko. Maryli wolno jeździć po plaży na osiołkach, na rowerze i gimnastykować się w zorganizowanej przez profesora Collin, grupie dzieci. Prawie nic jeszcze nie rozumie z francuskiego, ale na gwizdek pana Collin biegnie szybko do mety i okazuje się, że w swojej grupie wieku, jest najlepsza. Z rowerem jest trochę kłopotu. Dziewczynka nigdy nie miała roweru, miała tylko konie na biegunach i hulajnogę. "Broń Boże rower!" - wołała zawsze matka w Mysłowicach - wyjedzie jeszcze na ulice i nieszczęście gotowe. I bez roweru wpadła pod konie.
W rzeczy samej, kiedyś w Mysłowicach, Maryla, przebiegając ulicę, wpadła pod kopyta rozpędzonych koni. Jak z tego wyszła cało, tylko koniom wiadomo! Ale tu, na plaży, pod okiem matki.
Maryla próbuje pierwszy raz jeździć na wymarzonym stalowym rumaku.
Matka aż wstała z leżaka, żeby zobaczyć, jak dziewczynka daje sobie radę. Ale nie pomaga. Matka ma zasady. Myśli, że jeśli córka chce coś osiągnąć, musi próbować sama, inaczej do niczego w życiu nie dojdzie.
Jedzie więc Maryla po tej dziwnej plaży, pada, podnosi się, zbiera rower, jedzie dalej, ociera sobie niemiłosiernie kostki u nóg, ale po chwili, nie wspomagana, rozumie już jak utrzymać równowagę. Zwycięstwo, osiągnięte samemu, smakuje zupełnie inaczej!
Można jeszcze, z wilgotnego i zwartego piasku robić różne rzeczy. Buduje się więc pracowicie wielki statek, z kominami i okienkami z muszelek. Z wilgotnych wodorostów, mozolnie układa się napis: "Pologne".
Naprzeciwko namiotu mamy jest drugi, identyczny. Nad nim siedzi pani i robi na drutach. "Wszystkie Francuski ciągle coś ścibiolą" - stwierdza Maryla. Jest tam także dziewczynka, wyraźnie starsza od niej, bardzo poważna i jakby trochę smutna. I ciągle się ją posyła po coś, coś przynosi, odnosi. Prócz tych osób, jest jeszcze chłopiec. Siedzi znudzony pod namiotem i gapi się na dwie cudzoziemki. A francuska matka mówi do chłopca:
- Alians, zobacz, tam, na przeciwko siedzi pani z dziewczynką. Widać, że są cudzoziemkami, ale wyglądają bardzo sympatycznie. Podejdź i pobaw się z tą dziewczynką.
- Z tą krową? - odpowiada chłopiec - Jamis! Nigdy!
Rzecz w tym, że Maryla ma 12 lat, ale jest bardzo wysoka. Alain ma też 12 lat i też jest nadmiernie wysoki, ale u chłopca to uchodzi, a u dziewczynki razi.


Maleńka miejscowość kąpieliskowa w Wandeii, Les Sables d'Olônnes, leżąca między Nantes i La Rochelle, to typowa plaża "rodzinna", jak mówią Francuzi. Przyjeżdżają tu rokrocznie te same rodziny, wynajmują te same małe domki letniskowe. Toteż obecność cudzoziemskiej dziewczynki nie przechodzi niezauważona. Pierwsza zawiera z nią znajomość starsza od niej o trzy lata - Renie Lepage. Ma lat piętnaście, jest śliczna, urocza, dobra i nosi kapelusze. Ma powiewną, organtynową sukienkę i pomalowane paznokcie. Jest bardzo spokojna i rozsądna i tak sympatyczna, że matka Maryli powierza chętnie jej opiece jedynaczkę.
Przyjaźń francuskopolska zostaje szybko zawarta i poszerzona o rodzinę z namiotu naprzeciwko. Starsza dziewczynka, Teresa, nie jest siostrą chłopca. To daleka, uboga krewna, wychowanka rodziny. Pomaga im w gospodarstwie i za trzy lata pójdzie do klasztoru. Będzie zakonnicą. Do nierozłącznej już trójki dołącza bardzo szybko mały Robert w żółtych spodenkach. Inicjatorką zabaw staje się Maryla, potrafi trochę na migi, trochę łamaną francuszczyzną, przekonać matkę Alaina, że Tereska też powinna bawić się z nimi.
Teraz już razem, solidarnie budują z piasku okręty, zamki warowne, przy czym dzieła Maryli nazywają się teraz: "France", a pozostałych dzieci, kurtuazyjnie: "Pologne", a później nawet: "Varsovie". Potem zawsze czekają na tę chwilę, kiedy wielkie, rozwinięte wzdłuż całej zatoki fale błękitnego oceanu przybliżą się. Ale dzieje się to tak niedostrzegalnie, że nigdy nie mogą uchwycić momentu, kiedy posuwająca się niemrawo lecz nieuchronnie fala rozmyje warownie "Pologne" i "France".
Dwa razy na dzień Atlantyk podchodzi pod wysokie, obmurowane nabrzeże, zwane Remblais, a które nie wiadomo dlaczego mama nazywa z niemiecka sztrandem. I dwa razy na dzień wody odpełzają powoli, odsłaniając znów, szybko schnące w silnym słońcu, dno morskie. Raz na miesiąc, dokładnie co 28 dni, Atlantyk jest "niedysponowany". Nie ma przypływów i odpływów. Bije wtedy gniewnie trzy dni o Remblais. Fale są tak wysokie i silne, że spacerować można tylko po drugiej stronie ulicy, pod wielkimi, białymi i wspaniałymi hotelami.
Do tych hoteli nie chodzi się nigdy. Tam podjeżdżają wspaniałe, wysmukłe auta, wysiadają strojne, zawsze w rękawiczkach i pończochach, panie i ubrani na biało panowie, a boy w czerwonej liberii otwiera im drzwiczki.
Bywalcy plaży "rodzinnej" są poza tym światem. O tych z białych hoteli mówi się pogardliwie "ci Paryżanie". Bo do Les Sables d'Olônnes przyjeżdża przede wszystkim, zamknięta w kręgu skostniałych, rygorystycznych przesądów, niepostępowa prowincja, przekonana, że całe zło niesie zepsuty, kosmopolityczny Paryż. Choć nazywają często to miasto z dumą "stolica świata i światła".
Dochodzi nawet do śmiesznych demonstracji. Jeśli któraś z zabłąkanych z La Baule, Ostendy czy Biarritz pań pokaże się na plaży w tak modnym, bez pleców kostiumie kąpielowym, natychmiast pojawiają się olbrzymie, niesione na drągu transparenty: "Szanujcie nas, szanujcie was i szanujcie wasze dzieci!"
Zabawy, spacery na dalekie molo, gdzie latarnia morska, na skały, które ocean pracowicie raz pokrywa a raz odsłania, ukazując przedziwny świat wielkich rozgwiazd, krabów, jadalnych, małż, muszli czy maleńkich rybek, których morze nie uniosło i teraz w kropli wody, która ostała się w załomkach skał, szukają schronienia - wśród tych wspólnych doznań, zabaw, niedostrzegalnie jak przypływ, rośnie przyjaźń dzieci i równie niedostrzegalnie znajomość języka francuskiego.


  
Rodzinne wczasy w Krynicy, 1932 r. Maryla ma piętnaście lat.

Pierwsze miesiące w Warszawie są okropne i nie łagodzi sytuacji nawet obecność ukochanego taty. Mieszkają w małym, obskurnym hotelu Rzymskim na Nowogrodzkiej. Jest ciasno, niewygodnie, gorąco. Okazuje się, że dom przy ulicy Topolowej nie jest gotów.
- Jak tak można! - żali się mama do taty - Taka niesolidność. Przecież obiecali, mówili, że gotowe. Wiesz, na Śląsku taka rzecz byłaby nie do pomyślenia. Tam, jak obiecali, to zawsze wszystko było na pewno na termin, a często i przed.
- Bo to jest właśnie różnica między Warszawą a Śląskiem. Muszę to uczciwie przyznać, choć sam spędziłem tu wczesne lata, że nie na darmo mówi się gdzie indziej o tym mieście: "Warsiawka". Tu ludzie są mili, serdeczni, otwarci, bardziej niż Ślązacy. Ale za to, jak ci powiedzą: "Jutro, panie
dobrodzieju, na pewno jutro", to "czekaj tatka latka".

- Ja tego nie rozumiem. Jak się daje słowo, termin, to trzeba przecież dotrzymać, albo powiedzieć uczciwie, że za pół roku. To człowiek będzie wiedział, czego ma się trzymać. Ale tak? Przecież my się tu udusimy! l meble w przechowalni się zniszczą.
- Trzeba trochę cierpliwości, moja kochana! Przeczekamy jakoś ten trudny okres.
- Tymczasem! Ciągle tymczasem i prowizorka! Tymczasem to chodźmy na spacer i pokaż nam choć tę twoją Warszawę.



Z przyjaciółkami w Krynicy.
Od lewej: Wanda Piłsudska, Maryla
Dębicka, Krysia Piestrzyńska i Jagoda Piłsudska,
1932 r.

Krynica 1932...

spacery i wypoczynek zimowy

z przyjaciółkami Jagodą
i Wandą
Piłsudskimi.

- To jest Politechnika! - objaśnia ojciec - Prawda, jaki duży gmach?
- Mnie, po Paryżu - mówi matka - wydaje się bardzo mały. Tam wszystko takie wielkie, imponujące. I ulice szerokie, a tu wąsko, ciasno.
- Bo widziałaś pewnie tylko centrum Paryża. Żebyś tak przejechała się na peryferia, to byś zobaczyła na pewno rzeczy wstrząsające. Słyszałem, że oni tam tylko centrum miasta przysposabiają do oglądania. Zapomniałem wam powiedzieć, że tu, na Politechnice wykłada "Oleńka" przepraszam, dziś już pan profesor Pszenicki. Naprzeciwko, pod numerem sześćdziesiąt dwa, na ulicy Polnej, mieszka moja matka. Chodźmy ją odwiedzić. Tyle lat jej nie widziałem i tylko z listów cioci Lizi wiem, że choruje.
U wejścia do mieszkanka, o którym mama mówi, że pachnie ciocią Ludą, wita ich siostra babci, ciocia-babcia Lizia - Elżbieta Kowalska. Jest, biedactwo, garbata i zgięta prawie równolegle do ziemi, ale bardzo miła i serdeczna.
- Jak matka? - pyta cicho ojciec.
- Bez zmian, rzadko wstaje.
- Ile babcia ma lat, tatusiu?
- Czekaj, - mówi ciocia-babcia - ja jestem od niej dużo starsza, o trzy, nie o pięć lat. To Ola ma teraz osiemdziesiąt jeden. A takie to było chucherko, jak się urodziła. Była wcześniakiem i trzeba było okładać ją słoninką, żeby nie marzła.
Babcia Aleksandra roztkliwia się tak bardzo na widok syna, synowej i wnuczki, że trudno ją uspokoić i ciocia-babcia musi dawać jej jakieś krople.
- Zajmiemy się nią, Bogdziu - mówi na wychodnym mama. Ona robi wrażenie zupełnie zagubionej w tym świecie.
- Na pewno, Stasieńko. I tym łatwiej nam to przyjdzie, że będziemy mieszkać bardzo blisko. Pójdziemy jeszcze kawałek. Pokażę wam nasz nowy dom.
Jest to bardzo dziwne i śmieszne, patrzeć na dom, w którym będzie się dopiero mieszkać. Dom jest długi, obstawiony rusztowaniami. "Świetne do łażenia!" - notuje w myślach Maryla.
Podciągnięty zaledwie do pierwszego piętra, mieści się przy rogu ulicy Szóstego Sierpnia i Topolowej, a ciągnie się aż do rogu Filtrowej. O ulicy Szóstego Sierpnia tata mówi, że nazywała się dawniej Nowowiejska. Naprzeciw jest szczere pole, na nim pasą się krowy, rosną drzewa i krzewy.
- Tu - tłumaczy tata - będą w przyszłości budowali wielki, nowoczesny szpital wojskowy. A tam, zaraz za początkiem Wawelskiej jest, wiesz co, Marylciu? Tam jest Pole Mokotowskie, a za nim ciągnie się aż do ulicy Włodarzewskiej, lotnisko. Z okien naszego balkonu będziesz mogła oglądać przyloty i odloty aeroplanów, awionetek, jedno i dwupłatowców.
- A co jest za naszym domem? - interesuje się dziewczynka - Czy też pola?
- Nie, tam jest niedawno wybudowana kolonia Staszica. A tu, gdzie teraz stoimy, były kiedyś śliczne topole i za nimi Cmentarz Ujazdowski.
- To my będziemy mieszkali na cmentarzu?
- To było dawno, dziecko. W drugiej połowie ubiegłego stulecia.
Na dobrą sprawę, cała prawie Warszawa jest zbudowana na dawnych cmentarzyskach, a że miasto się rozrasta, nowe cmentarze przenoszą dalej, na peryferie.


Wczasy w Krynicy, 1932.

Stanisława Dębicka z córką Marylą

trzema paniami Piłsudskimi

i ich nieodłącznymi "opiekunami".

Z hotelu na Nowogrodzkiej tata jeździ tramwajem numer 3 na ulicę Królewską i stamtąd dochodzi piechotą przez Ogród Saski, na Plac Skarbowy, gdzie od ulicy Rymarskiej ma swoje biuro. Jeszcze nie ma rozpoczęcia roku szkolnego i szkoła, do której ma być zapisana Maryla, też jeszcze nie wybrana.
Odprowadzają więc z mamą codziennie ojca, który uczy ją Warszawy.
Tramwaj jedzie szybko, co nie przeszkadza ludziom wskakiwać w biegu na otwartą platformę. Tam jest niebezpiecznie stać, bo można wypaść, a poza tym tam wolno palić, mówi mama. Bilet kosztuje dwadzieścia groszy i kupuje się go u pana konduktora, który siedzi z wielką torbą zaraz przy wejściu i melodyjnym głosem oznajmia, przy jakiej ulicy zatrzymuje się tramwaj. Czasami dodaje nawet swoje własne, zabawne i rymowane komentarze.
Koło placu Skarbowego jest okrągła budowla, nazywa się Gruba Kaśka i jest to, mówi tata, wodozbiór, przeniesiony tu z ulicy Tłumackie. Tata w ogóle dużo wie o Warszawie. Wczoraj na przykład pokazywał jej Plac Trzech Krzyży i mówił, że ten plac nazywał się kiedyś Placem Trzech Złotych Krzyży. Aż wierzyć się nie chce, kiedy tata zaczyna opowiadać. Za czasów dziadka taty, w latach 1820-30 płynęła tu rzeczka, która brała swój początek w okolicach Placu Starynkiewicza. Płynęła wzdłuż Alei Jerozolimskich, przecinała Nowy Świat i spadała w dół, ulicą Książęcą. I na tej rzecze był most. Potem ją skanalizowano, jak mówi tata: "ujęto w formę kanału otwartego, a potem przesklepionego".
A ten rwący potok "przesklepiony" nazywał się Żurawka. A tu gdzie teraz szpital Świętego Łazarza, na ulicy Książęcej, były kiedyś piękne ogrody księcia Józefa Poniatowskiego. Tata jest bardzo mądry, a wie to wszystko od swego ojca, który znów słyszał o tym od swego ojca.


 
Wczasy w Krynicy, 1932 r.

W pokoiku hotelowym gorączkowe debaty. Oczywiście, chodzi o Marylę i co z nią dalej będzie. Mama spotkała na ulicy niedawno swoją starą znajomą, jeszcze z Libawy, panią Wandę.
- Bogdziu! - woła już od progu - Wandzia wyszła za mąż, do Paryża wcale nie pojechała. Ma dwóch synów i mieszka tu, w Warszawie, przy ulicy Filtrowej i ona mówi...
- Czekaj, Stasieńko, nic nie rozumiem. Kto to jest pani Wanda?
- Moja koleżanka z Libawy, jeszcze z pensji. Nie pamiętasz? Taka ładna blondynka?
- Nie, - mówi ojciec - nie pamiętam. Ja nigdy twoich koleżanek nie znałem. Widziałem zawsze tylko tę jedną pensjonarkę.
- Jaką, tato, powiedz?
- Twoją matkę, Marylciu! Miała długą do ziemi sukienkę i taki sam, długi fartuszek i wymachiwała zawsze tornistrem. I jeszcze miała długi, gruby warkocz z kokardą.
Taki obraz mamy, zapisany w wiernej pamięci ojca, nie mieści się w wyobraźni dziewczynki. Matka z tornistrem? Także coś! I z warkoczem!
- Więc co z tą twoją Wandą? - wraca do poprzedniego tematu ojciec.
- Ona mieszka już wiele lat w Warszawie. Zna tutejsze stosunki i mówi, że jeżeli chcemy dla Maryli bardzo dobrą pensję, to tylko gimnazjum Zyberk-Plater. Prowadzą je co prawda "skrytki", to taki utajony zakon, pół zakonnice, pół nie. Ale to nie szkodzi. Szkoła to szkoła. Mieści się przy ulicy Piusa XI. Ona mówi, że to najlepsze gimnazjum w Warszawie. Wiesz, gdzie to jest?
- Pojęcia nie mam. Piusa XI, powiadasz? Tyle się tu zmieniło? Tyle lat mnie tu nie było.



Ojciec z córką we Lwowie.
1934 rok.
 
Maryla ma 17 lat.

Na początku roku szkolnego 1930/31 Maryla zostaje zapisana do czwartej klasy "najlepszej" pensji w Warszawie - gimnazjum Cecylii Zyberk-Plater, przy ulicy Piusa Xl, pod numerem dwadzieścia cztery, która to ulica, jak zbadał naocznie tata, jest po prostu, niedawno przemianowaną dawną ulicą Piękną.
W nowej klasie Maryla spotyka kuzynki Horochówny. Ale kiedy w domu ojciec zaczyna, jej tłumaczyć zawiłości drzewka genealogicznego, myli się jej wszystko. A dla ojca to takie proste: pradziadek Bazyli miał dwóch synów, - mówi - młodszego Gustawa, od którego my pochodzimy i starszego, Karola. - I jedna z córek Karola, Maria, wyszła za mąż za pana Horocha i te dziewczynki, Jola i Iwona, to są ich córki.
- Zostaw, - wtrąca matka - ja jej tłumaczyłam któregoś dnia o Pallulonach i też nic nie zrozumiała. Może, jak dorośnie, wszystko się jej samo ułoży. Teraz ubieraj się, Marylciu, idziemy kupić ci mundurek.
- Jak to, przecież ten śląski jest zupełnie dobry!
- Tak, ale tu obowiązuje inny. Marynarski, granatowy. To nawet ładne. I do tego czarny, aksamitny beret.


Wysoki, czteropiętrowy budynek szkoły i betonowy dziedziniec z jednym, rachitycznym drzewkiem, otoczone są wysokim murem. Z boku jest wejście do wieżyczki. Tam mieszkają "skrytki" i tam podobno straszy.
Na poddaszu szkoły, w dwóch maleńkich pokoikach mieszkał, jak opowiadają starsze dziewczynki, do roku 1922 niepozorny, niski duchowny, do którego należało mówić: "Mon signore". Był to nuncjusz papieski, Achilles Ratti, obecny papież Pius XI. Starsze dziewczynki opowiadają też, że kiedy po obraniu go papieżem, przełożona, panna Reutt, pojechała z ósmą, maturalną klasą w tradycyjną w tej szkole pielgrzymkę do Rzymu, oczywiście, odwiedziła Watykan.
Papież przygotowywał wtedy różne, ważne traktaty, konkordaty i dawno zapomniał, w przepychu komnat watykańskich, o dwóch małych pokoikach w Polsce. Na widok klęczącej, w czerni, panny Reutt, a była to wyjątkowo pani potężna i groźna herodbaba, zbudowana jak stodoła, papież uśmiechnął się dobrotliwie i powiedział:
- Si, si, signora. Piękna. Piękna. - a widząc, iż pruderyjne oblicze panny Reutt czerwieni się gwałtownie, dokończył:
- Si, Piękna dwadzieścia cztery.


Późną jesienią 1930 roku umiera stryj Zdzisław, którego prawie się nie zna, ale który zawsze pamiętał o siostrzenicy.
Przy rzadkich bardzo spotkaniach dwóch braci, Maryla słyszała nieraz, że "poglądy poglądami, a ją, Marylcię, stryj bardzo kocha, bo ma dwóch synów i ani jednej córki". W domu mówiło się, że stryj jest endekiem, ale to niczego nie wyjaśniało i nie przeszkadzało w cieszeniu się z otrzymywanych od niego książek.
Sprzed położonego na Mokotowie, na skraju ulicy Łowickiej willi, za którą są już szczere pola i łąki, przez całą Warszawę rusza kondukt żałobny. Tuż za trumną, niesioną przez korporantów, prowadzi powolutku maleńką staruszeczkę, swoją babcię, Aleksandrę Dębicką, jej wnuczka, Maryla. Za nimi idzie ciocia Zosia z kuzynami Tadziem i Mięciem, potem zakopiańska ciocia Janinka, a potem mnóstwo ludzi. Jest ich tak dużo, że na Nowym Świecie stają tramwaje. Kondukt zatrzymuje się na chwilę na Krakowskim Przedmieściu, przed kamienicą nr 62, gdzie mieści się Redakcja Tygodnika Ilustrowanego, którego stryj był w latach 1917-19 naczelnym redaktorem.
Na Powązkach, wśród powodzi jesiennych kwiatów, w pierwszej zaraz alejce za kaplicą Świętego Boromeusza jest duży, zielonkawoszary grobowiec. Jest tu dużo napisów, teraz przybywa jeszcze jeden. Na tabliczce z czarnego marmuru wypisano: "Zdzisław Dębicki, ur. 1871 - zm. 1930. Literat, poeta".
Potem są mowy, uroczyste i nudne. Tylko słowa pana Ossowieckiego, wpadają w ucho dziewczynce: "I znowu odchodzi jedna z najpiękniejszych dusz, sumienie Polski".
Maryla słyszy, jak ojciec mruczy coś cicho do matki o "endeckim sumieniu". Mama trąca ojca, i mówi równie cicho: "De mortibus nihil be te ".
Po zakończeniu uroczystości ojciec długo tłumaczy córce rodzinne powiązania.
- Gustaw Dębicki to twój dziadek, drugi Gustaw, to stryj, mój brat. Ignacy Kowalski to ojciec babci Aleksandry, mojej matki.
- A dziadek Bazyli, tatusiu?
- Dziadek Bazyli był moim dziadkiem, Marylciu. Dla ciebie to już pradziadek. Więc nie! On tu nie leży, choć jest pochowany na Powązkach. Chodź, pokażę ci, gdzie.
I pokazuje w trzeciej alejce, mały, opuszczony, bez napisu, bezimienny grób.
- Zapamiętaj! - mówi - tu, w tym bezimiennym grobie leży twój pradziad, Bazyli Dębicki, powstaniec z 1831 i 63 roku. Zapamiętaj, żebyś mogła kiedyś pokazać to miejsce twoim dzieciom.



"I znów odchodzi jedna z najpiękniejszych dusz, sumienie Polski" -
słowa Ossowieckiego wypowiedziane nad trumną Zdzisława Dębickiego. Na zdjęciu: uroczystości
pogrzebowe przed kościołem Św. Krzyża w Warszawie - 1930 r.
Tuż przy trumnie, w berecie - Maryla Dębicka. Trzy osoby za trumną: z lewej Tadeusz, z prawej
Mieczysław Dębiccy, synowie Zdzisława. Pomiędzy nimi ciocia Zofia Dębicka, żona Zdzisława.
Nad Tadziem ciocia Janka Wierzbicka, siostra Zdzisława. Ponad nią, w okularach Stanisława
Dębicka, żona Bogdana. Obok niej stoi z pochyloną głową Konstanty Dębicki, przyrodni
brat Maryli, syn Bogdana z jego pierwszego małżeństwa. Sam Bogdan Dębicki jest prawie
całkowicie zasłonięty głową swego syna, Kocia, widać tylko czoło.
Zdzisław Dębicki, pseudonim Dęb. Jaxa, K. Zebrzydowski, ur. 19 stycznia 1871 w Warszawie, zm. 7 maja 1931 tamże, poeta, publicysta, krytyk. Pochodził z wołyńskiej rodziny ziemiańskiej. Studiował medycynę i prawo na ros. UW. Zesłany do Orska za udział w manifestacji ku czci J. Kilińskiego w 1894, zwolniony po roku, po powrocie ukończył prawo we Lwowie w 1898.Od 1896 członek Ligi Narodowej. Pracował w redakcji "GAZETY POLSKIEJ" 1904-09, "BIBLIOTEKI WARSZAWSKIEJ" od 1912 (prowadził stałą kronikę), "KURIERA WARSZAWSKIEGO" 1909-1931, "TYGODNIKA ILUSTROWANEGO" (red. nacz. 1918-29). W 1931 otrzymał nagrodę literacką Warszawy. Wiersze Dębickiego z wczesnego okresu, wtórne w treści i środkach wyrazu utrzymane w konwencji młodopolskiej są przykładem impresjonizmu poetyckiego ("EKSTAZA" - 1898, "NOCE BEZSENNE" - 1900, "ŚWIĘTO KWIATÓW" - 1904).
W późniejszej twórczości bardziej indywidualnej, pojawiły się motywy religijno patriotyczne ("OJCZE NASZ" - 1907, "KIEDY RANNE WSTAJĄ ZORZE" - 1907), wspomnienia dzieciństwa, impresje inspirowane przez historię i jej pamiątki ("OGLĄDAM SIĘ ZA SIEBIE" - 1912, "KRAJ LAT DZIECINNYCH" - 1918).
Pod wpływem przeżyć wojennych powstał tomik napisany wspólnie z E. Słonimskim "TA, CO NIE ZGINĘŁA" (1915). Poezję Dębickiego cechuje opanowanie rzemiosła i kultura literacka. Publicystyka wyraża poglądu obozu narodowo-demokratycznego "MIASTECZKO" - 1917, "KRYZYS INTELIGENCJI POLSKIEJ" - 1918, "PODSTAWY KULTURY NARODOWEJ" - 1922, "NARODZINY IDEAŁU" - 1933 i inne).
W tomach "KSIĄŻKA I CZŁOWIEK" (1917), "ROZMOWY O LITERATURZE" (1927) postulował rozwój nauki, oświaty i czytelnictwa, omawiał społeczne zadania literatury, rolę krytyki, zalecał pisarzom wzorowanie się na literaturze klasycznej, występował przeciw nowatorstwu artystycznemu.
Dębicki jest też autorem popularyzatorskich prac krytycznych ("PORTRETY", S. 1-II 1927-28). Zajmował się pracą wydawniczą, 1906-14 był kierownikiem literackim BIBLIOTEKI DZIEŁ WYBOROWYCH i wydawcą serii PISARZE POLSCY (1920), znany bibliofil. Swoje poglądy ideowe sformułował w zbeletryzowanej publicystyce "SAM NA SAM", "ZŁUDY I PRAWDY" (1930), zawierające pesymistyczne poglądy na współczesność i cywilizację. Pozostawił ponadto literackie wspomnienia "GRZECHY MŁODOŚCI" (1929) i "ISKRY" (1931).
LITERATURA POLSKA
Przewodnik encyklopedyczny t. I s 185/186
PWN, Warszawa, 1984.

W nowej szkole są od razu dwie ważne sprawy. Pierwsza, to mundurek. Jest nowy, śliczny. Ale zaraz na początku okazuje się, że plisowana spódniczka jest za krótka, bo sięga do kolan. Sprawdza się to w ten sposób, że cała klasa musi klęknąć i jeśli z tej pozycji spódniczka nie leży 10 centymetrów na ziemi, co własnoręcznie, z linijką w ręku sprawdza dama klasowa, panna Irena "skrytka", uczennica ma wpisaną uwagę do dzienniczka. Trzeba więc kupić nowy mundurek, bo przedłużyć poprzedniego nie ma z czego. Na wzrost Maryli trzeba kupić o półtora numeru większy. I w rezultacie wygląda śmiesznie. Koleżanki dokuczają, że na stracha wyrosła. One mają mundurki szyte na "stalunek", u pierwszorzędnych krawcowych. Ale to nie jest takie znów ważne, bo któżby przejmował się ubraniem. Tata zawsze mówi, że to nieuważne, jak się jest ubranym, ważne jak się ma umeblowaną głowę.
I to, że przezywają ją "Ślązaczka", bo jeszcze ciągle nie może się wyzbyć śląskiej gwary. Ale i to nie jest takie ważne.
Druga sprawa jest zupełnie inna. Na początku, wierna zasadzie: "Choćby cię smażono w smole, nie mów co się dzieje w szkole", nie opowiada o tym w domu. Sprawa przedstawia się tak. Nowe koleżanki, to przeważnie dzieci z inteligencji, zamożne, pewne siebie i co gorsza, rozpolitykowane. A Maryla nawet nie wie, co słowo "polityka" oznacza. Nauczyli ją poszanowania władzy, poszanowania ludzi pracy. Biały orzeł z odwiecznie wpajaną odpowiedzią na pytanie: "Jaki znak twój?" i hymn polski, słuchany zawsze w postawie "na baczność". To jest jej Polska.
W tej szkole uczą nie nauczyciele, a profesorowie o znanych nazwiskach! Schupp, Jankowski. Dlaczego jednak taki pan profesor, kiedy zaczyna mówić na lekcji historii o PPS, o Piłsudskim, czy o Związku Sowieckim, robi to z jawną zjadliwością, a klasa solidarnie wali otwieranymi pulpitami i czyni taki rumor, że nie słychać słów profesora. A on nie reaguje, wydaje się nawet zadowolony. Na Śląsku dawno by kazano "zostać stać" za takie zachowanie.
Obok, ze starszej klasy, słychać często okrzyki. A że tam chodzi starsza Horochówna, Iwonka, na przerwie można się dowiedzieć, że klasa bardzo często reaguje protestami i okrzykami: "Żyd, gudłaj, precz z Żydami" na takie nazwiska, jak Tuwim, Boy-Żeleński czy Hirszfeld. "Dla nich każdy - tłumaczy Iwonka - bez względu na to kim jest i co zdziałał, jest Żydem, albo matołem. Dziewczynki mają więc "poglądy" i "opinie". A same mają po dziesięć dwanaście lat!



Bogdan Dębicki (trzeci od lewej) wśród przyjaciół
na wczasach w Truskawcu, 1932 rok.

- Mamo, w szkole będzie potańcówka. Ja muszę mieć pantofelki na słupku! Inne mają!
- Ale jak ty będziesz wyglądała? I tak jesteś wysoka nad miarę!
- Mamo, ja muszę! I zaproś Wojtka Dłużewskiego, bo pani powiedziała, że z chłopcami.
W sali gimnastycznej, pod jedną ścianą, tą z drabinkami do ćwiczeń, siedzą rzędem dziewczęta. Maryla ma wymarzone słupki-lakierki, które gniotą przeraźliwie. Po drugiej stronie, zaproszeni chłopcy. Wojtek Dłużewski "od Zamojskiego", syn pana Karola Dłużewskiego z Pobyłkowa - jest rudy i nie umie dobrze tańczyć. Maryla lubi tańczyć, ale nie wychodzi im to jakoś, mimo, że jedna ze "skrytek" wali zapamiętale w fortepian.


Marylę odprowadza się i przyprowadza ze szkoły. Któregoś dnia lutowego, matka czeka na córkę w dużym hallu szkoły. Jest tam wielu rodziców i uczennic. Panuje dziwne podniecenie. Matka widzi zbiegającą po schodach córkę. Włosy w nieładzie, rozpacz w oczach, granatowy, marynarski kołnierz przekrzywiony, ona sama zaś rozgorączkowana, wzburzona. Matka zaciąga córkę do kącika pod palmą i wysłuchuje opowiadania. W wielkiej auli pensji odbyła się uroczystość. Jest to rok, w którym, chory poważnie Marszałek Piłsudski, pojechał leczyć się na Maderę. Ktoś "genialnie" wymyślił, żeby "Dziadkowi" na 19 marca, na imieniny, każde dziecko polskie wysłało pocztówkę, z życzeniami. Poszły więc do wszystkich szkół odpowiednie zalecenia i tony pocztówek do wypełnienia. Pani przełożona wygłosiła okolicznościowe "dwa słowa" z lisim uśmieszkiem, dając do zrozumienia, że jest to dobrowolne i nikt nie ma obowiązku wypełniania tych pocztówek.
Blisko pięćset uczennic podarło demonstracyjnie pocztówki, składając je czołobitnie na podium, u stóp pani przełożonej. Tylko dwie dziewczynki z klasy czwartej, Marysia Guttówna i Marysia Dębicka, wypełniły starannie swoje pocztówki i odniosły na podium wśród szpaleru, jawnie i bezkarnie kpiących uczennic.
W gabinecie panny Reutt odbyła się burzliwa rozmowa. Na próżno przełożona, już bez lisiego uśmieszku, starała się na wszystkie sposoby przekonać matkę, żeby jej "tego" nie robiła, żeby nie odbierała córki z pensji, zwłaszcza w środku roku.
Matka pozostała nieugięta.


- Ależ Stasiu! - oburzyła się pani Wanda Chojnacka - Prosiłaś mnie przecież o najlepszą pensję w Warszawie! Nie ma lepszej! Czego ty chcesz?
- Ja podrostu chcę, - odpowiedziała matka - żeby mego dziecka, żeby żadnych dzieci, nie uczono podjudzania i nienawiści, w czasie, kiedy niewiele jeszcze rozumieją i tylko małpują starszych, przenosząc na teren szkoły opinie zasłyszane w domu. Pomysłu z pocztówkami - ciągnęła dalej rozgorączkowana - wcale nie uważam za świetny, a wręcz odwrotnie. Ale nie mogę patrzeć, nie mogę znieść, żeby szkoła aprobowała taką dyskryminację, żeby manipulowała takimi dziećmi. Na Śląsku to byłoby nie do pomyślenia.
- Ty ciągle z tym Śląskiem, jakby tam było najlepiej. Tu jest Warszawa, moja miła. Tu się ścierają i konfrontują poglądy. A Platerówka, to jest szkoła endecka.
- A właśnie, że na Śląsku było lepiej. - wtrąca swoje Maryla - Tam było czyściej i żebraków nie było, tak jak w Warszawie i ludzie byli słowni.
- Cicho siedź! I nie wtrącaj się! - ruga ją matka. - Więc co możesz mi doradzić, Wandziu?
- Jest taka szkoła. Mieści się to gimnazjum na ulicy Chmielnej 80. Biednie tam, bo szkoła mieści się w dwu małych mieszkankach. I ulica nie cieszy się specjalnie dobrą sławą. Tam są "takie" domy, rozumiesz. Ale gimnazjum jest dobre, bardzo dbają o poziom. Pięć sióstr prowadzi tę szkołę. Jeśli i tam ci się, Stasiu, nie spodoba, to już nie wiem sama.


Po miesiącu okazuje się, że Marylę trzeba cofnąć do klasy III. Poziom nauczania jest tu wysoki, wyższy niż na Śląsku i dziewczynka nie daje sobie rady. W tej nowej klasie zawiera natychmiast i "na zawsze" pierwszą wielką przyjaźń z Basią Gettel. Mieszkają blisko siebie. Basia na Kolonii Staszica, a Maryla na ulicy Topolowej jedenaście, bowiem dom ukończono wreszcie.
W nowej klasie jest samorząd klasowy, przewodnicząca i sekretarka. I duma bierze, że wszystkie wnioski i postulaty klasy są pilnie rozpatrywane przez wychowawczynię, małą, miłą pannę Jadwigę Posselt. I jeśli tylko są realne, szkoła je zatwierdza. Tak było na przykład z wnioskiem, oczywiście Dębickiej, aby podczas odpowiedzi ustnych, z ławki, nie wstawać.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie dziwne dwa obozy. Cała klasa jest wyraźnie podzielona na "za" i "przeciw". Basia i Maryla są w środku, neutralne, nie bardzo zresztą rozumiejąc, na czym to wszystko polega. I dlaczego miałyby być przeciw tej miłej, wysokiej, bardzo koleżeńskiej i spokojnej dziewczynie, której jedyną "wadą" jest to, że nazywa się Wanda Piłsudska.


Przy obiedzie ojciec opowiada mamie o spotkaniu z panią Paszkowską.
- To taka trochę literatka i wyobraź sobie, pisze teraz książkę "Z niedalekiej przeszłości". Spytała mnie, co teraz robię.
- I co jej odpowiedziałeś?
- Roześmiałem się tylko i powiedziałem, że kazaliście mi być celnikiem, jestem nim dotychczas.


Po zdjęciu rusztowań, dom przy ulicy Topolowej wyłonił się w całej swej krasie. Był różowy, długi, czteropiętrowy, z czterema klatkami od frontu, zawsze zamkniętymi na klucz i z wyjściem tylnym na podwórze przez korytarz, ciągnący się na całej długości budynku. Tędy najłatwiej było czmychać do Basi, łazić po wspaniałych zakamarkach i płotach ciągnących się aż do ulicy Suchej.
Samo mieszkanie składało się z małych, niskich pokoików, gdzie zawsze pachniało słodko gazem, gdzie śląskie meble nie chciały się zmieścić i było tak ciasno, jak u pani Leśniewskiej, o mieszkaniu której mówiło się, że jest ciasne, bo przywiozła z Ukrainy bardzo dużo rzeczy.
Stad też jeździ się "trójką" albo "dwadzieścia pięć" do centrum miasta na zakupy. Jedyny w pobliżu sklep, na rogu Topolowej i Nowowiejskiej, ma dopiero powstać. Do i ze szkoły jeździ się zawsze w towarzystwie mamy ze względu na "te" domy przy Chmielnej.
- Te "takie" domy wcale nie są nadzwyczajne, Basiu! Zobacz, mają tylko pomalowane wszystkie szyby na biało, a przed bramą zawsze długi sznurek mężczyzn, przeważnie żołnierzy.
- Moja mama powiedziała, - uzupełnia Basia - że oni czekają na zupkę, bo to jest kantyna.
- To pewnie są bardzo głodni, bo tak się niecierpliwią.


Zakupów dokonuje się zawsze w tych samych sklepach. Już wiadomo, że książki tylko u "Arcta" albo u "Gebetnera i Wolfa".
O tej firmie tata opowiadał mamie, że jak pani Gebetnerowa przedstawia się, zawsze mówi: "Jestem żoną Gebetnera i Wolfa". Basia i Maryla nie znajdują, żeby to było śmieszne. U Gerlacha kupuje się noże, pastę do zębów tylko u Spieasa i Syna, rękawiczki u Karłowicza, bajgełe i słodkie chałki u "Turka", na rogu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich. Jak mówi wszystko wiedzący tata, powstanie na miejscu tych bud i sklepików już niedługo, według projektu "Oleńki" Pszenickiego nowy, wspaniały dworzec. Ale to dopiero projekt i na razie jest tu rodzaj wschodniego bazaru, gdzie można kupić prawie wszystko. Prawie, bo po śledzie z beczki, uliki i duże jabłka. Po śledzie królewskie idzie się na Koszyki do dostojnego, ubranego w długi chanat, Żyda Moszki.



Bogdan Dębicki z córką Marylą
na balkonie pierwszego warszawskiego
mieszkania przy ul. Topolowej 11.
W perspektywie widać fragment
dzisiejszej Alei Niepodległości - 1933 r.

Dziś idą na duże zakupy. Na rogu Brackiej tata pokazuje wśród lip i klonów, jedno drzewo, które ulubiły sobie od niepamiętnych czasów wróble warszawskie. Urządzają tu na jesieni wiece. Pisk, rwetes, niebacznych na nic ptaszków, jest wtedy duży, bo zlatują się tu chyba wszystkie, z całego miasta. I z tego ich sejmikowania widocznie nic nie wynika, bo rok rocznie wszystkie pokolenia wróble nie decydują się na odlot. Herbatę kupuje się w sklepie na Brackiej, gdzie na wystawie siedzi lalka. Smutny Chińczyk kiwa automatycznie głową i podnosi co raz do ust filiżankę, ale nigdy jej nie wypija. Pod numerem dwudziestym piątym jest dom ważnych Braci. To wielki dom towarowy Jabłkowskich. I tylko tu, na czwartym piętrze, można kupić nowy, zielony mundurek i zieloną czapkę z czarnym pomponem, ozdobioną koniczynką. A do tego śliczna, niebieska tarcza, ze srebrnymi cyframi: 135.
Naprzeciwko Braci Jabłkowskich jest jeszcze jeden sklep Braci, tym razem Pakulskich. Tam uzupełnia się zakupy żywnościowe i już można wracać na Królewską, do tramwaju 25, który ma tam końcowy przystanek. Po drodze tata pokazuje ulicę Hortensji i widniejący z daleka przy niej gmach gimnazjum Górskiego, do którego sam chodził. Ale to nie jest tak ciekawe, jak reklama na narożnym domu. Pod wielką zebrą, dźwigającą wachlarzowato rozłożone tablice czekolad "na niby", możne stać długo i patrzeć na samopodpisującą się, zgrabną i z zakrętasami, literę "E". A kiedy cały napis, się wypełni, z "E. Wedla" spada wzdłuż narożnika kamienicy przy Szpitalnej srebrna, Iśniąca strzała, aby za chwilę powtórzyć cały ceremoniał od nowa.
Już na rogu Topolowej matkę, ogarnia złe przeczucie. Wbiega klatką schodową. Zanim obładowani zakupami ojciec i Maryla dochodzą do domu, z ich balkonu ktoś wyskakuje i ucieka. Ojciec zostawia wszystkie sprawunki córce i jednym susem znajduje się przy matce, która stoi jak skamieniała przed otwartymi do mieszkania drzwiami. Mieszkanie okradzione.
Nie ma w tym domu i nigdy nie było złota, biżuterii czy zapasów pieniężnych. Ale to co ukradziono, to cały ich dobytek, pieczołowicie zbierany przez lata.
- Czuję się tak, - mówi matka na widok rozbebeszonych szaf, porozwalanych zawartości szuflad - jakby zimny wąż prześlizgnął się po ciele - A to co? - pyta, wskazując na stary, zniszczony, obcy koc, leżący za drzwiami wejściowymi.
-To - odpowiada sprowadzony policjant - to było przygotowane dla tego, kto pierwszy wejdzie do mieszkania. Żeby go ogłuszyć. Bardzo dobrze pani zrobiła nie wchodząc, mimo że drzwi były uchylone.
- Ja tylko krzyknęłam: "Bogdanie!" - opowiada matka - i wtedy usłyszałam gwałtowny tupot nóg w mieszkaniu.
- Co zginęło, proszę pani, czy mogą państwo ustalić?
Lista strat jest długa. Praktycznie zostają z tym, co dziś kupili.
- A prócz garderoby, może biżuteria, futra?
- Nie, - odpowiada matka - ani biżuterii, ani futer nie mieliśmy. Ale zaraz, nie widzę błamu z soboli!
- Sobole? - interesuje się policjant - To bardzo drogie futro, proszę pani.
- Nie! Ono było już bardzo zniszczone i stare, ale widzi pan, to była droga pamiątka.
- Za kolonią Staszica, aż do Suchej, są pałatki, takie budy biedoty i złodziejaszków. Oni tam mają swoje meliny. Zaraz sprowadzimy psa, może po świeżym śladzie coś znajdzie, bo drugi złodziej uciekł, skacząc na podwórze.
- Przecież mógł się zabić! - niepokoi się o złodzieja matka.
- Oni są sprytni, proszą pani. Ma pewno skakali na wcześniej przygotowane tłumoki.
Pies po śladzie nie znajduje nic, bo jak powiedział policjant, mądry złodziej nigdy nie ucieka z łupem do swego domu.



Wczasy w Pawłowicach,
1934 rok.

W domu natomiast w kilka dni potem, zjawia się wspaniały szary wilczur, specjalnie sprowadzony, "po szkole". Rolf przyjeżdża ze swoim przewodnikiem. Pies jest "uzbrojony" w kaganiec, kolczatkę i specjalny, pleciony z rzemyków pejcz który służy jako smycz. Zostaje umieszczony w małym przedpokoju i ojciec natychmiast projektuje i wykonuje dla niego specjalne łóżko. Jest to ramiak z drzewa, obciągnięty szarym płótnem i tak zaprojektowany, żeby pies po położeniu się na nim, nie dotykał podłogi. Rolf bardzo długo tęskni za swym przewodnikiem, nie chce jeść. Przyjmuje tylko picie. Leży bez kagańca, ale nie pozwala nikomu zbliżać się. Warczy wtedy i pokazuje kły.
- Trzeba go zostawić w spokoju - poucza ojciec. On jest chory z tęsknoty.
W nocy, kiedy wszyscy śpią, Maryla otwiera cichutko drzwi na korytarz. Dwa zielone ogniki, nieufne i czujne, natychmiast badają przyczynę ruchu. Dziewczynka w długiej, nocnej koszulinie przykuca i długo przemawia do zwierzęcia. Potem, pomalutku karmi go kawałkami chleba. Początkowo pies odwraca głowę, ale głód jest silniejszy. I tak zostaje zawarta ogromna, wspaniała przyjaźń.


W łazience jest położona na podłodze drewniana krata. Na jednym jej końcu stawia się zawsze z rana czajnik z gorącą wodą do mycia. Maryla śpieszy się, zaspała do szkoły. Jeden skok na drewnianą kratę i cała zawartość czajnika z prawie wrzącą wodą ląduje jej na twarzy.
Każda z wytelefonowywanych drżącymi rękoma matki, znajomych radzi co innego. Najpierw Maryla ma żółtka na twarzy, potem matka zdziera żółtą maź i smaruje kremem Simon, potem wodą kolońską, znów kremem, tym razem "Prałatów Perfection". Wreszcie przytomnieje i telefonuje do doktora Burharda. Specjalista długo ogląda twarz dziewczynki, kiwa smutno głową i zaleca siemię lniane.
Leży wiec to nieszczęśliwe stworzenie, zlewane olejem z siemienia, nie mając wcale pewności, czy cierpliwość zostanie wynagrodzona i blizn nie będzie.
Matka, w przyciemnionym pokoju, czyta listy z Francji.
- Jak wyzdrowiejesz, musisz ładnie odpisać. Alainowi i koniecznie posłać pocztówki z Warszawy. Oni tam, na dobrą sprawę, tak mało wiedzą o Polsce.



Wczasy w Pawłowicach,
1934 rok.

Mimo ciężkiego poparzenia, Maryla wychodzi z opresji bez szwanku. "Bo na niej, - stwierdza ze śmiechem tata - wszystko goi się jak na psie."
Któregoś dnia zabiera się do napisania listu do Francji. Alain opisuje swoje francuskie mieszkanie w Nantes przy 112 rue General Buat. A co może pisać mała polska dziewczynka?
Opisać swoje własne mieszkanie? Że takie małe pokoiki, że na Śląsku były landary, że w pokoju stołowym jest tak ciasno, że jak ktoś siedzi przy stole, to już nie można przejść między nim a bufetem. W pokoju sypialnym, rodziców, stoi na wysokim postumencie rzeźba Gustawa Dore. Już brak tematu. Są jeszcze pocztówki, ucieczką staje się historia Polski opowiadana po kawałku. Ściboli więc po francusku dziecinne zdania do dalekiego Nantes. W każdym liście są pocztówki z Warszawy.
Ona mu pomnik Mickiewicza, on jej Napoleona, on Wersal, ona Wilanów, on sławnych Ludwików, ona poczet królów polskich. Ona pomnik księcia Józefa Poniatowskiego, na którym, mimo że w todze rzymskiej, skacze do Elatery i mówi o honorze. On jej pocztówką z pomnikiem gwardii królewskiej i napisem "Gwardia raczej umrze niż się podda!"
Porównują też wyniki w szkole. W jej szkole, jest tylko skala pięciu ocen, we francuskiej aż dwadzieścia, a każdy podzielony jeszcze dodatkowo na cztery podstopnie. Alain pisze, że z historii Polski, przerabianej bardzo pobieżnie, dostał całe 18 i 1/4. A ona z języka francuskiego ma już piątkę. Warszawską.


Z zimowych wakacji, tak bardzo oczekiwanych, bo to wyjazd z mamą do bardzo dalekich Tautoliszek, za Wilnem, zostaje wspomnienie śnieżnych przestrzeni, nierealnych, białych dróg.
Od samotnej, zapadniętej w lodach i śniegach stacyjce Bujwidze jeszcze kilka godzin jazdy saniami. Konie odnajdywały, sobie tylko wiadomym sposobem drogę. Maleńki, zagrzebany w śniegu domek ze skrawkiem ziemi - to Tautoliszki. Folwarczek dostały za zasługi poniesione dla powstania sześćdziesiątego trzeciego roku dwie siostry Głuszyckie. Jedna z nich, Ludmiła, zwana Ludka, nigdy tu nie mieszkała.
Opiekowała się domem i dziećmi najmłodszej z sióstr, Pauliny Pallulonowej. Najstarsza, Zofia, ma już 89 lat. Nigdy nie opuszcza swego fotela i nie rozstaje się ze słuchawkami, bowiem jedynym jej zajęciem jest słuchanie radia, śmiesznego aparatu na baterie. Zdejmuje słuchawki tylko po to, żeby rugnąć, siedzącą przy otwartym okienku Marylę: "Nie siedź, serdeńku, przy furteczku, bo spinku przestudzisz" albo popędza Wujka Tosia: "Skocz, serdeńku, do Santoki, bo akumulatory wyszli". W małym tym domu żyje "milion" cioć i jeden wujek. Są to dzieci cioci-babci Zosi. Maryla ma więc nagle olbrzymią rodzinę. Gubi się trochę w tych powiązaniach. Wie już jednak, że ciocia Mania zawiaduje spiżarnią, a tam są wspaniałe konfitury ze smarodiny i plastry ociekające miodem. Ciocia Funia umie strzelać z dubeltówki i przywozi z lasu zające, ciocia Aniela jest nauczycielką w Poznaniu i wcale nie ma anielskiego usposobienia. Wypytuje Marylę bardzo akostycznie o postępy w nauce, jakby ta miała się czym chwalić. Ciocia Jadzia jest lekarzem w Wilnie i ma córkę Ninę. Ta zaś - to już przechodzi wszelkie wyobrażenie - kocha się w synu cioci Broni, siostry mamy. I z tego są długie rozmowy przy wielkim stole, pod dużą lampą naftową. I padają słowa: dyspensa, zbyt bliskie pokrewieństwo i "kto to widział?" Ostatnia z cioć, to Hortensja, która nie zjeżdża do Tautoliszek. To ciocia "paryska". Wyszła za mąż za Polaka, pana Kochanowskiego, a do Tautoliszek przysyła swoją córkę, Joannę. A do własnej matki Maryli, Jeanne mówi: "Ciociu Stasiu". I wszystkie ręce cioć trzeba obowiązkowo całować rano na dzień dobry i wieczorem na dobranoc!
Wszystkie ciocie, ciocia-babcia i wujek Toś stwierdzają, że to jest nieprzyzwoite, że Jeanne Kochanowska maluje się i włosy ma ufryzowane. Następuje zbiorowy akt "gwałtu" na francuskiej kuzynce. Ciocia Funia myje jej głowę w miednicy, w kuchni, ciocia Aniela trzyma, wyrywającą się Jeanne. Potem zmywają jej śliczną twarzyczkę kremami, spirytusem i tak dalej. Po skończonej operacji włosy Jeanne kręcą się jeszcze bardziej, policzki są jeszcze bardziej różowe na tle białokremowej twarzy, a czarne łuki brwi prawie granatowe.
- Znaczy się - stwierdza ciocia-babcia - taka u niej uroda. Krew z mlekiem! Po mnie to ma!
Ciocia-babcia mówi, że radio to wynalazek szatana, ale słuchawki na uszy nakłada i ręką nakazuje ciszę. Ciocia Mania nastawia samowar, ciocia Funia posyła "człowieka" po drwa do lasu, ciocia Jadzia poprawia lampę, bo filuje, a ciocia Aniela przynosi wielki polifon. Sypią się, pełne wdzięku, trochę metaliczne perełki faustowskiego walca. Wszyscy słuchają w skupieniu. Maryla wolałaby, żeby to było coś bardziej nowoczesnego, na przykład płyty ebonitowe. Ma takie w Warszawie i bardzo lubi słuchać na swoim nowym, pięknym, nakręcanym korbką patefonie His Masters Voice.
Opowiada to wszystko tatusiowi w Warszawie, oboje śmieją się radośnie i tata powiada, że jego córka jest spostrzegawcza. A mama dorzuca:
- Jak już tak wszystko opowiadasz, to powiedz też ojcu o spodniach.
- Ach, o spodniach! Tato, wyobraź sobie, spadłam z ambony. Tam w niedzielę jeździło się saniami do Kościoła w Santoce. Mama kazała włożyć spodnie narciarskie, bo było strasznie zimno. No to włożyłam. A ksiądz, jak mnie zobaczył, zaczął strasznie grzmieć, że zgorszenie ze stolicy się przywozi, że maluczkich się deprawuje. Co to znaczy "deprawuje", tatusiu?


Lato tysiąc dziewięćset trzydziestego pierwszego roku jest chłodne, padają deszcze i tata mówi, że za jego czasów lata były gorące, upalne. "Widocznie ziemia stygnie" - mówi. Gdyby tak we wszystko wierzyć, co mówią dorośli, to przed wojną wszystko było inaczej, tańsze masło i mleko, lepsi ludzie.


W Vichy, dokąd znowu jadą, jest jednak pięknie i słonecznie. Widocznie kula ziemska pod Francją stygnie wolniej.
Zanim jednak zaczną znowu pić obrzydliwego "Celestyna", są z matką kilka dni w Paryżu. Tym razem nie zwiedzają miasta. Siedzą całymi dniami i nawet kawałkiem nocy na Wystawie. Jest to Międzynarodowa Wystawa Kolonialna. Trudno, a nawet niemożliwe jest ogarniecie całość i mąci się w głowie od pawilonów: belgijskich, angielskich, francuskich, holenderskich, włoskich, hiszpańskich, portugalskich.
Mama mówi, że Wystawa już trwa od maja. A pomimo to tłumy ludzi przelewają się między rozlicznymi pawilonami. I tu ciekawostka: teren Wystawy jest usytuowany dokoła jeziora Daumesnil, pomiędzy bulwarem Poniatowskiego. Naszego księcia Pepi. Dwie połączone ze sobą lekkim mostem wyspy na jeziorze są bardzo piękne. U głównego wejścia, koło Porte de Picpus wznosi się obszerny gmach informacji, biura l wielki system informacji. Są tam też sale kinowe, najnowsze aparaty radiowe.


Centrum informacji jest otoczone prawdziwym lasem tropikalnym. Wśród tego lasu, oświetlone orgią, feerią barwnych świateł są pawilony Madagaskaru, Indii Francuskich, Gujany, Kochinchin, Nowej Kaledonii, Martyniki, Gwadelupy, Angory, Kambodży ze słynną świątynią. Oprócz parku z atrakcjami znajdują się jeszcze wspaniałe ogrody zoologiczne, pokazujące egzotyczną faunę. Żywą faunę.
Okrężną kolejką można objechać całą Wystawę, zobaczyć barwne kioski, wielkie restauracje, dzikie wsie, ruchome horyzonty dalekich światów, pokazane w naturze.


Mama powiada, że ze każdą nazwą kraju europejskiego kryją się egzotyczne lądy, wielkie bogactwa naturalne l ludzie.
Wielkie na piętro albo i dwa, kolorowe afisze ukazują smukłą, giętką, nagą, przegiętą w niewiarygodnym skręcie czarną sylwetkę. Reklamują występy w Casino de Paris i Folies Berg?res młodej, sławnej mulatki Joséphine Baker.
Pełne wrażeń, trochę głodne i zmęczone, siadają na brzegu jednej z fontann.
- Spójrz, Marylciu, - powiada matka - na te kolorowe festony - toż to istny teatr wodny. Bez przerwy czarują, przyciągają wzrok. Ale jest w tym jakaś niezgodność.
- Nie rozumiem.
- Ja sama dobrze tego nie rozumiem, ale wydaje mi się, że oni, ci wszechwładni kolonialiści w białych tropikalnych kaskach, chcieliby tą mieniącą się kurtyną wodną coś zasłonić, ukryć.
- Mamo, dlaczego nie ma tu pawilonu polskiego?
- Bo Polska nie ma kolonii, dziecko. I, spodziewam się, mieć ich nigdy nie będzie.
- A to dobrze, mamo, czy źle?
- Na pewno dobrze, córeczko! Kraj, który przeszło sto lat był w niewoli, nie będzie dążył do władania innymi narodami. Żaden kraj nie powinien, bo każdy ma prawo do wolności, do samoistnienia.


Nad błękitnym oceanem nic się nie zmieniło. Dzieci tylko urosły, jeśli u Alaina i Maryli było to jeszcze możliwe. Ustały zabawy w piasku, zostały biegi u pana Gollin. Maryla, niczym Walasiewiczówna w Los Angeles - stale przoduje. Są jazdy na osiołkach, krokiet i serso na plaży, spacery na molo, do pobliskiego, mizernego lasku i na skały.


Przyjaciele na osiołkach. Maryla Dębicka trzecia od lewej.
Francja, Lazurowe Wybrzeże - 1931 r.

I znowu nie mogą uchwycić chwili przypływu. Fala nadchodzi, cofa się, znów nadchodzi o parę centymetrów bliżej, cofa się. Zupełnie jak Alain. Raz chwyta rękę Maryli, przytula do policzka, a potem ucieka, każe się gonić.


W Warszawie życie biegnie spokojnie, równo, nie licząc bardzo smutnego przeżycia, mianowicie oddania Rolfa. Ojciec tłumaczy, że pies męczył się w małym mieszkanku, tęsknił bardzo, kiedy z matką wyjeżdżały do Francji. Ojciec tak ładnie powiedział, że trzeba umieć pogodnie zrezygnować z przyjaciela, jeśli to jest dla jego dobra.



Stanisława Dębicka w szkole
Szachtmajerowej w towarzystwie
młodszych uczennic - 1935 r.

W niedzielę, przy ślicznej jesiennej pogodzie jadą do Łubienicy. To położony malowniczo nad Narwią majątek kolegi ojca, jeszcze od Górskiego. Ojciec nazywa go "Długi", a w rzeczywistości jest to przemiły pan Jan Dłużewski. Ma bardzo miłą i dobrą żonę, trochę grubszą od mamy, panią Adelę. Ma też trojkę dzieci. Te dzieci to nie są już dzieci, a dorosła młodzież. Najstarszej, Barbary, nie zna się wcale, bo wyszła za mąż w Łomżyńskie. Potem jest pan Eustachy. Nosi bryczesy i piękny wąsik. W panu Eustachym można się zakochać na długo, conajmniej na dwa miesiące. Najmłodsza to Isia.
Łubienica jest znana w Warszawie z najlepszych jabłek i masła o tej samej nazwie, bo czerwone krowy pasą się tu na rozległych, szmaragdowych, soczystych łąkach nad Narwią.
Do Łubienicy jeździ się czasami autem służbowym taty, a czasami zatłoczonym autobusem z ulicy Żytniej, na tyłach nowego Dworca Głównego. Jeździ się przez Serock i Zegrze, drogą na Pułtusk. Za każdym razem ojciec pokazuje małą, skręcającą w lewo polną drogę i zawsze mówi: "To droga do Pobyłkowa. Jeździliśmy tu jako dzieci powozem". l wtedy wiadomo, że zaraz, po prawej stronie szosy ukaże się, ukryta wśród owocowych drzew, kapliczka z białoniebieską Matką Boską i to już są trzykilometrowe sławne sady łubienieckie.

Autobus ma przystanek przy wielkiej bramie. Po wyjściu z wozu ogarnia człowieka natychmiast cudownie świeży powietrze niesione wiatrem z nadnarewskich, szerokich łąk. Maryla bardzo lubi stanąć chwilę u szeroko otwartej bramy i popatrzeć na długi szpaler grabowy. W głębi bieleje dworek, a przed nim, oczko w głowie Isi, olbrzymi klomb różany.
Z prawej strony, ukryty w zieloności, jest maleńki domek. To też królestwo Isi. Wychodzi właśnie z tego domu, wygląda jak przybysz z innej planety. Na głowie ma ni to hełm z przyłbicą, ni to siatkę. Isia wraca od pszczół.
Na małym, oszklonym ganeczku, w wiklinowym fotelu, z którego trzeba zawsze najpierw spędzić psa, można jesienią łuskać groch i fasolę, a wiosną pomagać Isi w selekcji nasion. Zawsze jest tu coś ciekawego do roboty. Karmienie drobiu, który gdacząc, kwacząc i rozpychając się, podskakuje do pełnego przetaka. Karmienie kostkami cukru koników, jazda łódką po Narwi. To ostatnie jest bardzo niebezpieczne i można to robić tylko z tatą, który pływa jak ryba i zawsze powtarza, że nie z takimi rzekami miał do czynienia. Czasami na łąkach łubienickich widać wielkiego i brodatego pana Lasockiego, "krowiarza".
Zakochany w swoich modelkach, maluje krowy istotnie ślicznie. Lub pana Kędzierskiego który znowuż woli malować sieci rybackie, pejzaże, pastuszków przy ognisku.
Oszklony ganeczek prowadzi do hallu. Z prawej strony są wąskie i ciemne schody wiodące do małych, białych pokoików gościnnych. Tam, przy sprzyjających warunkach, można podglądać, jak śliczny pan Eustachy całuje, też śliczną, panią Natalię, której mąż gra na dole w brydża.


Wczasy w Pawłowicach, tutaj wśród
drobiu…

…a tutaj wśród wykwintnego towarzystwa.
1934 rok.

A wieczorami, pachnącymi maciejką i różami, obserwuje się z zazdrością niezręcznego "podlotka", jak "jej miłość" tańczy namiętnie z panią Natalią "Tango Milonga" albo "Miłość ci wszystko wybaczy". Wtedy Maryla stanowczo woli "Gorące Bubliczki".
Za pokojem jadalnym jest mały gabinet. Tan, na ścianach porozwieszana wisi stara broń: krócice, strzelby, dubeltówki i zardzewiałe szable. Po drugiej stronie zaś jest duży salon, gdzie śpią, nigdy nie odkrywane z białych pokrowców meble i mroczą się ciemne zwierciadła.
Ten to salon zostaje któregoś dnia uporządkowany, przywrócony do dawnej świetności. Do Łubienicy przyjeżdża pan Prezydent Mościcki. Chce w tej okolicy kupić majątek. Pan Prezydent nie odwiedza jednak salonu, a od razu przechodzi do jadalnego na uroczysty obiad. Maryli wraz z garstką młodszej młodzieży, wolno go obserwować tylko z "folwarku", to jest małego stołu, nakrytego w gabinecie. Po obiedzie Prezydent, obejrzawszy posiadłość, odjeżdża żegnany kwiatami, które podaje najmłodsza Maryla.
Kwiaty leżą już na tylnym siedzeniu otwartego auta. Pan Prezydent już na stopniu auta podnosi głowę i patrzy chwilę w niebo: "Będzie chyba burza!" - mówi.
A potem, kiedy kurz prezydenckiego auta i jego asysty ginie w powietrzu, znów można bawić się swobodnie, pojeździć na małym, upartym jak osioł koniku i od razu spaść z niego przez łeb, podrzeć odświętną sukienkę.

Zbieranie do wiklinowych koszyków niebieskogranatowych olbrzymich, podługowatych śliw szczepnych, truskawek olbrzymek o zapachu ananasów, to najlepsze chwile do zwierzeń, a Isia to serdeczna, dobra i cierpliwa powiernica dziewczyńskich sercowych kłopotów.
Czasami docierają pojedyncze słowa rozmowy rodziców:
- Może by tak pożenić nareszcie te dwie, zaprzyjaźnione rodziny, może by tak w tym pokoleniu zrealizować projekty rodziców. - mówi tata. - Karol, brat pana Jana Dłużewskiego, ma trzech synów, jest w czym wybierać.
- A my, - podszeptuje mama - mamy Kocia! Może by tak z Isią? Kostek ciągle nie może znaleźć swojej drogi życia!


Z Francji przychodzą dalej listy i pocztówki. Listy są teraz trochę inne. Plączą się tu i ówdzie słowa angielskie. Wobec tego Maryla postanawia uczyć się angielskiego. Śliczna, czarna, niesłychanie kobieca pani Xenia Żytomirska przychodzi teraz dwa razy tygodniu i mówi, że Maryla ma duże zdolności do języków obcych. Pani Xenia bardzo szybko pomaga rozszyfrować tajemnicze słowa z listów Alaina: "kiss you, "l love you".
Po pani Xeni jest miss Flora. Mała, cienka i chuda Angielska o długich, jasnoblond włosach. Może uczyć Marylę tylko w plenerze. I tylko w Aninie. I tylko w willi pana Jerzego Zaruby. Bo oni "are in love ".


Mama rzadko bywa w domu. l rano i po południu jest nieobecna. A kiedy wreszcie wraca, ma "tragiczne" oczy, jak mówi tata. Mama pracuje społecznie. Na ulicy Królewskiej organizuje i pomaga w wydawaniu obiadów w Stołówce dla Inteligencji Pracującej. Opiekuje się bezdomnymi dziećmi w Towarzystwie "Opieka", jest też czynnym członkiem Komitetu Rodzicielskiego i Towarzystwa Pań Domu. Jeździ na Annopol i tam, wśród biedy blaszanych domów, niesie, jak umie, pomoc.
Do domu przychodzą teraz zaproszenia na bale, rauty, przyjęcia. Matka nigdzie nie chce chodzić. Mówi, że to zbrodnia bawić się, kiedy tyle nędzy, głodu, łez ludzkich wokoło.
Jeden jedyny raz idzie z ojcem na bal dobroczynny. Przed balem zachodzi z tatą do pokoju córki. Śliczna, taka inna, pachnąca, jeszcze grubsza w zielonej, georgetowej i plisowanej sukni, pochyla się nad Marylą. Mama jest najśliczniejsza na świecie, a tata jest najlepszy, najwspanialszy, naprawdę dobry, przedwojenny tata.
Czasami przychodzą na Topolową różne panie i oglądają ich mieszkanko, bo mówią, że jest wzorowo prowadzone. Pewnie, pewnie! Jak się ma taką mamę! A panie interesują się wszystkim. Co się jada w tym domu, dlaczego jest tak czysto w kuchni i z czego są zrobione grube, kolorowe rękawice do brania garów i jak się robi śliczne, mięciutkie szurki na których jeździ się po podłodze, zamiast na szmatach. I jak się robi konfitury, czy kilo na kilo i koniecznie przepis na kryzysowe ciasteczka.
W domu jest teraz służąca i nazywa się "dziewczyna do wszystkiego". Z tymi dziewczynami jest śmieszna sprawa. Zmieniają się często, a każda musi mieć koniecznie na imię "Helenka". Bo tak naprawdę są to Marysie albo Stasię. Żeby więc nie było pomyłki, kogo się woła, są natychmiast przezwane "Helenki". A zmieniają się często, bo mama nie pozwala, żeby przychodzili do nich chłopcy albo strażacy "na kotleta", tylko od razu: narzeczony! Delikwenta za uszy i do ołtarza. "Helenki" mają zawsze od mamy posag i wesela odbywają się na Topolowej.
Nie jest wygodne, że mama jest w Komitecie Rodzicielskim. Tu już nie chodzi o to, że sama, na dużej przerwie podaje dziewczynkom mleko i że ono jest z kożuchami i nie można oddać Basi, która je lubi. Ważne i właśnie niewygodne jest to, że mama jest natychmiast i zbyt dokładnie informowana o tym, co się dzieje w szkole. A dzieje się różnie. Zjeżdżanie po poręczy schodów, rozbity nos w potyczce z Helą Topolnicką, dwója z łaciny.
Z tej łaciny Maryla nic, dosłownie nic nie umie. Wkuwane jeszcze w hotelu Rzymskim "accusativy cum infinitiwom" zupełnie się jej nie imają. A ciągłe uwagi o rozmowach po pierwszym dzwonku?
Tu jest zwyczaj, że są dwa dzwonki. - Po pierwszym uczennice muszą ustawić się w pary pod drzwiami i nie mogą wejść do klasy, dopóki się nie uspokoją. Przy drugim dzwonku, już ustatkowane, wchodzą parami. Co do łaciny, Maryla zawarła "wieczystą" umowę z Wandą Stankowską, której znów francuski idzie słabo. Maryla daje jej i połowie klasy zresztą, ściągi z francuskiego, a Wanda podpowiada jej skutecznie na łacinie. Jest tak zdolna, że nawet napisała pod melodię znanego szlagieru wiersz:

Na łacinie niema stoisz
i w ciągłej wierze trwasz,
że się łaciny już nie boisz,
bo przecież mnie przy sobie masz!

Ale bo i pani łacinniczka, Baryszowa, jest wyjątkowo okropna. Stale irytuje się, krzyczy i woła, że "te dzieci nie mają litości".
Reszta profesorów to wspaniali pedagodzy. Zawsze spokojni, umieją opanować klasę bez krzyku, a przy tym są to ludzie wielkiej wiedzy. Pan Zygmunt Chwiałkowski od "matmy", autor wielu podręczników, jest malutki, śliczniutki i bardzo wymagający. Ale za to temat umie wytłumaczyć i robi to tym ciszej, im głośniej jest w klasie. Pani Słonimska od "Polaka" cudownie czyta wiersze i opowiada dużo ciekawostek o nudnych, obowiązkowych pisarzach. Pan Kolasiński zaś, ze zniszczoną od wybuchu przy jakimś doświadczeniu fizycznym, twarzą, jak powie swoje "Ha, hm, panna Dębicka do tablicy!" - lekcji nie można nie umieć.
Wspaniałe są lekcje religii. Historia Kościoła to doskonały wentyl bezpieczeństwa. Ksiądz katecheta nie jest specjalnie bystry. Toteż na tych lekcjach można robić prawie wszystko: napisać list do koleżanki, przepisać od niej nieodrobione zadanie, dokończyć pod pulpitem ciekawą książkę, zjeść drugie śniadanie, pogadać, a nawet zdrzemnąć się "krzynkę".
Najlepszą uczennicą jest Ewa Twardo. Pół klasy jej nie lubi, bo się podlizuje "ciału". Potrafi też nagle wstać i na przykład na lekcji religii powiedzieć bez sensu: "A ja dziś nocowałam w Belwederze!". Grupie, która nie ma szans na nocowanie w Belwederze, przewodzi wybitnie inteligentna "poetka" - Dzidzia Veight. A pani Słonimska wróży jej literacką przyszłość.
Mądre panie Posseltówny umieją manipulować tym rozgadanym światkiem. Wolno dyskutować o wszystkim, nie wolno tylko mówić źle, obraźliwie o osobistościach, jako o osobach prywatnych. Tata mówi, że to zupełnie tak, jak w Anglii. Można o wszystkim i o wszystkich, tylko o królu, jako osobie prywatnej, nie. Zresztą co tu jest do krytykowania "prywatnie"? Wanda Piłsudska przyjeżdża czasami do koleżanek, do domu. Była raz i na Topolowej. Śmiesznie bardzo jest tylko to, że zawsze przyjeżdża z nią "niańka", oficer służbowy, który cały czas siedzi w korytarzu i pilnuje, nie reagując na zapraszanie do pokoju.
Wanda jest miłą, spokojną dziewczyną. Przy wezwaniu. "Piłsudska do tablicy!" - najpierw zaplata, wiecznie rozplecione czarne warkocze, odrzuca je kolejno na plecy i wtedy dopiero wstaje. Uczy się słabo. Jej siostra natomiast, o dwa lata młodsza Jagoda, jest prymuską szkoły. Wanda na drobne zaczepki z lekko lewicującego obozu Heli Topolnickiej nie reaguje i widać wyraźnie, że po prostu ich nie rozumie.
W tym osławionym Belwederze też jest inaczej niż się mówi. Basia i Maryla były tam raz, zaproszone na popołudnie. Przez małe, ukryte w zieloności drzwi wchodzi się do prawego skrzydła pałacu. Dwa małe pokoiki, ledwo urządzone niezbędnymi sprzętami, robią wrażenie prowizorki. W trakcie zabawy dyżurny ordynans przyniósł z kantyny w menażkach obiad dla Wandy, Jagody i ich matki, pani Aleksandry. Ona jest wielka, niesympatyczna i oschła. Ordynans zrobił jeszcze dla wszystkich herbatę na maszynce spirytusowej, bo żadnej kuchni tu nie ma. Obydwie dziewczynki są ubierane więcej niż skromnie. W domu, na co dzień, chodzą w mundurkach szkolnych, a ich fildekosowe pończoszki są bardzo zacerowane. Smutno i licho jest w tym sławnym Belwederze. Żadnej atrakcji nie stanowił fakt, że gdy biegały razem po alejkach parku belwederskiego, Wanda zatrzymała się nagle spłoszona i powiedziała cicho: "Tam spaceruje mój ojciec". Dla Maryli i Basi to był po prostu ojciec ich koleżanki.
Ciężko opierając się na lasce podszedł do dziewczynek. Dygnęły grzecznie, a Wanda przedstawiła je ojcu. Ale on prawie nie zwrócił na nie uwagi i milcząc, odszedł zamyślony. Dziwny ojciec, który na codzień chodzi w szarym mundurze, przy orderach, jakby za chwilę miał jechać na rewię wojskową. A widać, że nie ma siły.


W niedzielę ojciec zabiera córkę "na Warszawę". Jadą tramwajem "M" przez cały Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście. Z wysoko położonego Nowego Zjazdu ojciec pokazuje z prawej strony szarą Wisełkę, a z lewej, zaledwie widoczny blaszany dach pałacu księcia Józefa Poniatowskiego. Na moście Kierbedzia tata musi koniecznie zobaczyć dwa nowe, środkowe przęsła. Ojca interesuje wszystko, co dotyczy Warszawy. I stare i nowe. Ogląda więc te przęsła i oburza się, że są inne, niż pozostałe i że źle zrobili kolor. Jak on to umie wypatrzeć?
- Mówili mi, - mruczy niezadowolony - że w 1915 cofające się wojska rosyjskie wysadziły most w powietrze. Okazuje się, że wysadzili tylko dwa przęsła, a filary zostały. l w ogóle, córeczko, ten most Kierbedzia za moich czasów nazywał się Aleksandryjski. I jak tu można wierzyć ludziom - wraca jeszcze do sprawy mostu - Pewnie chodziło im o most Mikołajewski albo inaczej Trzeci Most, dziś zwany mostem Poniatowskiego!
- Tatusiu, a ten, który widać z daleka?
- To jest nowy most. Za moich czasów nie było go. Nazywa się Średnicowy. Niedawno skończyli go budować. Połączy nowy Dworzec Główny ze Wschodnim. Oglądałem go już. Toż go źle zrobili. Ma nasypy i przyczółki przygotowane pod cztery tory, a zainstalowano tylko dwa. No i kwitas z bykas na indykas. Takie marnotrawstwo!
Z Nowego Zjazdu idą jeszcze na Miodową. I znowu wierzyć się nie chce, że za czasów taty młodości nie było przejazdu na Krakowskie Przedmieście. Wylot ulicy Miodowej przegradzał dom, w którym była brama i furtka dla pieszych.
- A teraz popatrz! Nawet tramwaj tu chodzi. Pójdziemy jeszcze na Plac Saski, bo muszę koniecznie zobaczyć, jak to teraz wygląda. Bo, musisz wiedzieć, że przedtem stała na placu, rozsiadła jak ropucha, cerkiew, a właściwie sobór.
- Tatusiu! Zmęczyłam się już! Tak długo chodzimy i chodzimy. Zaczyna się już ściemniać.
- Chwileczkę! Rzucimy okiem na Grób Nieznanego Żołnierza. Tam zawsze pali się znicz i trzyma wartę żołnierz polski. A przed tą kolumnadą oskrzydlającą Grób z dwóch stron, co, a raczej kto siedzi ma koniu, córeczko?
- "Bóg mi powierzył honor Polaków", Książę Pepi.
- Tak. Bardzo dobrze. Ten sam, który jest wyryty na pucharku który stoi na moim biurku, pamiętasz?
- Tak, pamiętam. Ale tam są litery: BTD i książę ma czako z pióropuszem i piękny mundur, a tu krótką togę rzymską.
- To nie toga, to tunika. Pewnie mu zimno na tym wielkim, pustym placu. Teraz, skoro jesteś zmęczona, to prędziutko na Królewską. Tam mamy końcowy przystanek "25".
Wokół placu rozbłysły światła. Wysoko, na dachach domów, otaczających plac, palą się reklamy: Tungsram, Osram, E. Wedel, Radion sam pierze.
- Tatusiu - mówi już w tramwaju Maryla - Ty chyba bardzo kochasz Warszawę?
- Bardzo, córeczko. To wielkie i piękne miasto. Tylko robi się coraz ciaśniej. Widziałaś Nalewki, Żabią, Stare Miasto! Te dzielnice przypominają wschodnie bazary. Rozrasta się Warszawa i tam, gdzie za mojej młodości były tylko łąki, lasy, cmentarze, powstają nowe dzielnice. Warszawa - to nasza stolica i dla niej, jeśli zajdzie potrzeba, dla tej ziemi macierzystej, pamiętaj córeczko, trzeba na skinienie, przelać krew.


Ulicami Warszawy: Chmielną, Towarową, Grójecką, aż za Plac Narutowicza, przeciąga pochód. Na czele kroczy samotnie uczennica z najstarszej klasy, VIII klasy maturalnej i dźwiga wielkiego, wypchanego orła. Za nią idą inne, każda z jakąś pomocą naukową. Najmłodszym przypadły w udziale sikorki, króliki i myszki. Myszki w słojach są żywe. Inne dziewczynki niosą krzesła i wielkie rulony map ściennych.
Przy ulicy Niemcewicza Zosia Morecka pokazuje, że mieszka w jedynym tu, wielkim domu. "On jest olbrzymi ten dom - chwali się - to dom Spółdzielni Mieszkaniowej, a przed domem biegnie tor Elektrycznej Kolejki Dojazdowej". Z prawej strony ciągną się łąki, pastwiska, zarośla, a na ulicy Grójeckiej, którą teraz przechodzą, jest ciąg małych, parterowych domków, drewniaków, zapadłych w ziemię chałupek. Ulica nieskanalizowana, nie zelektryfikowana. Potem skręcają w ulicę Radomską. Tu jest jeszcze gorzej. Rynsztokiem płynie brudna woda, małe dzieci puszczają na niej łódeczki z papieru, bawią się odpadkami, które niosą rynsztoki.


Warszawa na starej pocztówce, plac Gabriela Narutowicza
z domem PKO, po lewej ulica Grójecka, po prawej Filtrowa.

Na rogu Radomskiej i Białobrzeskiej jest kres ich wędrówki. Wielki, dwuskrzydłowy gmach, wzniesiony trudem i pracą swych założycielek, to nowoczesna szkoła, o jasnych, szerokich korytarzach, dużych, jasnych klasach, wielkiej auli i sali gimnastycznej. Nie będzie już więcej lekcji gimnastyki w skarpetkach, na małym i ciasnym korytarzyku, który na Chmielnej w czasie pauz służył jako podwórko. Jest też boisko kryte darnią, a w lewym skrzydle gabinety: przyrodniczy, fizyczny, pracownia budowy szybowcowych miniaturek. Szkoła jest ostatnim budynkiem na ulicy Białobrzeskiej. Dalej leżą już tylko szczere pola.


Teraz droga do szkoły jest inna. Przede wszystkim dziewczynki chodzą już same. Na odcinku Filtrowej i Wawelskiej czeka zawsze Basia. Na rogu Filtrowej i Suchej, zaraz za domem z dużymi, kamiennymi kulami, które są powiązane ciężko zwisającymi łańcuchami żelaznymi, spotykają pana w jasnym płaszczu i ładnym, szerokim kapeluszu. Ten pan to "Znajomy-nieznajomy" numer 1. Uśmiecha się do obu dziewcząt, a im wcale nie przeszkadza, że do obu jednakowo ładnie.
Numer 2 to gruby, starszy pan. Wychodzi zawsze o tej samej godzinie z jednego z dużych domów przy ulicy Filtrowej, ogląda się za nimi i ma bardzo nieprzyjemny, śliski uśmieszek.
Numer 3 jest ważny. Jest to młody, bardzo przystojny ksiądz, rudy, i te jego złotomarchewkowe włosy kręcą się. Na przystanek tramwajowy przy ulicy Raszyńskiej odprowadza go codziennie ładna, elegancka pani. A Basia mówi, że ona wcale nie wygląda na jego siostrę. Ksiądz wskakuje do ruszającego tramwaju i z platformy patrzy długo na machającą i niknącą w dali sylwetkę.
Na Placu Narutowicza chwilę zatrzymują się przy końcowym przystanku "25" i "3" - czasami wysiadają z nich inne koleżanki, a gromadą zawsze weselej. Oglądają przy okazji duży bazar z budkami, straganami, który rozsiadł się na przeciwko wielkiego, ośmiopiętrowego Domu Akademickiego. Potem, przeskakując odkryte, niczym nie osłonięte ścieki z drewnianych domków bud ulicy Radomskiej, idą do szkoły, która się mieści już na peryferiach miasta.


Basia jest ewangeliczką. Nie jedyną zresztą, jest ich w klasie kilka. Jest więc okazja do wymiany poglądów. Postanawiają pewnego dnia zrobić rzecz straszną. Najpierw Basia odwiedza z Marylą kościół Świętego Jakuba na Placu Narutowicza, następnie Maryla wizytuje zbór ewangelicki na Lesznie - czysty, biały i nie obrazoburczy. Następnie odważają się pójść razem do cerkwi prawosławnej na Pradze, i jeszcze do synagogi. Nigdzie jednak nie znajdują odpowiedzi na nurtujące je pytanie: czy, tak jak wierzy każdy wyznawca danej religii, Bóg jest naprawdę tylko w "jego" kościele, a w innych już nie?


Przy następnej podróży do Francji Maryla czeka z niecierpliwością na Düsseldorf. Nie dlatego, że w gazetach i w radio ciągle mówi się o upiorze z Düsseldorfu, ale dlatego, że zapamiętała dobrze, z poprzednich podróży, dziwny niepokój, jaki ogarniał matkę przy zbliżaniu się do tego właśnie miasta. Maryla postanowiła w tym roku zapytać po prostu o powód. I pyta. Wyjaśnienie matki zdumiewa.
- Jak to? Przecież zawsze mówiłaś, że was było pięcioro?
- Tak. Masz rację, tak mówiłam. Ale moja matka miała sześcioro dzieci. Najstarszy syn...
- A jak się nazywał?
- Jan. Pallulon oczywiście. Wyjechał na studia do Niemiec, jak Antoś do Belgii. Tylko Antoś wrócił i był potem żołnierzem w nowoutworzonym wojsku polskim. A on, Jan, nigdy już nie wrócił. Zamieszkał na zawsze w Niemczech, zrobił się Niemcem, zmienił nazwisko i imię. W domu nie wolno było nikomu, nawet mamie, wspomnieć nawet jego imienia. Wiem tylko od Poli, że nazywa się obecnie Johan Püller i mieszka właśnie w Düsseldorfie. Ożenił się podobno i mają dwoje dzieci, dwóch synów. Też oczywiście Niemców. Oni są pewnie teraz mniej więcej w twoim wieku, może trochę starsze.


Podczas nieczęstych zresztą przyjazdów Kocia zawsze jest niemiło. Jego "czupiradło kakadu" już nie bawi Maryli. Poza tym co to za brat-nie-brat! Długo go nie ma, potem zjawia się nagle i są nieprzyjemne, ostre rozmowy za zamkniętymi drzwiami. Jest tam mowa i o Isi, o tym, że ewentualnie… i że - to już głos ojca - że "szkoda tej uroczej, zacnej dziewczyny dla takiego szaławiły".


- Na wakacje nie jedziemy nigdzie, moje panie - oświadcza ojciec.
- Bogdziu! Było przecież tyle projektów! Mieliśmy odwiedzić Janinkę w Zakopanem, zobaczyć, jak sobie tę chałupę pobudowali. Obiecałeś, że pojedziemy na Hel!
- Właśnie! - oświadcza córka - miało być morze!
- Jak tata obiecał, to będzie morze - stwierdza ojciec.
- Nic nie rozumiem. Przecież w tej chwili powiedziałeś, że nigdzie nie jedziemy! Ty coś kręcisz! Jak znowu do Zoppot, to ja z góry rezygnuję z tej balii.
- Nic nie kręcę, żono i córko! Nie pojedziemy nad morze. Popłyniemy morzem! Bałtykiem! Nie gorączkuj się, Stasieńko, tylko pocałuj mężusia, tu, o tu! - wskazuje na policzek.
Matka chce coś powiedzieć w obcym języku w materii całowania, ale jak? Francuskiego ojciec nie zna, niemieckiego Maryla liznęła na Śląsku, a do rosyjskiego przyzwyczaiła ją babcia Pallulonowa, świeć Panie nad jej duszą!
W końcu, udając obrażoną, mama łaskawie muska ojca w policzek. "Jacy oni są kochani!" - myśli po polsku Maryla.
- Ani się domyślacie, co mam w zanadrzu!
W pokoju robi się cicho. Mama przysiada na brzeżku krzesła, czego nigdy nie robi, bo można sobie zęby wybić, i wielkimi, burymi oczyma wpatruje się w ojca. Maryla zaś leży na dywanie, z podpartą na rękach brodą i słucha:
- To to wielki rejs. - tłumaczy tata - Polska zakupiła trzy statki, używane co prawda, ale jeszcze niezłe. Jeden z nich, m/s "Pułaski", jedzie teraz w swój inauguracyjny rejs do portów morza Bałtyckiego. Wyruszamy oczywiście z naszej Gdyni. Odwiedzimy Helsingfors, Stockholm i, co jeszcze? No, powiedz Stasieńko, co jeszcze można odwiedzić na Bałtyku? No? Co?

  
Ciocia Janka Wierzbicka ze swą rodziną w Zakopanem na tle willi Jaxa.
Po prawej Bogdan Dębicki stoi obok dziecka.

Mama podciąga na kolanach, ciągle rozchylający się szlafrok w niebieskie kwiatki, patrzy tymi szeroko otwartymi oczyma, a dokładnie, jednym, burym oczkiem na tatę.
- Libawa! - mówi tak cicho, że prawie jej nie słychać. A potem patrzą na siebie, jak urzeczeni, jak w kinie - długo i pięknie.
- Taki Właśnie tak! - przytomnieje pierwszy ojciec. Potem tata porywa mamę i nie bacząc na dziecko na dywanie, na ciągle rozchylający się szlafrok w niebieskie kwiatki, spod którego widać piękne, długie nogi mamy, tańczą jakiś szalony, niepowtarzalny taniec.
Z dołu Maryla przygląda się im sceptycznie. Mama urodziła się w Libawie, to wiadomo, a wogóle w szkole uczą, że teraz mówi się Lipawa. Ale żeby aż tańczyć z tego powodu?


Biały, długi, dwukominowy m/s "Pułaski" rusza w swój pierwszy rejs pod banderą polską. Prócz bandery jest jeszcze proporczyk z orłem, bowiem w tę podróż statek wiezie głowę państwa, Prezydenta Mościckiego z jego nową żoną. Jest też szef protokołu dyplomatycznego, hrabia Romer. Po to, żeby pan Prezydent zawsze wiedział co, jak i kiedy ma zrobić czy powiedzieć. I biskup Gawlina, który komżę wkłada na mundur, żeby pan Prezydent mógł wysłuchać mszy w maleńkiej, specjalnie na ten cel na statku przygotowanej kapliczce. I cały szereg ministrów, ważnych osobistości i, jak mówi tatar "Sztab ochrany".
Maryla szaleje na pokładzie, za nic sobie mając szumną asystę prezydencką, infuły, szarże, ordery, tytuły i protokoły.
Rano, w wielkiej sali jadalnej biało ubrany steward, nie wiadomo dlaczego po angielsku, pyta: "Thet, cofee or milk?" Chciałaby zamówić wszystko jednocześnie! Potem gra w tenisa na pokładzie, na korcie otoczonym ze wszystkich stron siatką. Albo kąpie się w basenie na śródokręciu.
Ojciec oprowadza ją po wielkim statku i opowiada o wszystkim. Od olbrzymiej kotwicy poczynając, a kończąc na kotłowniach. Opowiada też i objaśnia różne mądre rzeczy o naszym porcie - Gdyni, o pojemności statku, o dźwigach, których nie było wcale, a teraz jest aż pięćdziesiąt.
Wspaniałe są fiordy, głębokie i głęboko wrzynające się w skaliste wybrzeże, których woda, gdy podpływają łódkami, jest tak przejrzysta, że można swobodnie oglądać dno. W pochylonych ku sobie, ciemnych ścianach fiordu jest coś przerażającego.
Biały i czysty Sztokholm, położony na wyspach, połączonych mostami i strasznie, jak mówi tata, uczciwy. Walizkę można tu podobno zostawić na ulicy i nikt nie weźmie, bo w dawnych czasach złodziejom odrąbywano lewą rękę. A jak taki kradł dalej, to i prawą. W wiezieniu w Sztokholmie mają kłopoty, bo przez to obcinanie w średniowieczu rąk, Szwedzi tak zuczciwieli, że więzienia stoją puste, a niedawno obchodzono uroczyście stulecie wypuszczenia ostatniego więźnia. Skansen na wyspie, gdzie stare, prawdziwe łodzie wikingów, na których urządzali wyprawy na brzeg Polski. I nie tylko. Helsingfors, malowniczo usytuowany, założony przez Gustawa Wazę, port.
Wobec tych wszystkich pięknych, bogatych, kolorowych portów i miast - czymże może być Libawa? To port wojenny, handlowy i rybacki, kąpielisko, liczne zabytkowe kościoły, wyczytuje Maryla z czerwonego Bedekera . Bo, mimo, iż rodzice zawsze chętnie, długo i wyczerpująco odpowiadają na jej pytania, tym razem milczą, jak zaklęci. I krążą, jak zaczarowani, w jasnej mgle poranka, ciągle szepcząc sobie jakieś słowa zaklęcia, słowa kłucze.
Niewielki port nie przyjmuje kolosów oceanicznych. "Pułaski", mimo, że wiezie na swym pokładzie bądź, co bądź głowę zaprzyjaźnionego państwa, musi rzucić kotwicę na redzie. Jest za duży na awantport libawski. Do statku przypływają motorówki. Młoda pani prezydentowa, bo pan Prezydent ku oburzeniu całej obstawy, ożenił się w dwa miesiące po śmierci pierwszej żony i jak, mawiają złośliwi, z jedną ze swoich "dam dworu", młoda więc pani prezydentowa z gracją wysuwa się do przodu, gotowa przyjąć od delegacji, która właśnie wchodzi na pokład, naręcza róż. Matka Maryli szepcze do ojca: "Jezus Maria! To przecież pan Jagczański!" Tu nawet Maryla zamiera z wrażenia. Stary, sędziwy, z włosami białymi, jak śnieg przedstawiciel Rady Miejskiej miasta Libawy, podchodzi bez wahania do jej matki i ją obdarowuje kwiatami. Oczywiście, matka ma takt - róże znajdują się natychmiast w ramionach pani prezydentowej. Nie róże są tu jednak ważne. Ważne jest to, że po tylu, tylu latach, stary już człowiek, poznał w pani Stanisławie Dębickiej - córkę jednego z bardziej cenionych polskich obywateli Libawy.


Tym razem na ląd schodzi niewielka garstka podróżnych. Cała szumna sosjeta zostaje na "Pułaskim", żeby godnie przygotować się do wieczornej uroczystości, pan Prezydent bowiem wydaje bal. "Stroje wieczorowe, fraki, ordery" głosi eleganckie zaproszenie, które boy okrętowy roznosi po kajutach.


Brudna, oleista woda chlupoce przy kei. Dom pomiędzy magazynami a kapitanatem portu jest długi, duży i bardzo brzydki. Jak można go tak długo oglądać? To okno, czy tamto, co za różnica?
- Chodźmy dalej - prosi rodziców - pokażcie, gdzie mieszkaliście!
Półkolista polana jest poszerzona, właściwie to już nie polana, a wielki plac, parę drzewek i sporo dużych, trzypiętrowych kamienic. Wzdłuż drogi oddzielającej plażę od lasu, białe ławki.
- Jak tu pięknie, Marylciu! Kiedy blask księżyca schodzi do brzegu morza.
- Ależ mamo! Jaki księżyc? Przecież świeci słońce! Chodźcie dalej! - prosi córka.
- To było tu! - mówi ojciec, zatrzymując się koło czegoś, co mogło kiedyś być schodkami - Pamiętasz? - mówi do matki - Była zima, śnieg.
- Przecież to ty go tu znalazłeś?
- Zabrałaś? Pokaż!
- Pewnie! - matka wyciąga zza eleganckiej, angielskiej bluzki mały zegareczek w kształcie serca. Maryla zna go. Widziała wiele razy. Leży zawsze schowany w głębi dużego, zakopiańskiego pudełka, w szafie, w Warszawie. A teraz to już koniec świata! Przecież matka nie nosi żadnych ozdób, świecidełek. Nie ma nawet, na dobrą sprawę, biżuterii, nie licząc małego pierścionka z turkusem. I przecież ma na ręku swój własny zegarek. Na skórzanym pasku i w takiej samej, głębokiej oprawie!
Matka, bardzo wzruszona, zawiesza na szyi córki łańcuszek. Maryla uważnie ogląda złote serduszko. Nawet ładnie wygląda na jasnej, lnianej sukience.


Tyle rzeczy trzeba zapamiętać! Ojciec w Warszawie, przy każdej okazji, mówił "Zapamiętaj! Zapamiętaj!"
Przy pomniku Kopernika mówi, że Pałac Staszica to była kiedyś cerkiew, a Warszawiacy mówili:

Siedzi Kopernik na żelaznym słupie,
świat trzyma w ręku, a cerkiew ma w dupie.

I że dziadek był w powstaniu 1863 roku, a pradziadek Bazyli nawet w dwóch i gdzie jest pradziadek pochowany.
A tu, w Libawie znowu mówi: "Zapamiętaj… tu stał kiedyś mój dom". Więc w tych dawnych czasach, przed wojną, kiedy jej jeszcze nie było na świecie, rodzice mieszkali oddzielnie? "Jakie to dziwne - myśli - wyobrażać sobie rodziców, których się nie znało. Przecież ona ich zna "od zawsze". A teraz znowu matka powtarza: "Zapamiętaj ten mały cmentarzyk, ten grób, tuż przy murze. Tu leży twój dziadek, Hipolit".


 
Dębicka Stanisława z córką w Le Sbles d'Olone - 1933 i Maryla (z prawej) na spacerze
z przyjaciółmi - 1934 r.


Do portu wracają późnym wieczorem. Z daleka, na redzie widać rzęsiście oświetlony statek, festony kolorowych lamp i orgie strzelistych sztucznych ogni, po wystrzeleniu których zapada na chwilę zupełna ciemność i dopiero po sekundzie wyłania się jaśniejąca sylweta statku, nierealna, jakby postawiona tylko na powierzchni wody. Krążą ciemne sylwetki tańczących i niesie się po wodzie dźwięk tanecznej orkiestry.
- Taniec na wodzie. - mówi ojciec, schodząc do motorówki - Taniec nad przepaścią!


Krzyki Hitlera, o którym tata mówi: "ten malarzyna" nasilają się. Prawie z każdej stacji zagranicznej je słychać. Cała Europa je słyszy. Ale tata mówi też, że to nic nie znaczy, że nic z tego nie może wyniknąć, bo polski rząd właśnie zawarł z Niemcami pakt o nieagresji na dziesięć lat. A że jest rok 1934? Do czterdziestego czwartego mamy na pewno spokój.



Wakacje francuskie - 1933 r.

W tym roku jedzie się jeszcze raz do Francji. Lato jest bardzo gorące. Upały dochodzą do czterdziestu stopni w cieniu. Po kilku zaledwie krokach do "Celestyn" jest się mokrym od potu, a po wypiciu wstrętnie pachnącej wody jest jeszcze gorzej. Matka pije wytrwale, choć te kolejne kuracje wcale jej zdrowia nie poprawiły. Bardzo też tyje.
Tu, do Vichy przychodzą listy z Nantes. Cała ich "banda" prócz Roberta w żółtych spodenkach, którego rodzice przenieśli się do Paryża, czeka niecierpliwie na przyjazd Maryli. Alain pisze, że ma dla niej niespodziankę.
Tymczasem w pociągu, uwożącym je do Wandeii niespodziankę ma matka. Zaczyna się to przed La Rochelle. Matka z trwogą patrzy na nienaturalnie pobladłą dziewczynę. Wiadomo, że to musiało przyjść. I tak jest bardzo późno, bo Maryla ma 16 lat. Ale żeby tak gwałtownie i groźnie. Upały, nieprzespane z powodu gorąca, noce, przyśpieszyły nieuchronne. Sytuacja jest alarmująca. Matka owija córkę w swój szary płaszcz, wysiada w La Rochelle i ze stacji telefonuje do Sables d'Olonnes po karetkę i lekarza.
Na dworcu w Les Sables de d'Olonnes czekają już Tereska, Renée i Alain w "niespodziance" to jest w pierwszych w życiu długich spodniach. I z bukietem w ręku. Czekają niecierpliwie. Nie niepokoi ich fakt przyjazdu karetki i przygotowywania noszy. Pewnie ktoś zasłabł w pociągu. Takie teraz panują upały!
I dopiero kiedy na tych noszach dwóch pielęgniarzy wynosi prawie mdlejącą ich polską przyjaciółkę, wszystko staje się jasne. Francuski chłopak przyklęka na peronie, gdzie położono na chwilę nosze, kładzie na szarym płaszczu kwiaty i coś cicho szepcze.


Mijają pierwsze dziewczyńskie kłopoty, znów są długie spacery po molo. I z Renée wolno im chodzić nawet w niedzielne popołudnia na tańce. Odbywają się one na drewnianej podłodze, zainstalowanej w mizernym lasku, przy końcu Remblais. Oboje umieją tańczyć jedynie walca, ale to wystarcza. Patrzą też na innych tańczących. Jak pięknie furkoczą krótkie, czarne i plisowane spódnice młodych sablaisek. Wiatr wydyma łagodnie szerokie, bufiaste rękawy u jaskrawoczerwonych, zielonych, żółtych bluzek. Stukają o drewnianą podłogę saboty, a białe, wysokie, sztywne koronkowe przybrania głów lekko chwieją się na głowach francuskich dziewcząt. Są to przedziwne stroiki. Zbudowane z trzech oddzielnych, szczepionych ze sobą części, zwężających się ku górze, ni to piramida, ni to cukrowe przybranie tortu. Nie przychodzą tu piękne, strojne panie i panowie z białych hoteli i spod kolorowych parasoli. Tu bawi się lud Wandeii.
"Po co więc robili rewolucję?" - mruczy Maryla. Wokół drewnianego kręgu jest sporo rybaków i rybaczek. Ojcowie mają, mimo niedzieli, swoje codzienne zudwestki spłowiałe od słońca, wiatrów i słonej wody, a ich żony mają pomarszczone twarze, wyblakłe, niebieskie oczy. Czarne, do samej ziemi suknie i małe, też czarne, gładkie czepeczki, wiązane pod brodą.
Błękitny ocean dalej bije niespokojnie o brzeg, odpływa i przypływa i w ten sam sposób, szybko, za szybko odpływają wakacje, zaciera się w szarej mgle wspomnień plaża, towarzysze zabaw, pierwsze wzruszenia serca. Zostają tylko na zawsze słowa francuskiego chłopca, powiedziane wtedy, na peronie:
- Przysięgam, że będę mówił po polsku, przysięgam ci, że będę lekarzem!


W Warszawie matka oddaje się znowu pracy społecznej, zmieniają się "Helenki", nauka idzie Maryli trochę lepiej. Tata powiada, że podróże kształcą, a co zapadnie w umysł dziecka, zostaje na zawsze.
Zimą Maryla i Basia jeżdżą na łyżwach na małym placu przy rogu Topolowej i Szóstego Sierpnia. I trzeba się dobrze wyjeździć, bo to ostatni rok ślizgawkowy. Na wiosnę stanie tu pomnik Saperów. Cała dzielnica zmienia się po trochu. Naprzeciwko ich mieszkania buduje się szpital. Mury są już wysoko podciągnięte.
Czasami jest biała od śniegu Łubienica, czasami przychodzą do ojca koledzy: Ossowiecki, Strassburger, Pszenicki. Ale już nie mówią do siebie dziwnymi imionami: Panegir, Oleńka, Gruby.
Zawsze przy ich rozmowach łagodnie kłótliwych, w pełnym dymu z papierosów i cygar pokoju, jeden z nich wstaje i nie pytając o pozwolenie, gniewnie gasi radio, kiedy przez głośnik słychać histeryczne krzyki, na które tłum wiwatuje i skanduje: "Deuschland, Deuschland über alles… Fürer, Fürer!"


Alain ma chyba sporo racji, pytając prawie w każdym liście, co ona, Maryla, będzie robiła "potem", to znaczy po maturze. Ale to "potem" jest jeszcze tak bardzo daleko. Dopiero za trzy lata. Jeszcze jeden rok do wymarzonej czerwonej tarczy. A narazie, mimo wzrostu jeden metr siedemdziesiąt, ciągle kompromitująca, niebieska tarcza!
Któregoś dnia, z powodu tej tarczy jest duże zamieszanie. Matka wpada do domu wzburzona, rozgorączkowana.
- Co się stało? - pyta ojciec - Napadł cię kto?
- Gorzej! Co za wstyd! Spieszyłam się dziś na Annopol, włożyłam płaszcz, a potem nie mogłam się nadziwić, dlaczego i na ulicy i w tramwaju wszyscy na mnie patrzą. Nawet pomyślałam, że mam pewnie dziś mój "beau jour". Poprawiłam włosy i przejechałam ręką po brwiach. Poprosiłam konduktora o bilet. A ten uśmiechnął się i z głupim wyrazem twarzy pyta: "Normalny?", "Pewnie, że normalny!" - odpowiadam. A on dalej ciągnie z miną idioty: "Pani szanowna ma niebieską tarczę na ramieniu.
- Pomyliłaś płaszcze! A nie mówiłem, żebyś nie szyła jednakowych dla siebie i Maryli! No i masz, moja ty gimnazjalistko!
- Żeby chociaż czerwona! - szkoduje jeszcze matka. - Ja od rana wiedziałam, że coś mnie spotka. Czarny kot wyskoczył z piwnicy, jak schodziłam i przebiegł mi drogę.
- A naplułaś, mamusiu?
- Co? Jak? Co ty wygadujesz! - denerwuje się matka.
- Przecież jak kot przebiegnie ci drogę, ty zawsze plujesz przez lewe ramię, mamusiu. A jak myślisz, że nikt nie widzi, to plujesz trzy razy.


Cicho i spokojnie, we śnie, odchodzi pewnego dnia babcia Aleksandra.
Na jej pogrzeb przychodzi tylko kilka osób. Wśród nich Marylę interesuje szczególnie grupa, która składa się ze skautów i staruszków w granatowych mundurach.
Do zielonkawego już ze starości grobu w pierwszej alejce za kaplicą przybywa jeszcze jedna tabliczka: "Aleksandra z Kowalskich Dębicka, żyła 89 lat".
- Powiedz, tatusiu, kto to byli ci staruszkowie w jakby kolejarskich mundurach i w rogatywkach?
- To nie były kolejarskie mundury, bój się Boga, Marylciu! Takie mundury nosili powstańcy z, sześćdziesiątego trzeciego roku. To byli najmłodsi uczestnicy Postania. Widziałaś, jacy siwi? Twoja babcia nie brała udziału w powstaniu, ale jej mąż, a twój dziadek Gustaw, tak.
- Jak to najmłodsi?
- Dziecko! Przecież do tej pory mogli przeżyć tylko ci, którzy wtedy, 70 lat temu, byli bardzo młodzi. Do powstania poszedł kwiat młodzieży. Czy zauważyłaś, że wśród tej garsteczki była nawet kobieta, staruszeczka? Te prowadziły dwie skautki. To bardzo piękne. Pulsujący rytm pokoleń!
Dziewczyna nie lubi takich pompatycznych określeń. Jaki tu rytm! Rytm, to jak ulica zatętni końmi, załopocze sztandarem, zabłyśnie szablą i "rozmarynem" zaniosą się ogorzałe, młode twarze. To idzie polskie wojsko! To jest rytm!


Przy porządkowaniu mieszkania babci, na Polnej, okazuje się, że staruszka miała manię zbieractwa. Zbierała i chomikowała dosłownie wszystko.
- Jakie to swoją drogą straszne, - mówi ze smutkiem ojciec - pamiętam ją młodą, zawsze pełną niespożytych sił. Popatrz, mała paczuszka, starannie obwiązana sznurkiem, a na niej koślawy napis: "Włoski Janinki, jak miała 3 latka" a tu "Ciasto od Bogdanka" i data sprzed roku. Wszystko chowała, cokolwiek jej przynosiliśmy. I te sterty ubrań, a sama zawsze tylko w długiej, czarnej sukni. Babcia była córką powstańca z 1863 roku.
- Powtarzasz się tatusiu!
- I setki robótek szydełkowych, - ojciec nie słyszy uwagi córki - jakieś wzoreczki, laufry, koronki klockowe. Dla kogo to robiła? Po co?
- A to co, tatusiu? - Maryla wyciąga ze sterty przedmiotów małą, fioletową buteleczkę, zakończoną srebrnym zamknięciem.
- To? Podręczna spluwaczka. Robiliśmy takie w naszej hucie.
- Paskudztwo! - stwierdza surowo Maryla - Co tu tak pachnie?
- Pewnie paczula, którą wkładała w ubrania, zabezpieczając je przed molami. Mama zawsze pachniała lawendą, a teraz najpewniej pachnie tu starość. Odzież! A właśnie! - oddamy to mamie, przyda się jej na Annopol. Zabierzemy tylko dokumenty i fotografie. Zobacz, to jest moja babcia Teresa, a to mój ojciec. W szamerowanej kurtce i czapce z barankiem. Babcia ma zawieszony na szyi medalion. Czarna emalia. To pamiątka powstaniowa. Wszystkie Polki nosiły czarne ozdoby. Pierścionki z orzełkiem, szpon orła.
- Na tej fotografii dziadek Gustaw podpiera się laską. Czy miał chorą nogę?
- Nie. To pradziadek Bazyli, lekko chromał, bo był ranny w nogę w powstaniu trzydziestego pierwszego roku. Mój ojciec nosił laskę, bo były wtedy w modzie. Nosiło się laski, często zakończone gałką ze srebra lub kości słoniowej.
- A to co znowu? Zobacz, tatusiu!

- Pokaż! Co to jest? Zupełnie "ferfałdes klaczkes mit weisses kopytkes", co to może być? Tu jest data: 2 sierpnia 1880 roku i podpis: "Filozof w poduszce".
- U góry są śliczne aniołeczki na chmurce, mają skrzydełka i dzwoneczki.
- Co ty tak wszystko zdrabniasz! Jest i wierszyk nie wierszyk. Zaczyna się tak: "Jedno jest tylko w życiu szczęście - świadomość dobrze spełnionego obowiązku. Babci na imieniny. Już wiem! To pisał dziewięcioletni wówczas mój brat Zdzisław.
- Tatusiu! A co się dzieje z jego synami, a moimi kuzynami? Nigdy się nie chodzi do cioci Zosi. Dlaczego?
- Dlaczego, pytasz? A no tak się złożyło. On był endekiem, ja socjalistą. Nigdy nie mogliśmy dojść z sobą do ładu. A jego synowie? Tadzio, wiesz, napisał także wiersz, a właściwie słowa do piosenki: "Marynarz w dzień się bawi, w hamaku w nocy śpi".
- Bardzo ładnie napisał!
- Jestem innego zdania. Napisał to, kiedy był jeszcze w Państwowej Szkole Morskiej w Tczewie. A Miecio? Kończy, albo już skończył Politechnikę. Będzie inżynierem.
- Tu jeszcze jakaś kartka czy jakby list. Jak śmiesznie zaadresowana:

Niedaleko Damaszku
siedział diabeł na daszku.
W kapeluszu czerwonym
pióreczkami upstrzonym.
Czy śpi czy leży
oddać należy.

- To pismo Janinki. Ona lubiła tak adresować liściki.


- Co przywiozłaś z Krakowa, mamusiu?
- Nic specjalnego. Całe trzy dni byłam zajęta. Bardzo. Wykłady, odczyty, sympozja. Dostałam książkę Maxa Herberta, Francuza, z własnoręczną dedykacją autora. Umiałabyś przetłumaczyć tytuł? Spróbuj!
- Pewnie! "Twoje rzemiosło człowieka". Nie, nie, lepiej tak: "Twój zawód: człowiek!"
- Właśnie! Bardzo dobrze! Kongres, międzynarodowy kongres w Krakowie dotyczył właśnie moralności. Ja byłam delegatką miasta Warszawy. To wielkie wyróżnienie i zaszczyt.
- Mamo, ty byłaś na Kongresie, a ja bym chciała do Spały, na jubileuszowy zlot harcerski. Ja muszę! Pozwolisz?
- Ty i harcerstwo! Co to znowu nowego! Przecież należysz do PWK. Przysposobienie wojskowe kobiet to chyba ciekawsze od skautów?


Zbiórka Przysposobienia Wojskowego Kobiet - 1935 rok.
Maryla Dębicka stoi z tyłu, tuż przy choince,
uśmiechnięta, z dziwną, zębatą nieco grzywką.
Powyżej, po lewej stronie Maryli, z warkoczami -
Wanda Piłsudska.

- No tak, może, ale Basia jest harcerką i ja muszę ją tam odwiedzić. Obiecałam! Poza tym to takie strasznie ciekawe! Namioty, prawdziwe kuchnie. One same będą gotowały, wiesz? Nawet będzie tam młodsza siostra Basi, Zosia, bo ona jest już w "przedpolu". I ich brat, Edzio. I oni śpiewają takie śliczne piosenki. Najładniejsza, to ta o krzyżu! Mamo! Posłuchaj:

"... by zdobyć szczyt ideałów,
świetlany, Harcerski Krzyż".

- Wyobrażam sobie to gotowanie! Potrują się, jak nic.
- A wcale że nie! My w PWK mamy tylko zbiórki, ćwiczenia z musztry. I będą, ale to dopiero będą gry terenowe. A Basia przez te biwaki i inne cuda, umie już całkiem nieźle gotować.
- Jaka gra terenowa? - niechętnie pyta matka.
- Nic nadzwyczajnego. Mamy zbiórkę na skwerze, na środku Placu Zbawiciela. Trzeba się tak przebrać, żeby przejść na skwer nierozpoznane.
- A kto będzie "wrogiem"? Kto was będzie rozpoznawał?
- Starsza o rok klasa z pensji Emilii Plater.
- No wiesz! I nic nie mówisz?
- Właśnie mówię! Tylko ty nie uważasz!
- Przecież to właśnie ta twoja, dawna klasa!
- Oczywiście! Nie pomyślałam! Ale czy to nie wszystko jedno. Miała być klasa od Królowej Jadwigi, ale w ostatniej chwili zmienili na Platerówkę.


Na dwóch rogach ulicy Marszałkowskiej, przy placu Zbawiciela stoją, na przeciw siebie dwie instruktorki z dwu różnych szkół, w jednakowych zielonkawych bluzach i granatowych spódnicach. Będą oceniać wyniki. One dwie tylko są w mundurach PWK. Na ramieniu mają narzucone płaszcze, bo dzień jest mroźny.
Chwila napięcia. Ostry gwizdek. Początek gry. Na ulicę wchodzi, niezdarnie klucząc, wieśniaczka. Ma duży, ciężki kosz, z którego co chwila wysadza głowę kogut. Ona upycha go z powrotem. Chusta ześlizguje się jej z ramion. Stawia więc ostrożnie kosz na środku jezdni i ociera kraciastą chustką spocone czoło. Potem dźwiga swój ciężar dalej, aż do skwerku. Przeszła! To Handka Maringe.
Ruch tu duży, śmigają auta, przejeżdżają wozy. "Platerówny", ukryte w tłumie, obserwują pilnie. Te dwie wysokie panie, w ciemnych, długich futrach, w pantofelkach mimo mrozu, woalki na małych toczkach, to nie mogą być "Posseltówny". A jednak! Przeszły już trzy! Chłopiec z teczką pod pachą i uczesany a'la Smosarska w filmie "Czy Lucyna to dziewczyna?" nie może być... Chwila nieuwagi i... Ależ tak, może! I ta przechodzi.
- Przepraszam, przepraszam! - woła do gromadzących się i coraz jawniej zdenerwowanych "Platerówien" kobieta, przepychając się z dziecięcym wózkiem. Poprawia co chwila to kołderkę, to patrzy z troską w głąb wózka, otulając szczelniej niemowlę. Ku zaskoczeniu wszystkich, i przechodniów, i inwigilujących "wrogów", i szoferów aut, kobieta szybko przetacza wózek na skwer. Nie! To niepodobna! W wózku, nad którym pochylają się wszystkie "przeszłe", opatulona szczelnie, leży celuloidowa lalka, a troskliwą mamą jest Halinka Całkiewicz.
Na skwerku są już prawie wszystkie, cała drużyna. Brak tylko Zosi Glińskiej. Wyznaczony czas szybko się zbliża. Jeszcze tylko parę minut do zakończenia gry. "Platerówny", zupełnie już jawnie otaczają skwer, na który jeszcze przez te parę minut nie mają wstępu. Teraz już nikt nie przejdzie! Są czujne!
Pod cukiernię na rogu Marszałkowskiej podjeżdża nieduża firmowa ciężarówka. Z tyłu wysiada dziewczyna, ubrana mimo mrozu, tylko w długi biały fartuch i białą chusteczkę na głowie. Wybiera z samochodu blachę z ciastkami, zanosi ją do cukierni, przybiega po drugą. Nikt nie zwraca na nią uwagi. Przy trzeciej blasze dziewczyna skręca na skwer. Teraz są już wszystkie! Cała drużyna. I wygrały!
Po zakończeniu gry jest zbiórka obu drużyn na dziedzińcu szkoły przy ulicy Piusa XI.
Maryla bardzo chciałaby powiedzieć eleganckiej pani w długim, ciemnym futrze, prawie takim samym, jak jej przebranie, że tu właśnie, parę lat temu… Rezygnuje jednak. Same właściwie dobrze nie wie dlaczego. Może dlatego, że tylko "prawdziwej" przyjaciółce, takiej jak Basia, można wszystko powiedzieć, nawet jeśli samej dobrze się tego nie rozumie.


W maju 1935 roku klasa Maryli musi być obowiązkowo na pogrzebie. To wcale nie jest przyjemne. Żałobny kondukt, z trumną na lawecie, okryta flagą państwową, przeciąga ulicami Warszawy. Jednostajnie, głucho biją werble.
A potem Kraków, bo nawet nie można zachorować "na niby". Matka i ojciec mają w tym względzie "zasady". Nie chodzi im o to, kogo chowają, chodzi o subordynację. Kazali, trzeba jechać.
A w Krakowie nie opuszcza Maryli uczucie wstydu. Tak, właśnie wstydu. I nie dlatego, że maszerują, a raczej wloką się ulicami Krakowa aż na Wawel i że ludzie na nie patrzą. Ale ten tak wyczuwalny nastrój tłumu! Słychać jakieś okrzyki, tu i ówdzie nagły ruch w tłumie, kogoś zatrzymują policjanci i dziwni cywile. W całym tym widowiskowym pogrzebie jest coś niesłychanie żenującego. Zbyt jaskrawy przejaw uczuć patriotycznych, nie podzielanych przez tłum. To się czuje i widzi.
Żeby być zupełnie sprawiedliwą wobec samej siebie, Maryla zastanawia się, dlaczego w klasie wszystkie cieszą się i szaleją, na przykład z wiadomości, że balon z kapitanem Burzyńskim zwyciężył w zawodach Gordon-Benetta? Czy to jest też przejaw patriotyzmu?



Maryla przed maturą, 1935 rok.

Zachowane pokwitowania za komorne.

- Nie mogłeś zrobić inaczej, Bogdziu! Nie turbuj się!
- Mogłem! I to jest najgorsze! Mogłem nie jechać sam na granicę, mogłem kazać od razu wypuścić i ją i jej awionetkę. Ale nie! Nie miałem sumienia, choć to była żona ministra.
- Ależ ja ciebie doskonale rozumiem! Jeszcze raz ci mówię, że zrobiłeś słusznie i jestem przekonana, że nic ci nie grozi. Zresztą wykonałeś rozkaz puszczenia jej!
- Niczego się nie boję! Byłem w swoim prawie. Nie wolno bezkarnie wywozić sztab złota z Polski, nawet, a właściwie, zwłaszcza pani ministrowej.
Konsekwencje jednak są. Za rok ojciec powinien przejść w stan spoczynku, czyli na emeryturę. I na ten rok zostaje bardzo grzecznie, oczywiście, przeniesiony na niższe stanowisko, do Dyrekcji Ceł we Lwowie. Jako pretekst służy fakt, że ta Dyrekcja jest bardzo zaniedbana i trzeba ją "uzdrowić", jak kiedyś mysłowicką. Mieszkanie na ulicy Topolowej, w domu skarbowców należy opuścić w terminie trzech miesięcy.


Jak cieszyć się z wymarzonej, nareszcie uzyskanej czerwonej tarczy, gdy w dodatku całą sprawę "sztab złota" matka odchorowuje. Stan jej jest tak poważny, że leczący ją w szpitalu Ujazdowskim lekarz wojskowy, płk. Pawłowski, decyduje, iż będzie operowana.
I jak zorganizować teraz życie? Ojciec będzie we Lwowie, one zostaną tu, w Warszawie, bo na dwa lata przed maturą nie warto zmieniać szkoły. Matka po wyjściu ze szpitala i po operacji czuje się nieźle. Jest tylko bardzo drażliwa, dziwnie nieufna w stosunku do córki. W każdym, zbliżającym się do Maryli chłopcu, widzi niebezpieczeństwo. A o jakim zagrożeniu może tu być mowa? Chłopcy, to przeważnie bracia koleżanek. Mają po piętnaście, szesnaście lat. Nie toleruje się tych "sztyfcików", głupich, pryszczatych i zawsze w za krótkich rękawach. A inni, starsi, studenci, gdzie ich szukać? Na żadne zabawy, potańcówki nie chodzi się. "Nie ten czas!" - mówi matka - Teraz jest czas nauki, kształcenia się. Ale nigdy nie wyjaśnia, kiedy mianowicie będzie ten właściwy "czas". Nie lubi, nie umie mówić o "takich" sprawach.
Ciężki jest los podlotka. Nie wolno: spotykać się z chłopcami, nosić jedwabnych pończoch, wychodzić z domu nie opowiedziawszy się, gdzie, do kogo i na jak długo. Nie wolno używać pudru, chodzić do kina na ciekawsze filmy, tylko na dozwolone, na przykład z Shirley Temple albo Dodkiem. Nie wolno być po godzinie dziesiątej poza domem, nie wolno, nawet z rodzicami, chodzić do teatru, a jeśli, to tylko do "Ateneum" na Ludnej, na "Zemstę" lub na "Śluby panieńskie"! Cóż zatem wolno? Szkoła, szkoła, szkoła, obowiązek uczenia się, spacery z rodzicami, pogaduszki z przyjaciółką "od serca".




Klasa maturalna - 1937 rok.
1. Wanda Stankowska; 2. Jadwiga (Dzidzia) Veithtówna (później Rutkowska);
3. Wanda Borecka; 4. Maria (Murka) Tołwińska; 5. Hanka Kupczykówna;
6. Irka Przystalska; 7. Alina Małkowska; 8. Zosia Tomaszewska;
9. Maryla Dębicka; 10. Teresa Lewandowska; 11. Irena Madejówna;
12. Basia Gettel (później Sowa); 13. Ala Kozikowska; 14. Alicja Iwańska;
15. Halina Całkiewiczówna; 16. Henia Zdanowska; 17. Hanka Michalska;
18. Hela Topolnicka; 19. Zosia Wilczakówna; 20. Hanka Rudowska;
21. Ewa Twardo; 22. Wanda Piłsudska; 23. Hanka Maringe; 24. Ela Sołtycka;
25. Zosia Glińska; 26. Alina Baczyńska; 27. Basia Świętochowska;
28. Cesia Lenarczykówna; 29. Wanda Baczyńska.
Ojciec przyjeżdża co jakiś czas do Warszawy i wtedy oboje rodzice szukają w pośpiechu nowego mieszkania. Najlepiej niewielkie, dwupokojowe mieszkanko w jakiejś cichej dzielnicy. Pani Wanda Chojnacka radzi inaczej. Żeby właśnie odwrotnie, koniecznie wynająć duże, wielopokojowe. Komorne są teraz bardzo wysokie, ale pokoje można odnająć, można też prowadzić obiady, mieć stołowników. W razie czego, jest zapewniony dochód.
Znajdują wreszcie takie mieszkanie "w razie czego". Jego sześć pokoi doskonale się do tego nadaje.
Trzeba więc opuścić mieszkanie przy ulicy Topolowej. Szkoda! Człowiek przyzwyczaja się do miejsc. A teraz tyle ciekawych rzeczy tu się zaczyna dziać. Naprzeciwko domu dawno już wykończono wielki, piękny kompleks szpitalny. Lotnisko przeniesiono gdzieś na Okęcie, gdzie jest dzielnica biedadomków. I ulica Topolowa już tak nazywać się nie będzie. Przez dawne lotnisko, aż do ulicy Włodarzewskiej, będzie biegła szeroka, piękna arteria. Będzie się nazywała Aleja Niepodległości.
"Skrócone" siłą faktu umeblowanie z ulicy Topolowej ginie teraz w wielkich, ciemnych, landarowatych pokojach mieszkania numer 8 przy ulicy Wilczej 23.Trzeba też zapłacić wysokie odstępne i kupić meble do przyszłych, sublokatorskich pokoi. Następna operacja matki, "prywatna", a nie na Kasę Chorych, pochłania niewielkie zasoby pieniężne. Tym razem pobyt matki w szpitalu przedłuża się, przeciąga aż za wakacje. Nie ma więc wakacji. Są tylko wizyty u mamy i niemożność spełnienia jej, coraz dziwaczniejszych próśb, jej nieuzasadnionych pretensji, żalów. Chorobliwa zazdrość o ojca i rozmowy z chirurgiem w czasie których pada słowo "rak", "z morfiną jeszcze poczekamy".
A Alain pyta z Francji, co po maturze! Bo on jest już na pierwszym roku medycyny, w Paryżu. Jakie to wszystko dalekie, nierealne, dziecinne!

Przychodzi wreszcie ten ważny, tak oczekiwany dzień. Po raz ostatni w mundurkach, po raz ostatni w ławkach, po raz ostatni razem. Za chwilę otworzą się drzwi, wejdzie maleńka panna Jadwiga Posseltówna, zaklaszcze w dłonie i powie: "Panienki! - tu głos jej się załamie - Proszę ustawić się w pary, zejść do auli! Goście już czekają. Otrzymacie świadectwa dojrzałość".
Goście są znamienici. Jest prezydent Mościcki, oficjalny opiekun córek Piłsudskiego, jest ich matka i prezydent miasta Warszawy, Stefan Starzyński. Za prezydentem stoi, w pelerynie i czapką z pysznym, orlim piórem, płk. Warta. Dalej tłumy zaproszonych gości i rodziców. Na samym końcu, pod filarami, jej ojciec. Sam, bo matka nadal w szpitalu.
A z przodu, przy stole, założonym książkami i nagrodami, stoi cała klasa maturalna. Zielony sztandar ze srebrnym napisem: "Pod nowe życie kładźmy zrąb" przechodzi od pocztu sztandarowego klasy VIII do pocztu klasy VII.
I jak to jest, że po tak oczekiwanej, szczęśliwej chwili, po sakramentalnych słowach: "Komisja Egzaminacyjna uznała, że..." nic się nie dzieje.
Widocznie szczęście to dążenie, a nie osiągnięcie.


Na pierwszy w życiu, prywatny, pomaturalny "balik" przyjeżdża, zwolniona na trzy dni, matka. Znajduje siły, żeby dopilnować wszystkiego, przygotować "baIowo" mieszkanie i uszyć samej z różowego jedwabiku pierwszą w życiu długą, suknię balową, taką, jaką miała Jeanette Macdonald w ostatnim filmie, z burzą falbanek na dole i u góry, przy prawie nagich ramionach. I czarną, aksamitną kokardą w talii. Jak dobrze, że była uszyta z lichego materiału! Przez tę jedną szaloną noc pomaturalną podarła się na strzępy.
"Panowie" też byli wspaniali. W granatowych ubraniach, pod krawatami, bez tarcz, odświętni i ceremonialni. Bardzo rozbrykany był tylko młody Starssburger, Kazik. Raził natomiast wśród nich swą powagą Kazik Dłużewski, elegancki, trochę nonszalancki, trochę zblazowany, o cudownie szarych, słodkich oczach. No, ale to był student ostatniego roku WSH. Był jeszcze inżynier, "prawie" inżynier, bo bez dyplomu, korepetytor Maryli z matematyki, Jurek Piągłowski, przezwany "Lopciem". To ostatnia flama Maryli. Ale on stanowczo zapowiedział, że nie może zacząć się w niej kochać przed maturą. Więc teraz? Ojciec bardzo przychylnie patrzy na młodego człowieka. Co prawda pan Antoni Hubert, wielki przyjaciel ojca "trzeszczy", że Jurek pochodzi z zabitej wioszczyny, ale ojca to nie odstrasza. On wie swoje.
- To i co? - woła do słuchawki! Zdolny jest, skoro ukończył sam, o własnych siłach, Politechnikę. A taka ładna byłaby z nich para. Że co? Że "wyszła Hożą i Piękną, a wróciła Wspólną i Niecałą?" Bzdury, Antosiu! Bzdury!
Maryla bardzo nie lubi takich rozmów. Ona pewnie nigdy nie wyjdzie za mąż, nie będzie miała dzieci. W ogóle nie lubi małych dzieci. A zresztą Jurek, po uzyskaniu dyplomu, wyjeżdża na swą pierwszą posadę do nowowybudowanej fabryki w Starachowicach, więc co tu snuć projekty!


Niedługo po maturze, pod koniec czerwca, zaskakuje wiadomość, że koleżanka, Hania Całkiewiczówna, wyszła za mąż. Nie sam fakt małżeństwa koleżanki ze szkolnej ławy, jest zaskakujący. Dziwi i niepokoi, że to co jest daleko, o czym się nigdy nie myśli, odsuwając na potem, na "za parę lat", może się zdarzyć teraz, zaraz, po maturze. Mąż, może dzieci gdy, zaledwie przed paroma tygodniami zdjęły mundurki i tarcze! Więc to jest "dojrzałość"? To przejście z jednej, szkolnej niewoli w drugą?

 

 
Już po maturze, w Łazienkach - 1937 rok.


Idą małą gromadką do Hali. Są ciekawe, jak też u niej wygląda, u tej młodej meżateczki? Mały, bardzo czysty pokoik na Saskiej Kępie. Stół, dwa krzesła, szafa. Kwiaty w oknie, ładne, białe, tiulowe firanki. Za kretonową zasłoną Hala z dumą demonstruje kucheneczkę. Tak. To wszystko jest do przyjęcia. Tylko wszystkie dziewczęta, jakby się zmówiły, omijają wzrokiem starannie zasłane, pojedyncze łóżko. To nawet jest bardziej żenujące, niż zmieniona lekko przyszłym macierzyństwem sylwetka koleżanki i kołyska w kącie przygotowana. No tak. Są małżeństwem! Oczywiście! Ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć!



Na Wilczej, po powrocie matki do szpitala "urzęduje", już na emeryturze, ojciec i nowa "Helenka". Ta jest inna niż poprzednie. Nazywa się pięknie, bo Maria Jabłonowska i pochodzi z Sochaczewa. Ma biedną, ospowatą twarz i jest postrachem wszystkich gości. Nikogo nie wpuszcza, nie obejrzawszy uprzednio dokładnie przez łańcuch. Dom prowadzi, trzeba to przyznać, doskonale. Zastępuje Maryli matkę, której nie zna, bo "nastała", kiedy "pani" była już w szpitalu. Dba o sublokatorów i gotuje obiady dla stołowników. l zżyma się okropnie, że musi gotować w każdą środę dodatkowo po piętnaście obiadów dla biedoty, która przychodzi w każdą środę schodami kuchennymi. Jak dawniej na Topolowej, cisi, wystraszeni i głodni zajadają na schodach.
"Helenka" zżyma się, ale gotuje, bo tak zarządziła "pani" ze szpitala, "pani", której nie zna.
"Helenka to kochany, dobry, swój człowiek. Nie lubi tylko bardzo gdy, dawno wprowadzonym w domu zwyczajem, każe się jej siadać razem do stołu. Z wolna przyzwyczaja się jednak, bo ojciec jest nieugięty. To ona namawia Marylę na kursy kroju, bo to może się kiedyś w życiu jeszcze przydać. Są więc kursy kroju i szycia u pani Wąsowicz na ulicy Zgoda. I zaraz jest uszyta własnoręcznie "międzynarodowa" sukienka. Materiał z "Polskiego Lnu", fason a'la pani Simpson, z baskinką - wykończona starą, czarną, brukselską koronką, znalezioną w przepastnych szafach w korytarzu. To "Helenka" sugeruje, żeby może pisanie na maszynie - jest więc i kurs maszynopisania dla niezaawansowanych, w Alejach Jerozolimskich, blisko rogu Marszałkowskiej.


 
Bogdan Dębicki, już na emeryturze
i na ślizgawce w Warszawie. 1936 rok.

Na jesieni ważna decyzja: Uniwersytet i filologia francuska czy może co innego? Przyjaciel ojca, pan Antoni, ten, który o "Helence" mówi: "harpagon", doradza stanowczo ogrodownictwo, na przykład SGGW. Bo ziemiańscy synowie tam studiują. Matka ze szpitala doradza jednak filologię, a ojciec nic nie doradzi. "Niech decyduje sama - mówi - jest dorosła!"
Maryla, ku zaskoczeniu wszystkich doradców, wybiera Szkołę Główną Handlową.


Sublokatorzy płacą mniej, niż się przypuszczało. I z obiadów rezygnują, bo im się to nie opłaca. Przeciągający się pobyt matki w szpitalu, następna, trzecia już operacja, morfina kupowana prywatnie, wszystko to kosztuje.
Po ciekawych wykładach z francuskiego u profesora Koźmińskiego, nudnych z prawa u profesora Jarry i zupełnie niezrozumiałych z ekonomii politycznej u docenta Wakara, popołudniami Maryla jeździ na korepetycje. Chce, samodzielnie, uzbierać trochę pieniędzy na to wszystko, co tak bardzo lubią dziewczęta. A teraz są właśnie modne duże, jasne kapelusze, z pękami kwiatów albo małe toczki z woalkami, które "wabią" przyczepionymi doń drobnymi, czarnymi punktami. Z dalekiego Koła pędzi na Filtrową, a z tej na Saską Kępę. Dobrze jeszcze, jeśli uczennice są zdolne, jak na przykład Jeanette Hozer. Najczęściej jednak rekrutują się z "dwójkowych" i dostają się pod opieką Maryli na cztery, trzy miesiące przed końcem roku szkolnego.
Na jednej z takich lekcji dzwoni telefon.
- To do pani, panno Marylo! Proszę tylko nie rozmawiać długo, bo ja czekam na ważny telefon od krawcowej. - przestrzega matka uczennicy,
Zanim podejmie słuchawkę, Maria już wie! To umiera jej matka.


Po raz ostatni idą z ojcem długą, szeroką aleją szpitala Ujazdowskiego. Piąty, czy szósty pawilon po lewej stronie. To tam. Jakaż matka jest mała, nagle chuda i zupełnie siwa. Choroba dokonała straszliwego spustoszenia. Jeszcze wczoraj rozmawiała z nią:
- Pilnuj - mówiła - ojca. On nie pokaże po sobie, ale …i zawsze, córeczko, pozostań wierna sobie.
A potem powiedziała cicho, że wie, że zmieniła się bardzo ostatnio, że była niesprawiedliwa, oschła. I jeszcze, że tak bardzo chciała wychować córkę na człowieka. Maryla zmieniła wtedy szybko temat rozmowy, zaczęła o Wilczej, o studiach.
Na cmentarzu Powązkowskim, daleko, w nowej jego części, koło dużego, różowego grobowca rodziny Mikke, spoczęła na zawsze jej matka, Stanisława z Pallulonów Dębicka. Pierwsza w tym nowym, krytym granitową płytą grobowcu. To ona, Maryla, była niesprawiedliwa, oschła. Za mało troszczyła się o matkę, nie rozumiała paroksyzmów buli, starannie ukrywanych. Buntowała się przeciwko rygorystycznym wymogom matki, nie lubiła jej prac społecznych i z całym okrucieństwem młodości, powiedziała jej, kiedy matka chciała ją niezręcznie pogładzić po głowie: "Za późno, mamo!" I co z tego, że właściwie to nie powiedziała tego głośno, tylko pomyślała! To wychodzi na to samo.
Tu, na cmentarzu, spostrzega prócz rodziny, znajomych, tłum obcych ludzi. Kim są ci wszyscy dla których pewnie bilet na tramwaj na Powązki był dużym wydatkiem. Dlaczego płaczą, dlaczego podchodzą do niej i mówią, że miała wspaniałą matkę, że to był nadzwyczajnej dobroci człowiek. Nie wypowiadają tego słowami kondolencyjnymi, tylko zwyczajnymi, prostymi, i o tyle więcej wstrząsającymi. Biedni, prości ludzie z pałatek Annopola, którym, chora już, pamiętała żeby nieść pomoc. "To była dobra, rzetelna kobieta, ta panina matka" - mówią - "człowieka wyrozumiała i pomagała i radę znalazła. Nie tak, jak inne, co to autami przyjadą, grosz rzucą, na człowieka jak na zwierzę w zoologu popatrzą, pokiwają głowami i odjadą. A ta nie! A dać też umiała, jak nikt, że i wstyd nie było przyjmować!"
Więc jak to jest? Żyje się z człowiekiem przez tyle lat, na dobrą sprawę przez całe życie i czerpie się z niego wszystkie soki żywotne. A nie zna się go zupełnie! I co leży u podłoża tego nieznania? Egoizm! Tylko brać, a nic w zamian. "Trzeba - myśli Maryla poprawiając i ładząc stosy kwiatów na grobie matki - przemyśleć i rozejrzeć się w sobie. Tylko że to jest trudne, tak mało się wie o sobie samej i o życiu, które dopiero za progiem".


Przed salą egzaminacyjną tłok. Powtarzają, przepytują się, nerwowi, rozgorączkowani, jakby można było w tej ostatniej chwili jeszcze coś wtłoczyć do głów. Każdy wychodzący jest natychmiast oblegany, chociaż wiadomo, że profesor dwa razy tego samego pytania nie zada. Józio Lipkowski, w zamian za pomoc we francuskim, wkłada jej do głowy krzywe podaży i popytu. Andrzej Straszewski obgryza paznokcie, chociaż zawsze wszystko świetnie zdaje. Ma zawsze zaliczone na czas, albo i przed czasem, na "giełdach". Zdzisio Makowiecki i Narbutt udają spokój i nonszalancko rozmawiają o pierwszej rakiecie białego sportu, Jadzi Jędrzejewskiej, która właśnie została wicemistrzynią Wimbledonu.
Nagle ktoś gwiżdże, koledzy zbiegają na dół. W dużym hallu WSH tłum studentów zamyka się nad kilkoma postaciami, słychać krzyki, czyjś lament. Migają korporanckie czapki, ktoś kogoś w tym tłumie bije laską, ktoś inny krzyczy: "Panowie, tak nie można!" - Co to było?
- Ach nic! - ktoś odpowiada - biliśmy tylko Żydów!
- Żydów? - dziwi się Maryla. Dla niej Żyd, to Nalewki, to na Koszykach dostojny, pejsaty Moszko nad swoją beczką ulików.
- Koleżanka nie wie, że tu na uczelni są studenci i studentki Żydzi? Gudłaje! To z nimi właśnie robi się porządek. Żydzi to zakała naszego społeczeństwa, wrzód na ciele narodu.
Po wykładach idą całą paczką za SGGW, gdzie zaczynają się łąki, pola, ogrody i ogródki działkowe. Można tu odpocząć. Polem Mokotowskim i Alejami Niepodległości, bo lotniska tu już dawno nie ma, przejść można aż do dawnej Topolowej.



Maryla Dębicka już na Uniwersytecie
Warszawskim, 1938 rok.

Pan Józio Lipkowski ma szare, piękne oczy. I mały, śliczny wąsik. I cudownie całuje. Odprowadza ją zawsze po południu na wszystkie korepetycje, czeka cierpliwie na ławce, albo w bramie, podkuwając tymczasem jakiś przedmiot. Z ostatniej korepetycji na Saskiej Kępie wracają wolniutko, już nie spiesząc się. Przed nimi wisi nad czarną wodą srebrny sznur lamp mostu. Czasami chodzą oboje do kina, najlepiej do "Rialto" na Jasnej. Po wyjściu z seansu nie umieliby powiedzieć o czym był film. Salka w "Rialto' jest maleńka, a w ostatnim rzędzie można całować się bezkarnie. A pan Józio umie to robić. Oj, umie!
Późnym wieczorem przychodzą na Wilczą pozostali z "paczki". Razem uczą się, razem słuchają płyt: "Cicho grajcie mi znów" albo "Mów mi o miłości, Mari" lub jeszcze "Na pierwszy znak".
Dużo dyskutują, rozdzielają włos na czworo, ustalają podstawowe pojęcia etyczne, decydują, co dobre, a co złe, rozmawiają o miłości, przyjaźni, prostytucji. Rozprawiają o dramatach Ibsena i książkach Rabindranatha Tagore. Nie poruszają tylko nigdy sprawy bicia Żydów. Nie zastanawia też ich, dlaczego dla jednych czterysta złotych rocznie wpisowego, to nieduży wydatek, a dla innych prawie astralna kwota.
Maryla należy do tych, za których płaci ojciec. Ma też duże, ładne mieszkanie. Ale to nic nie znaczy. Maryla nie jest "panną posażną".
Matka przed śmiercią prosiła, żeby nie chować jej w ziemi. Ojciec nie oglądał się na koszta, które były bardzo wysokie i wystawił matce pokaźny granitowy grobowiec. Koledzy ojca złożyli się, a resztę ojciec pożyczył z Naczelnej Organizacji Techników i teraz te długi spłaca sumiennie. Dlatego należało w domu pomóc. Stąd korepetycje, długie ślęczenie nad tępymi często głowami.
Trzeba ten poważny dług spłacić jak najszybciej. Termin ostatniej raty wypada na pierwszego września 1939 roku. To już niedługo.


Mimo, że czas żałoby dawno minął, Maryla nosi ciągle tę samą, czarną sukienkę. I kiedy może nareszcie pójść na swój pierwszy bal, okazuje się, że nie ma co włożyć. A koleżanki szykują się od dawna na tę imprezę. Bal bowiem odbędzie się w Resursie Kupieckiej na Krakowskim Przedmieściu.


- Tatusiu! Kochany! Czy ja mogę?
- Możesz, możesz. Tylko nie rób koło mnie tłoku. Ale co czy możesz?
- W szafie w korytarzu jest zwój ślicznego materiału, ni to markizeta, ni to tiul. Czy ja mogę?
- Ależ tek, dziecko! Co prawda, mateczka przeznaczyła to coś kiedyś na firanki. A na co ci to?
- Tatusiu! - ja z tego zrobię wspaniałą toaletę balową. Zobaczysz!
Odsuwa z biurka ojca wiecznie czytany na przemian z "Trylogią", "Sejm Czteroletni" Kalinki i już rysuje.
- Tu jest spódnica, tatusiu, widzisz? Ty nie patrzysz!
- Patrzę, patrzę, tylko zaraz będzie "Rigoletto", będzie śpiewał Kiepura.
- Długa, oczywiście do ziemi, a u góry tylko dwa cienkie ramiączka!
- Jak to? - niepokoi się ojciec - Przecież ten materiał jest zupełnie przezroczysty?
- Nic nie szkodzi. Zrobi się spód ze srebrnej lamy, widziałam bardzo tanią na Złotej, a na ramiączka naszyję dżety. W szafie u góry są w pudełku świecidełka imitujące brylanciki.
- Przynieś drabinę, przy okazji zrobimy trochę porządku.
Na ziemi gromadzi się sterta różnych rzeczy. Wśród nich długa, czerwona poduszka.
- Co to, tatusiu?
- To jest becik. Twój becik. Tu pierze, a tu włosie. To był bardzo nowoczesny becik.
- Ale po co to trzymać! Wyrzucić i koniec.
- Przyda ci się kiedyś.
- Mnie? Ależ tatusiu, ja nie mam zamiaru wychodzić za mąż.
- Czekaj, tu, w tym długim pudle muszą być chyba rękawiczki. Zobacz, czy ci się przydadzą. To rękawiczki mateczki. Raz jeden miała je na sobie. Łap!
- Wspaniałe! Teraz są takie właśnie modne.
Zafascynowana, podniecona uchodzi z łupem do swego pokoju. W korytarzu, na podłodze wśród sterty ubrań, starych płaszczy, szalików, rozbitych okularów, albumu z fotografiami i całej masy rzeczy, które mogą się jeszcze przydać, został ojciec. Długo siedzi na ziemi i ogląda małe, zardzewiałe pudełko blaszane, z którego dawno ulotnił się zapach tytoniu, a został tylko, mocno wyblakły wizerunek brodatego marynarza palącego fajkę, i za nim morze, i mały, biały stateczek.

Bal udaje się wspaniale. Pan Józio ma czarny, trochę za duży na niego garnitur i białe rękawiczki. Tańczy tylko z nią. I tylko z nią zasiada przy małym stole, w bufecie. I tylko na nią patrzy. "I zawsze będzie błękitne niebo..." zawodzi najmodniejsze tango, choć palą się rzęsiście żyrandole. Powrót taksówką nad ranem, musiał kosztować pana Józia majątek, bo na Wilczą z Resursy jechali przez Żoliborz, Koło i Wilanów.


Ani ojciec ani "Helenka" nie lubią pana Józefa. A pan Antoni Hubert szepcze ojcu przy herbacie, że ten nowy absztyfikant Maryli jest niepewny, bidny jak mysz kościelna, że poluje pewnie na posag. I że on, pan Antoni, dokładnie to spenetrował.
To wszystko jest wstrętne.
A posagu rzeczywiście nie ma. Ale Maryla ma przecież, jak zawsze mówi tata, dwie zdrowe ręce i głowę na karku.
Sytuacja sama się wyjaśnia, a właściwie zaciemnia. Jedna sprzeczka zakochanych, druga, potem czekanie na telefon, który nie dzwoni. Na wykładach sztywny ukłon z daleka. Zostaje wspomnienie pierwszego, a ojciec zapewnia gorąco, że na pewno nie ostatniego balu i niepotrzebna już para białych rękawiczek, długich, sięgających za łokieć.
Decyzja zmiany uczelni jest tym bardziej uzasadniona, że Maryla obcina się trzykrotnie na ekonomii politycznej. Zatem z jesienią jednak filologia francuska, a potem, za rok, dwa, może Sorbona. A tam na trzecim roku studiuje Alain. Maria ma przecież czas, bardzo dużo czasu. Jest rok 1938, a ona ma dopiero dwadzieścia jeden lat.


Do wykładów na Uniwerku, prócz pięknej białej czapki, dochodzą jeszcze: obowiązkowy Instytut Francuski i Włoski. Jak dodać do tego kursy kroju, pisania na maszynie, korepetycje, to gdzie tu jeszcze miejsce na "złamane w serce"? Procent chłopców na WSH był jak 40 do 1, na Uniwerku jest odwrotnie i każde spodnie są tu na wagę złota. Możnaby co prawda zakochać się w profesorze Fabre z Instytutu Francuskiego, ale on już dokonał wyboru i ma swoją "przyszłą". Profesor Alfredo Alessio, "boski", ognisty Włoch też jest "zajęty", bo zadurzony w Kiki, jednej z koleżanek Maryli.


Wakacje nad Bałtykiem, 1936 r.







Paczka przyjaciół w Łubienicy, 1937 rok.

Czasami, w wolnych chwilach jeżdżą z Basią i Andrzejem Straszewskim do ogrodu Skaryszewskiego i tam na łasze pływają kajakami. Czasami zatłoczonym autobusem jadą do białej Łubienicy. Na wakacje Maryla zabiera ojca nad morze, do małej wioski Chłapowo. Niedaleko za Karwią, koło Dąbek, jest już granica polska z Niemcami. Od Lisiego Jaru ciągnie się wysoki, stromy brzeg. Z chłapowskiej plaży widać z lewej strony latarnię morską na Rozewiu, najwyżej, położoną latarnię nad Bałtykiem. Na prawo leży w dali długi język półwyspu helskiego. Koniec Helu jest zarezerwowany dla wojska. Nikt nie wie dokładnie, co się tam robi, ale krążą całe legendy o budowanych tam fortyfikacjach. Rybacy bardzo wyrzekają, bo koło Prus Wschodnich są najobfitsze ławice szprotek i śledzi. Z Helu mieli bardzo blisko, zaledwie niecałe trzy godziny morzem. Teraz stąd, z Chłapowa i Hallerowa, dokąd rybacy z cypla helskiego zostali przesiedleni, będzie przeszło dziesięć godzin kutrem.
Z wysokiej skarpy widać cały świat plaży, ciemne plamy leżących niezdarnie, wyciągniętych na piasek łodzi rybackich, suszące się sieci, zwykłe i okrągłe, przedzielone drewnianymi obręczami do połowu węgorza. I mnóstwo kolorowych przypiekających się plażowiczów. Na horyzoncie zamajaczy czasami czarną kreską dymu statek, wzbudzi sensację unoszący się lekko, jak baletnica, żeglujący pełnym wiatrem w bogactwie ożaglowania biały, elegancki "Dar Pomorza".
Stary Jeka wypływa często na połów z synem, a po ich powrocie są zawsze na kolację świeże śledzie i flądry. Jego córka pomaga przy gospodarstwie i chociaż cała rodzina mówi po kaszubsku, trudno ich nie lubić, tak są mili, uczynni i zacni.
Rano pani Jekowa przynosi surowe, prosto od krowy, mleko. Ojciec sprząta systematycznie pokój, Maryla biegnie po zakupy do położonego o dwa kroki sklepiku, tuż przy wielkiej bajorkowatej sadzawce. Po śniadaniu idą, ojciec z córką, długą dróżką wśród kołysanych lekkim podmuchem wiatru zbóż. Nigdy nie "smażą" się na słońcu, odbywają długie spacery wzdłuż plaży, na lewo do kamienistej Jastrzębiej Góry lub na prawo, do Hallerowa. Potem, o godzinie dwunastej w południe sprawa kąpieli staje się kwestią życia. Ojciec pływa znakomicie, jak ryba. Pokazuje więc i uczy córkę, ciągle żabkującą, pływania crawlem na wznak i "zegarkiem", w kółko, z podkurczonymi nogami. Aż dziw, jak jest sprawny.
Po obiedzie idą znowu na daleki spacer. Najczęściej drogą wysadzaną czereśniami do Swarzewa albo do wsi, która, jak powiada ojciec, dalej jest Wielką lecz nazywa się teraz Hallerowo. Machają, jak małe dzieci, przejeżdżającym pociągom. Jadą autobusem do Jastrzębiej Góry na podwieczorek w "Bałtyku", gdzie odbywają się dancingi. Jest bardzo przyjemnie, gdy młody, opalony człowiek, ubrany elegancko a'la książę Walii, w białym garniturze i kolorową chusteczką przy szyi, pyta ojca o pozwolenie zatańczenia z jego córką. W Jastrzębiej Górze można jeszcze zjechać wielką, żelazną windą na plażę. Ale plaża tu kamienista. Stad już blisko do mrocznego, głębokiego jaru, zwanego Lisim. Lisów tu nie ma, panuje mrok i tajemniczo szumią stare drzewa, które może i pamiętają czasy króla Władysława IV.
Czasami przyjeżdża na przepustką Andrzej, który w Bydgoszczy, w podchorążówce odbywa służbę wojskową. Dziwny jest kontrast munduru podchorążego z twarzą Andrzeja. l ta twarz o smagłej, z natury ciemnej cerze i przepięknych, migdałowych oczach o prawie błękitnych białkach. Maryla jest z Andrzejem na "ty", ale to nic nie oznacza, jak pewnie marzy się ojcu. To prawda, że nie jest w zwyczaju mówienie "per" ty nawet między koleżeństwem.
Ale tym razem tata nie ma o czym marzyć. Andrzej Straszewski to tylko przyjaciel. Dobry, rzetelny przyjaciel. Wieczorem przy świeczce, syci wrażeń, wyrywają sobie z tatą jedyną zabraną z Warszawy książkę: "Walka o tron" Krechowieckiego.
Zapada cisza nad Chłapowem. Z daleka, z lewej błyska swymi dwoma milionami świec, najsilniejsza i najwyższa na Bałtyku latarnia morska na Rozewiu. Rezydująca obok chłopięca kolonia dawno odśpiewała, że: "Słońce już zeszło z pól" i tylko czasami powietrze przetnie i zaraz umilknie, zaśpiewana przez kogoś zbyt głośno piosenka: "Morze, nasze morze, mamy rozkaz cię utrzymać". I czasami, jak salwa z karabinu, zagrzechocze po bruku podwórka, przywiązana przez jakiegoś łobuziaka do kociego ogona - blaszana puszka.



Maryla Dębicka z swym
wiernym przyjacielem,
Andrzejem Straszewskim
w Warszawie,
na ul. Marszałkowskiej, 1937r.

Maryla spóźnia się na wykład. Otwiera ostrożnie drzwi sali. Cichutko, niepostrzeżenie zajmuje pierwsze z brzegu miejsce. Nagle spostrzega stojące wzdłuż ścian postacie. Przedtem, wtopieni w ich studencką społeczność nie byli tak widoczni. Teraz, zgrupowani, wydają swoje semickie rysy na urągowisko aryjczyków. I wcale nie są to dzieci bogatych Żydów. To widzi się od razu. Ubrani bardzo skromnie, biednie, oczy mają tylko ogromne, czarne i jakby głodne.
- Koleżanko! - dobiega ją szept - To getto! To miejsce dla żydokomuny! Co koleżanka robi? Proszę się przesiąść do nas.
Ale ona nie słucha. Znów właściwie dobrze nie wie, o co tu chodzi. Ale wie na pewno, że tu, w tej sali, są ciemiężyciele i ciemiężeni.
Wybór jest oczywisty. Zostaje na swoim miejscu. Na jej ławkę padają teraz, kartki: "Precz z żydofilami, masonami, precz z żydokomuną". Jedną z kartek kładzie szybko blada żydowska dziewczyna: "Dana nam jest praca, ale nie dane jej ukończenie - "Talmud" Dziękujemy!"


W Alejach Ujazdowskich, którymi dąży do Wilczej, miga auto pana prezydenta z proporczykiem i godłem państwowym. Na Mokotowskiej, gdzie wstępuje do znajomego sklepiku po bawełnę do cerowania, zastępują jej drogę korporanci.
- Sklep jest pikietowany, koleżanko. Nie kupujemy u Żyda!
Maria wchodzi jednak śmiało. Śmigające za nią kamienie, wybijają szybę, a lecące słowa: "Nikt nam nie zrobi nic, nikt nam nie weźmie nic..." nabierają posmaku gorzkiej ironii.


Zima w Bukowinie
Tatrzańskiej, 1938 r.







- Powiedz ojcze, ty, który tyle widziałeś, przeżyłeś, tyle wiesz, powiedz, jak to wszystko wytłumaczyć?
- Te programy, pikiety, ta cała parszywa endecka demonstracja siły, to robota pośrednia Hitlera. Nie czytasz gazet, nie słuchasz radia, więc mało wiesz, co się dzieje. Zresztą wydaje mi się, że nikt nie docenia tego malarzyny, a on może nam jeszcze zmalować ładną historię, niech go dunder świśnie. A sprawa żydowska, pytasz? To nie jest takie proste.

W naszym narodzie funkcjonuje stereotyp: Żyd, to, jak sama słyszałaś, pasożyt, żerujący na ciele naszego narodu. Żyd, to komunista, wywrotowiec. Żyd wschodni, to barbarzyńca, który dąży do rozsadzenia od wewnątrz dorobku Polski. Gdzie leży prawda? W każdym narodzie są ludzie dobrzy i źli. Żydzi są pracowici, zdolni, często genialni. Żyli tak długo w diasporze, rozproszeni wśród innych narodów! A jeszcze mówią o nich: masoni. To nonsens. Przecież najwięksi nasi ludzie należeli do masonerii. Weź chociażby takiego księcia Józefa Poniatowskiego. Człowiek, to jest ważne, a nie jego religia czy przekonania. A któż nam broni uczyć się, pracować dla kraju, tak jak oni. Ale my umiemy tylko narzekać albo się bić. Boimy się, z małymi wyjątkami, handlu, bo to nie wypada. Tracimy pieniądze na hulanki, Adrie. Eh! Polska pułkownikowska! I kumamy się teraz z Niemcami na potęgę. Polowanka w Białowieży, wzajemne wizyty. Ślepi, jak krety na drogę, którą należy, póki jeszcze czas, obrać. Głupcy! Cieszą się z ziemi zaolziańskiej, zabranej Czechom! Nic ich nie obchodzi tragedia anszlusu Austrii. Nie wyciągają żadnych wniosków z lekcji, jaką daje historia. Są, w ich mniemaniu, silni, zwarci, gotowi! Gotowi na co?
Przez okno jadalnego pokoju niesie się i odbija o wysokie mury podwórza studni: "Handełe, handełe, stare ubrania, stare szmaty kupuję... Handełe". A z balkonu od frontu mali gazeciarze drą się, ile siły: "Dooobry Wieczór i Wieeeczór. Ostatnie wiadoomości: Hitler Hachę wziął pod pachę, zaprowadził na kiełbachę, Hacha rada z tej uciechy Hitlerowi oddał Czechy... Kuuurier Warszaawski! Doobry Wieeczór, Wieeczór... Najświeższe wiadoomości!"



- Co się stało? Taki jesteś smutny! Tylko mi nie mów, że nie. Czy to może ta depesza, która przyszła w nocy?
- Marylciu, wyjeżdżam na dwa dni.
- Dokąd? Gdzie ciebie niesie?
- Nie żartuj. Umarła w Zakopanem ciocia Janka, moja siostra. Jakaż ona była dobra, łagodna, wyrozumiała. Ona była tak pośrodku...
- Przecież mówiłeś, że była najmłodsza?
- Bo była. Ale ja o tym, że ona w naszej rodzinie była języczkiem u wagi. Jak to się mówi, lała zawsze oliwę na nasze wiecznie skłócone, zupełnie nie bratersko umysły. Mówiłem ci kiedyś, że Zdzisław był endekiem ze wszystkimi imponderabiliami tego obozu. Ja rewolucjonistą, a Gustaw zaś oportunistą. Niejedną awanturę Janinka potrafiła załagodzić, wytłumaczyć przed rodzicami.
- Ciocia z wujkiem Staszkiem i Dzidzią mieszkała przedtem w Chrzanowie, prawda?
- Tak. Potem przenieśli się do Zakopanego i tam się pobudowali. Ich willa nazywa się "Jaxa". Janinkę nazywałaś zawsze ciocią chrzanowską, a potem zakopiańską ciocią. Mój Boże! Ile to lat. Pamiętam ją młodą, pełną wdzięku, bardzo elegancką, jak dziś widzę jak w długiej, modnej sukni z tiurniurą zawiązuje wstążki u kapelusza i jak słodko mówi: "Nie turbuj się braciszku, wszystko będzie na pewno dobrze". Pamiętam, że właśnie o długą sukienkę była awantura w domu.
- Ciocia szła na bal?
- Ach nie! Skąd! Miała wtedy ze cztery, pięć lat.
Na imieniny babci Teresy ktoś uszył jej długą do ziemi sukienkę, a wtedy dziewczynki nosiły długie sukienki dopiero jak wydoroślały. A jak Janinka podrosła, babcia Teresa podśpiewywała jej zawsze: "Czy ty znasz kolonela postać, ach kom że wudre jego żoną zostać!"
- Mój kochany tatuńcio!
- Wiesz, taka mnie teraz myśl naszła, że już ostatni jestem w szpicy. Popatrz, Zdzisław umarł w trzydziestym pierwszym, Gustaw, najstarszy mój brat bardzo już dawno, jak to śmiesznie brzmi, w ubiegłym stuleciu, potem babcia Aleksandra, która przeżyła wszystkich. I nasza mateczka! Teraz w kolejce jestem ja.
- Przestań! W tej chwili przestań. Całkiem się gubię, kiedy tak mówisz! Dobrze wiesz, jak tego nie lubię.
- Nie mów tak brzydko. Całkiem, całkiem feld marszałkiem. - Poprawiała nas zawsze babcia Teresa.


Wycieczka Maryli Dębickiej
i Haliny Orzechowskiej do
Żelazowej Woli, 1938 rok.


W każde Święto Zmarłych Maryla chodzi z ojcem na Powązki. I na stare, przy kaplicy Świętego Karola Boromeusza, tuż przy bramie Świętej Honoraty i na nowe, do których wchodzi się przez czwartą bramę. Tam, gdzie za ich grobowcem zaczynają przybywać inne, coraz liczniejsze.Za każdym razem ojciec powtarza: "Najpierw odwiedzimy dziadków, potem pokłonimy się pradziadkowi Bazylemu w jego bezimiennym grobie, a potem pójdziemy do mateczki". Znowu wraca do poprzednich rozmyślań: "Jakie to dziwne - mówi - z mego pokolenia odchodzą pomału wszyscy. Człowiek - mówi - żyje tak długo, jak żyje pamięć o nim.


Na imieniny do Jadzi Kaczmarkówny jeżdżą zawsze razem z Basią. To miły i bardzo gościnny dom. Jadzia mieszka z rodzicami i bratem w dwupokojowym mieszkaniu przy ulicy Mińskiej, na Pradze, naprzeciwko fabryki amunicji, gdzie pracuje jej ojciec. Matka Jadzi jest bardzo skrzętną i zapobiegliwą gospodynią. Mówi się o niej, że nigdzie nie pracuje. Zawód: "przy mężu". A od rana do nocy jest zajęta prowadzeniem domu. Jadzia obcięła się przy maturze, utrzymuje jednak stały kontakt z koleżankami, zwłaszcza Basią i Marylą.
W małym pokoju, jednocześnie jadalnym i sypialnym rodziców Jadzi, rozłożono już stół, który ugina się od nagromadzonych tu specjałów. Gruszki na słodko w occie i dynia na słodko, śledzik w sosie śmietanowym na gorąco - to specjalność mamy Kaczmarkowej.
Właśnie między kurczakiem z sałatą, a olbrzymim tortem imieninowym wpada spóźniona Maryla. Spóźnienie trochę wyreżyserowane. Zna dobrze Jadzię. To miła i dobra dziewczyna, ale ma jedną manię: lubi zmyślać. I teraz też zapowiedziała Basi telefonicznie, że będzie wspaniały blondyn, pan Jerzy Rawicz-Twaróg. Kawaler, po wojsku, podobno dziennikarz, ale na razie bez pracy. Ma bardzo zamożnego papę z willą na Żoliborzu. I rzecz bardzo ważna, jest na pewno wyższy od Maryli. Więc "tylko, kochana, ani słowa Maryli, bo ona jest dzika i gotowa nie przyjść". Od czego jednak przyjaciółka od serca i telefon. Ponieważ jednak sekret idzie drogą łańcuszkową z powrotem, sama "mama Kaczmarkowa" telefonuje do Maryli.
Bardzo, jak się jej wydaje, dyplomatycznie rozpoczyna, wspominając dobre czasy, kiedy kochana pani Stanisława żyła i one, obie razem, pracowały w Komitecie Rodzicielskim. Potem, że czas żałoby dawno minął, że życie ma swoje prawa, jednym słowem - nie wypadało się wykręcić.
Maryla istotnie nie znosi takich sytuacji. Nastawiona bardzo opornie, wsuwa się szybciutko w zostawione dla niej przy stole miejsce, oczywiście, co za nietakt - obok "wspaniałego" blondyna. Dobrze go nawet nie widzi, zajęta rozmową z koleżankami i, co tu ukrywać, wściekła. Z tej oporności i wściekłości rodzi się ostra wymiana słów z sąsiadem. Ale Maryla sroce spod ogona nie wypadła. Odcina się. Przy stole zalega cisza, życzliwe koleżanki milkną, tylko "Mama Kaczmarkowa", z wypiekami na twarzy, serwuje coraz to inne dania, zmienia nakrycia. W ferworze rozmowy, baczna na każde słowo, zdecydowanie nieprzychylna, Maria wynajduje tysiąc sposobów, aby w możliwie grzecznej formie tę nieprzychylność ukazać. On jej o książkach, one jakoby nie znosi czytać, a jeśli to tylko Mostowicza i "Trędowatą". On bardzo lubi morze, ona woli góry. On chwali się rodowym sygnetem z herbem "Panna na niedźwiedziu", ona wykpiwa to momentalnie, przypomina sobie zasłyszane kiedyś od ojca zdanie i rąbie bez zastanowienia: "Człowiek tyle jest wart, ile sam wypracuje. Nie sztuka chlubić się sygnetem, na który pracowały pokolenia!" Rozgorączkowana, zła, nie dostrzega, że jej interlokutor też jest zły, przekorny, prowokujący.
Po przyjęciu, które właściwie nie udaje się, idą wszyscy do pokoju Jadzi potańczyć przy modnym teraz, przyćmionym świetle, które "Mama Kaczmarkowa" co rusz wspomaga górnym żyrandolem, a Jadzia go wygasza, żeby był nastrój. Takie śliczne melodie: "Chryzantemy złociste", "Umówiłem się z nią na dziewiątą", i "Zawsze będzie błękitne niebo".
Maryla uwielbia taniec. Nogi same wyrywają się do foxtrotów, slowfoxów i tang. Ale jest wierna sobie i uparta. Młody człowiek zdecydowanie jej się nie podoba. Jest wysoki, to prawda, wyższy o głowę od niej, ma jasne, szeroko rozstawione oczy i kręcone blond włosy. Ale cały jest taki za bardzo "kindersztubowaty". Na jego, ciągle ponawiane zaproszenia do tańca, Maryla reaguje ostrą odmową. Tańczy albo z innymi, albo z koleżankami. A on uparcie podpiera piec albo bawi się lalkącyganką na tapczanie Jadzi.
Późną nocą, koło godziny jedenastej trzeba wracać. Koleżanki bliżej mieszkające zostają jeszcze. Tramwaje już nie chodzą. z Mińskiej na Wilczą kawał drogi. Postanawia pójść pieszo. Przynajmniej wyparuje z niej złość, niesmak i słodka wiśniówka.
Na moście Poniatowskiego, z zagłębienia w kamiennej niszy podnoszą się, skradając, trzy postacie. I właśnie to skradanie budzi czujność dziewczyny. Na ordynarną zaczepkę nie odpowiada, przyśpiesza tylko kroku, prawie już biegnie. Mężczyźni otaczają ją kołem. Od strony Pragi, z niedużej odległości słychać szybkie kroki.
- Panowie tu czego? Ta pani jest ze mną.
No tak. Tylko tego brakowało! Obrońcą był pan Jerzy Rawicz-Twaróg.


Potem jest już stereotyp. Jeden telefon, drugi. "Umówiłem się z nią na dziewiątą". Raz kino, raz popołudniowy dancing w Cafe Clubie, przy dwóch małych czarnych i jednym kieliszku benedyktynki. A potem, nie mogą się nie spotykać. A jeśli spotkania nie są możliwe, to długie, godzinne, wieczorne rozmowy przez telefon.
Pan Antoni Hubert czuwa. Sobie tylko wiadomymi ścieżkami uzyskane informacje, przekazuje ojcu. Młody człowiek to nierób, nigdzie nie pracuje, żyje nie wiadomo z czego. Mieszka u swojej matki chrzestnej, pani Duglas, na Hożej, a willa na Żoliborzu, owszem jest, ale to własność jego ojca i bardzo licznej rodziny, bo pan Jerzy ma trzech braci, i siostrę, i jeszcze drobne rodzeństwo z drugiego małżeństwa jego ojca oraz macochy z jej własnym przychóweczku. A poza tym rzecz najważniejsza, która obu starszym panom spędza sen z powiek, to informacja, że pan Jerzy Rawicz-Twaróg jest zaręczony. Pan Antoni nawet wie z kim. To początkująca aktoreczka, przyzwoita panienka, bardzo zakochana i licząca ogromnie na to małżeństwo.

Wszystkie te poczynania odbywają się za plecami Maryli. Pierwszy to raz ojciec prowadzi taką grę. Rezultatem tej gry jest Iist, który na Wilczą przynosi posłaniec w czerwonej czapce. List jest zjadliwy, ironiczny. Pan Jerzy wykpiwa w nim naiwność młodej dziewczyny, która parę spacerów i kilka pocałunków wzięła pensjonarsko za miłość.
- O nie l - myśli głośno Maryla - Tego już za wiele! Tatusiu - zwraca się do ojca, obierającego z niewinną miną jajko na miękko - Są właśnie ferie zimowe. Jedziemy na narty! Najlepiej na Bukowinę!
Szykują sprzęt, bo starszy pan jeździ na nartach. Znajdują na pawlaczu stare jego pumpy i w drogę! A że okres Świąt Bożego Narodzenia już blisko, ojciec zabiera cały neseser wspaniałości od E. Wedla, a także specjalności lwowskiego pana Zaliwskiego: suszone banany, orzeszki w czekoladzie, słodkie, z bakaliami nugaty na opłatku. "Rachatłukum, chałwa, figi, a czy są też makagigi?"


W małej chatce Chowańcowej spędzają cały miesiąc. Oboje przyjechali tu "zagryzieni" na sumieniu, ale wspaniała mroźna i słoneczna pogodę robi swoje. Humorki wracają obojgu prędko.
Ćwiczenia zjazdowe na tak zwanym klepisku koło knajpy Cygana, gdzie stok jest tak stromy, że narty same niosą aż do zamarzniętej na dole Białki, wyprawy do Murzasichla na lampkę grzanego, korzennego wina, ciężkie, kilkugodzinne podchodzenia pod Głodówkę, posiłek w schronisku i kilkuminutowy zjazd na Bukowinę.
W ciepłej góralskiej chacie zrobiony szybko "na patatajkę" obiad na maszynce spirytusowej, zawsze taki sam: olbrzymi befsztyk "żeby tylko krwisty, Marylciu!" Herbatka i systematyczne nurkowanie w neseserku ojca. Zdobyta odznaka POS dumnie ozdabia wiatrówkę Maryli.
W wieczór sylwestrowy, oboje ubrani szalenie elegancko, w czyste i pogniecione koszule flanelowe i spodnie narciarskie składają sobie życzenia:
- Niech ten Nowy Rok będzie ci szczęśliwy, drogie moje dziecko, - mówi wzruszonym głosem ojciec - Bardzo się rozwinęłaś umysłowo, tak pięknie ujmujesz swój stosunek do twego ojca. Dajesz tyle dowodów miłości i przywiązania. Masz tę iskierką bożą, jak to mówią. Nie pozwól jej nigdy zagasnąć. Tego ci życzy twój tata w tym Nowym, tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym Roku!


Realnieją projekty wyjazdu do Francji. Profesor Fabre z Instytutu Francuskiego pomaga, instruuje, gdzie można w Cite Universitaire zamieszkać, ile kosztują studenckie obiady, jakie papiery trzeba złożyć. I wcale nie ma za dużo czasu, bo korespondencja z Paryżem trwa długo. Trzeba jeszcze złożyć odpisy świadectwa maturalnego i metryki, która jest wystawiona w oryginale w języku rosyjskim.
Na razie jest wiosna, wonna, upojna. I białe bzy zakwitają w Ogrodzie Botanicznym. Tam najłatwiej się uczyć do bliskich już egzaminów. W marcu był pierwszy w Warszawie próbny alarm przeciwlotniczy. Dźwięk długi, ciągły - to alarm, krótki, urywany - odwołanie.
W kwietniu uruchomiono w forcie Mokotowskim radiostację Warszawa II.


I tam właśnie, w Ogrodzie Botanicznym, między wkuwaną średniowieczną literaturą francuską na zmianę z dziejami Francji na rozłożone na ławce skrypty i książki, nasuwa się cień.
Maryla słucha długo i uważnie tego wszystkiego, co ma do powiedzenia pan Jerzy Rawicz-Twaróg. A jest tego sporo. List, wtedy napisany na wyraźne żądanie jej ojca. Tak, to potrafi zrozumieć. I wybaczyć. I ojcu i panu Jurkowi. Potrafi nawet zrozumieć, że nie można tak od razu zerwać z tamtą dziewczyną. Uderza ją jednak fakt, że młody człowiek dalej nigdzie nie pracuje, nic nie robi. Nie chodzi jej o pieniądze, a o to, że praca, jeśli ją się lubi oczywiście, jest przyjemnością, daje satysfakcję jakąś, określa wreszcie człowieka w świecie. I wszystko jedno, jak mówi ojciec, czy jest się zamiataczem ulic czy panem ministrem. Chodzi o to, żeby swą pracę spełniać z sercem. Nie umie jednak tego przekazać swemu towarzyszowi. A któraż dziewczyna nie lubi słuchać o chwilach cierpień, tęsknoty. Tak więc uchodzi jej uwadze fakt, że młody człowiek złamał, dane jej ojcu słowo honoru, że nigdy się z nią nie spotka.



Wenecja, 1938 rok. Jedyna zachowana pamiątka
z miesięcznej wyprawy do Włoch, już po
pierwszym roku studiów.

Po wykładach na Uniwerku i w Instytucie Francuskim chodzą z Jurkiem w Aleje Ujazdowskie. Długie, przegadane wieczory, długie przemilczane godziny w nocy na ławkach, gdzie jedynym świadkiem jest przesiane przez zieleń drzew światło latarń ulicznych. Nie zawsze jest pogoda, czasami padają krótkie, ulewne deszcze. Zmoknięte ubrania, przemoczone pantofelki, nocne powroty na Wilczą. W czerwcu decyzja ojca dojrzewa.
Któregoś dnie mówi do córki:
- Marylciu! Poprosisz dziś telefonicznie pana Jerzego, żeby był uprzejmy przyjść do nas, tak około piątej po południu. Powiedz też "Helence" żeby upiekła coś do herbaty. Wyłącz radio, proszę, bo głowa mi pęka od tych ustawicznych marszów wojennych i ciągłych wrzasków.
- Czy to konieczne, tatusiu! O Jurku myślę, oczywiście nie o radiu. Przecież jestem dorosła, sama mogę decydować, już właściwie zdecydowałam.
- Ja wiem, córeczko, że zawiodłem twoje zaufanie. Ale to pierwszy i ostatni raz. A teraz zrób, o co proszę. - Jest w jego głosie coś, co każe jej posłuchać.
W gabinecie ojca, po obu stronach zastawionego do podwieczorku stolika, stoją dwa głębokie fotele. W jednym z nich, wtulona w miękkie oparcie, siedzi Maria. Jest napięta, gotowa bronić za wszelką cenę swego szczęścia. W drugim siedzi, pozornie spokojny, młody człowiek. Ćmi fajkę, szczęki nerwowo zaciskają mu się na ustniku. Ojciec zajął miejsce z dala od nich, za swoim ulubionym biurkiem, jakby chcąc się od nich odseparować, zaznaczyć, że jest po drugiej stronie barykady.
- Panie Jerzy - zaczyna wolno i z namysłem - Nie prosiłem pana tutaj, by prawić morały. Oboje jesteście dojrzali, to jest wasze życie. Chcę tylko, jeśli pozwolicie, opowiedzieć wam historię z mego własnego życia. l ja kiedyś, tak, jak pan teraz, siedziałem w podobnej sytuacji przed człowiekiem, który wówczas, z przyczyn obiektywnych nie mógł być moim teściem. l właśnie on, prawie trzydzieści lat temu, powiedział mi wtedy: "Jeśli kochacie się, - myślał oczywiście o mnie i twojej mateńce, Marylciu - otóż, jeśli kochacie się, jeśli to jest naprawdę uczucie, otwieram dziś przed panem mój dom." I teraz ja powtarzam wam jego słowa! "Jeśli już musicie koniecznie się spotykać proszę, róbcie to tu, pod moim dachem".


- Tatusiu! Jurek powiedział, że będzie pracował. Jego ojciec był kiedyś urzędnikiem w Ministerstwie Kolei. Mówi, że znajdzie mu posadę za jakieś trzysta, trzysta pięćdziesiąt złotych miesięcznie. To cudownie, prawda? Tamta sprawa, wiesz, Jurek powiedział, że już jest załatwiona. Jurek mówił, że ona sama poprosiła go o zwrot słowa, bo znalazła sobie jakiegoś mecenasa. Ten wolny etat dla Jurka ma być od połowy września.
- A Sorbona? To przecież twoja przyszłość. Musisz coś ukończyć, mieć jakiś fach w ręku.
- Będzie i Sorbona, tateczku kochany! Ty się ni nie martw, panie Be! Myśmy już z Jurkiem wszystko obmyślili.
- Z Jurkiem! To jesteście już po imieniu?
- Tak, tak. Teraz przeszłam ma drugi rok, we wrześniu, tak pod koniec, pojadę do Francji, będę tam dwa lata albo rok, a potem będzie długa, biała suknia, taka, jaką miała babcia Aleksandra i, tatusiu, koniecznie welon. I siedem czerwonych róż.
- A on?
- Jurek? Będzie ciułał pieniążki. Oglądaliśmy już mieszkania. Są drogie, ale damy sobie radę. I co ty na to?
- Żebyście tylko tego wszystkiego dotrzymali. Żebyście wytrzymali w stałości. Dwa lata to dużo.
- A ty, tatusiu, ile lat czekałeś na mamusię! Przeciąż będziemy pisać do siebie, będę na każde ferie przyjeżdżała. Mój tatuśku kochanieńki!
- Chciałbym bardzo widzieć cię już ustabilizowaną. Bardzo mi brak takich małych szkrabów, które by mi ciosały kołki na siwej głowie. A ja bym im pokazywał Warszawę, uczył kochać kraj. Wziąć takiego berbecia na kolana, robić "konika", albo żeby taka mała, słodka dziewuszka powiedziała: "Dziadziu, opowiedz bajeczkę".
- Oj, coś mi się pan rozkleił, mój kochany panie Be. To wszystko bajki, tateczku. A wogóle, co to za rozmowy ojca z córką. Gorszysz mnie, tato.
Mają swój własny sposób porozumiewania się. Mają własne słowa: sublokator to sujaligator, razem to "kupą mości panowie", eciepecie to flota czyli pieniążki. Mają też własne, im tylko właściwe gesty. Ojciec chcąc skarcić córkę, nic nie mówi, podnosi wysoko ciągle kruczoczarne, krzaczaste brwi i rozkłada szeroko ręce w geście: "Sam tego chciałeś, Colas Breugnon". A ona odpowiada mu wtedy zawsze zmarszczeniem wielkiego, wydatnego nosa.


Na Wilczej, w mieszkaniu które Maryla już dawno przewróciła do góry nogami, jest teraz tak, że mają dla siebie dwa pokoje, nie licząc trzeciego, jadalnego, który jest przechodni. "Helenka" urzęduje w swoim małym, bardzo ładnie urządzonym przez nią pokoiku przed kuchnią.
Z dawnego sypialnego rodziców Maryla urządziła swoje własne, nowoczesne gniazdko. Podwójne łoże rodziców znalazło schronienie w piwnicy wraz ze stoliczkami nocnymi. Od ojca dostała nowoczesny, higieniczny tapczan Knippenberga. A za swoje własne pieniądze kupiła jeszcze w ubiegłym roku u Braci Jabłkowskich, na ostatnim piętrze, małe, zgrabne biureczko bidermajerwskie. W rogu, który tworzy teraz biureczko ze ścianą, stoi na postumencie Madonna Dorego. Na biureczku zaś, porządnie ułożone skarby.
- Niewiele tego, bo tata bardzo niechętnie rozstaje się ze swymi drobiazgami. Jest więc wyproszony posążek z kości słoniowej. Napoleon ma nadtłuczony kapelusz. Jest też duży nadbity kielich z wytrawionymi inicjałami BTD, a z drugiej jego strony skacze, jak zawsze w fale Elstery, książę Pepi. Jest jeszcze "pożyczony" nóż z kości słoniowej. Wilhelm Tell schodzi na nim z gór, trzymając małe, bezbronne jagnię, przewieszone przez plecy. W szufladzie zaś, między skryptami i papierzyskami, wciśnięty głęboko, mały, ceratowy kajecik. W nim zasuszone kwiatki. Jak przekaz dalekich pokoleń, dwie małe wyblakłe niezapominajki i czwórlistna koniczynka. Ktoś kiedyś je tu włożył. Jest i data: 18 lipca Anno Domini 1832. Pierwsze kwiatki od Bazylego. Przeszło sto lat temu! Parę naiwnych nowelek, pisanych ręką jej prababki, Teresy Dębickiej. Z jej własnych drobiazgów na biurku stoją tylko trzy miniaturki siwaczków z "Ładu". Z lewej strony biureczka jest wyjście na balkon. Na Wilczej ruch jest niewielki. To spokojna ulica. Od Marszałkowskiej dochodzi szum, klaksony aut, dzwonki tramwajów. Nad miastem wisi łuna świateł i neonów.
W pokoju obok ojciec przy biurku stawia odwieczne pasjanse, czyta "Trylogię", wycina długie i wąskie pasma papieru do zaklejania na krzyż szyb albo rozmawia przez telefon z panem Antonim i kłócą się łagodnie o znaczenie każdego słowa z przepowiedni Wernyhory. "Helenka" szykuje na wszystkie okna duże, papierowe, czarne rolety. W marcu był próbny alarm przeciwlotniczy. Sygnał długi - alarm, przerywany - odwołanie.


W czasie wakacji Maryla pracuje. W pasażu Luksemburga mieści się z lewej strony, w obskurnym pomieszczeniu Towarzystwo Przyjaciół Dzieci Ulicy. Maryla jest tam maszynistką za całe siedemdziesiąt złotych miesięcznie. Głównego szefa, legendarnego Dziadzia Lisieckiego nie widuje prawie wcale. Wpada czasami brodaty i hałaśliwy, gniewny i wymagający. Przewraca wtedy cały porządek biurowego dnia. Zamiast pisania na maszynie, które "może poczekać", a bezdomne dziecko nie", trzeba biec na ulicę Długą, załatwić pilnie przyjęcie pod dach jeszcze jednego, bezdomnego roznosiciela gazet, bo ktoś tam czegoś nie dopilnował. Albo przypilnować rozdziału żywności do "Ognisk", rozsianych po całym mieście. Maria lubi tę pracę, czuje się ważna i potrzebna.
Po skończonym o godzinie trzeciej urzędowaniu, widzi przez okno Jurka, który codziennie o tej porze spaceruje wytrwale wzdłuż oszklonego pasażu. Od ulicy Senatorskiej do tylnego wyjścia kina "Corso". Czeka na nią! To bardzo przyjemne uczucie. Pójdą na spacer albo po zakupy.
U Braci Jabłkowskich Maria upatrzyła sobie tanią, skromną sukienkę z jasnego płótna. Przyda się na letnie miesiące. Popołudnia mają bardzo zajęte, bo na Przystani Wioślarskiej Stowarzyszenia Techników montują razem kajak. Opornie im to idzie, ale najważniejsze, że będzie się nazywał: "Marylu".


Ćwiczenia OPL. "Padnij! Powstań! Lotnik! Kryj się!" Maski przeciwgazowe, w których jest bardzo duszno.
Przynosi kiedyś taką jedną do domu. Ojciec, bez słowa uważnie ogląda śmieszny ryjek maski przeciwgazowej.
- Umiesz się tym posługiwać? - pyta po dobrej chwili.
- Pewnie, Przecież uczą nas tego. I wielu innych rzeczy.
- A wiesz chociaż dokładnie co to OPL?
- Masz! Jasne! - Maryla recytuje bezbłędnie - Obrona Przeciwlotnicza. Dzieli się na czynną i bierną. Bierna to ja. Podział na komendy, bloki, obserwacja przeciwpożarowa, działalność sanitarna. Kurs sanitarny też już zaliczyłam. Chcesz, zabandażuję ci głowę!
- Nie, nie! - broni się ojciec - Dziękuję ci bardzo. Wierzę na słowo. Mam nadzieję, że te twoje umiejętności nie będą potrzebne. Rokowania, które teraz się odbywają, może przyniosą jakiś skutek. Oby!
- Tatusiu! Jurek powiedział, że ma znajomego w Sztabie i ten znajomy mówi, że wojny na pewno nie będzie. A jeśli nawet, to co nam zrobią? Guzik! Mamy silną armię, flotę, lotnictwo.
- Tak, tak, wiem. "Silni, zwarci, gotowi!" Co ty wiesz, dziecko o wojnie. Tamta wojna, o której się mówiło, że była straszna, może okazać się dziecinną igraszką w porównaniu do tego, co się teraz szykuje. Zbrojenia, nowoczesne...
- Daj spokój, nie kracz, tatusiu! Jesteśmy przecież mocarstwem! I nic nie chcemy od innych narodów. Jurek mówi...
- Jak ty nic nie rozumiesz, dziecko!



Warszawa, Łazienki.
Sierpień 1939 rok.

Konstanty Dębicki,
Kocio - 1938 rok.

Ojciec gdzieś wyszedł i zostawił w domu kartkę: "Dzwonił Twój Jurek. Jest tajna mobilizacja. Dostał kartę powołania. Czekaj na jego telefon. Potem jedzie na Dworzec Wschodni. Twój Be".
Na ulicach poruszenie. Pierwszy raz w życiu Maryla czuje solidarność ulicy. Obcy ludzie dzielą się wrażeniami, udzielają nawzajem rad, informacji. Do tramwaju nie można się dostać. Ale dzisiaj wszystko jest inaczej w Warszawie. Do przystanku podjeżdża prywatne auto.
- Na Dworzec Wschodni? Państwo pozwolą! Czego się nie robi dla naszej armii!
Wszystkie środki komunikacyjne są dziś bezpłatne. I dla posiadaczy kart mobilizacyjnych i dla odprowadzających! A rzadko odprowadza żołnierza jedna tylko osoba, zwykle całe rodziny.
Na peronie tłumy ludzi. Nastrój entuzjazmu, pewności zwycięstwa, gdyby przyszło "co do czego, panie kochany". I są łzy, prośby i zapewnienia. Są też kwiaty, moc kwiatów. I mundury. Polskie mundury! Jakaś para przytulona do siebie. Nikt, wbrew panującym obyczajom, nie dziwi się, że tu, na peronie, w obecności tylu obcych ludzi, całuje się tych dwoje. Ludzie potrącają się, szukają swoich, krzyżują się nawoływania. Maryla kątem oka dostrzega białe ręce dziewczyny, splecione na szyi rudego chłopca w mundurze. Pociąg rusza powoli, bardzo powoli. Wyciągnięte dziesiątki żołnierskich rąk, które teraz ściskają, idący zwolna po peronie ludzie. Już nikt nie patrzy: "mój, nie mój" - to ręce polskiego żołnierza. Jurek, długi, chudy. Kochany, macha ręką. Jego wagon ginie z oczu.
- Nie płacz, córeczko! On wróci!
W ostatniej chwili rudy chłopiec na peronie odrywa się od swojej dziewczyny, wskakuje w biegu do pociągu i wtedy Maryla, przez łzy, widzi jego twarz. To jest ten młody ksiądz, którego spotykały codziennie z Basią na przystanku przy Raszyńskiej, dawno, za czasów szkolnych.
W tłumie odprowadzających zaczynają się już przewidywania, spekulacje: dokąd, po co? Na jak długo? Przecież nie ma wojny?
- Tajna mobilizacja? Kpiny, panie ładny! Cała Warszawa tu, na tej Wschodniej, a oni - tajna! A to ultimatum? Już pan Beck na pewno coś wymyśli.
Z jego głową! A dokąd pojechało nasze dzielne wojsko? Też nie trudno zgadnąć. Tu przecież jest dworzec Wschodni, z którego odchodzą pociągi na północ. Więc pojechali na Prusy Wschodnie. Panie, co oni nam mogą? Polak to pierwsza szabla w świecie. Mnie jedna znajoma mówiła, że Anglicy już lądują w Gdyni.
Do nowych słów: mobilizacja, ewakuacja, przybywa jeszcze jedno: ultimatum.


W jedną z ostatnich niedziel sierpnia jadą do Łubienicy. Po obiedzie, zamiast tradycyjnego spacerku wzdłuż ogrodu, pełnego jesieni pogodnej i słonecznej, idą na mały występ położony na wysokiej skarpie, na tyłach domu. Występ jest zabezpieczony balustradą. Niespokojne, niezwyczajne porykiwanie bydła. Jak okiem sięgnąć, rozległe, czerwieniejące niebo. Nad Warszawą zachodzi krwawo słońce.


W pierwszym pokoju na lewo od kilku już lat mieszka lewicujący inżynier Miczyński. I przez te wszystkie lata, dwa razy na tydzień, zawsze o tej samej porze jest do niego telefon. Niski, ciepły głos kobiecy. Inżynier mówi nieodmiennie: "Tak. Zaraz". Potem zgrzyt zatrzymującej się na trzecim piętrze windy, szczęk delikatnie odsuwanego yale. Przekręcenie klucza w jego pokoju od wewnątrz i zasłonięte story. Nigdy, przez te lata nie widziało się twarzy tej kobiety. "To są - mówi ojciec - wyłącznie ich sprawy". W drugim pokoju, naprzeciwko inżyniera mieszka też od lat, kapitan służby czynnej, Janusz Rakowski, a w trzecim "obiecujący" i wiecznie niezadowolony prokurator Sergiusz Popow.



Maryla Dębicka z Andrzejem Straszewskim
na Wiśle, w okolicy Łachy Skaryszewskiej,
lipiec 1939 roku.

W mieszkaniu niezwyczajny ruch. Przede wszystkim roją się "subaligatory". Najpierw wojskowo stuka obcasami kapitan. Przynosi nawet kwiatek, co przy jego mundurze wypada głupio, bo to raczej oni jemu powinni.
- Tak to jest - powiada ojciec - jedną wojnę przeżyłem, ale byłem wtedy młody. A teraz mobilizacja powszechna!
- A ja nawet nie powiem, jestem zadowolony. W wojsku, panie tego, to zupełnie inna atmosfera. A pozatem, powiem panu w zaufaniu, że ostatnio spłukałem się, dłużków trochę się narobiło, Żydki naciskają. A teraz, ha, ha, ha! Szukaj wiatru w polu.
Lewicujący inżynier jest bardzo zdenerwowany. Pewnie z powodu tej pani, która na Wilczej jest tylko głosem w słuchawce, a od tygodnia już nie dzwoni. Maria stara się trochę go uspokoić.
- Panie inżynierze, wypowiedzenie wojny Niemcom przez Francję i Anglię to już kwestia godzin. No, może dni.
- I pani w to wierzy, panno Marylo? - pyta lewicujący inżynier.
- Jak to? - oburza się Maria - Przecież to sojusznicy, a sojusz obowiązuje!
Prokurator Popow, niski, trochę śmieszny w za dużym mundurze, przychodzi ostatni, mija niechętnie w drzwiach tamtych i z przygotowanej karteczki wyczytuje swoje dezyderaty: "Pokój zatrzymuje. Bo wiadomo, że ta wojenka nie potrwa długo, ale za pół ceny. Prosi zaraz czajnik z gorącą wodą, bo w łazience jest zepsuty piecyk gazowy, a on zapomniał się ogolić. W jego szafie w pokoju wisi płaszcz zimowy, więc gdyby to się jednak przeciągnęło to prosi, żeby jakiś środek antymolowy, ale, dodaje, to na pewno potrwa kilka tygodni. Tak zapewniali go w prokuraturze. Acha, i jeszcze gdyby były do niego telefony, to..."
- Pan poszedł na wojnę - kończy za niego Maria, nie widząc, że on się obraża. "Po co to powiedziałam?" myśli niezadowolona z siebie, kiedy wreszcie dociera do niej jego wyraz twarzy. Przecież to już nie sublokatorzy - to nasze żołnierzyki kochane! Biegnie szybko do kuchni i stawia czajnik na gazie.


- Dziś - powiada ojciec - pojedziemy na przystań do Techników, zobaczyć co słychać z waszym kajakiem. A potem może wieczorkiem do kina. Dają w "Romie" jakąś komedię, pośmiejemy się! No, co ty taka smutna?
- Tatusiu, on wróci, prawda? Powiedz!
- Wróci, wróci! I będzie ślub z welonem, i będą żyli długo i szczęśliwie, i będą mieli dużo, dużo dzieci. Albo nie, wiesz, pójdziemy do "Apolla" na Marszałkowskiej. Idzie film z Dodkiem. Jak długo już nie ma Jurka?
- Dziesięć dni i pół.
- Ach ty! Może jeszcze powiesz: i siedemdziesiąt pięć minut. - żartuje ojciec - Zbieraj się, idziemy!


Wieczorem przychodzi do ojca doktor Mantin, sąsiad z mieszkania naprzeciwko. W tej kamienicy nie zna się sąsiadów. O doktorze Mantinie wie się tylko, że na jego drzwiach wiszą dwie tabliczki: "Rachela Mantin, lekarz-dentysta" i "Karol Mantin - ginekolog, choroby kobiece". Mają jedynego syna, chłopca w wieku piętnaście czy szesnaście lat o wijących się czarnych włosach, wydatnym nosie i inteligentnym wyrazie czarnych, głęboko osadzonych oczu. Ale to już wszystko.
Okazuje się, że dr Mantin, pozwolił sobie, jak sam powiedział, niepokoić szanownego sąsiada, bo chce się naradzić czy w tej sytuacji płacić komorne za wrzesień, bo to dziś trzydziesty i sytuacja taka niepewna. Ponadto zgłosił się na zastępcę komendanta bloku, więc chciałby wiedzieć, jakie ma obowiązki względem OPL. Obaj panowie radzą. Ojciec jest zdania, że komorne trzeba zapłacić! Przecież to obowiązek, a wojna długo nie potrwa. Doktor Mantin uważa inaczej. Zawile tłumaczy, chcąc wyraźnie pokryć strach słowami, że ma przeczucie, prawie pewność, ponadto jego kuzyni z Ameryki piszą, że to tak łatwo nie pójdzie. Co do obowiązków zastępcy komendanta OPL, ojciec powiada, że sytuacja sama podyktuje obowiązki. I że on sam wziął na siebie ubezpieczenie przeciwpożarowe domu. Jest już zwieziony piasek, są łopaty, wiadra. Brak tylko worków do piasku.
Doktor Mantin ofiarowuje się zatelefonować do znajomego, jak sam się wyraża, Żydka z Nalewek. On dostarczy tanio, każdą ilość. Po rozmowie telefonicznej z gabinetu ojca, okazuje się, że znajomy Żydek ofiarowuje bezpłatnie potrzebną ilość worków. I transport.
Na odgłos dzwonka u drzwi wejściowych doktor wycofuje się, przeprasza za kłopot i zapewnia, że on… W drzwiach mija się z obładowaną zapasami "Helenką", która "swój rozum ma" i zaopatruje dom należycie, a nie jak w Kurierku pisali: tylko suchy prowiant.


Nad ranem telefon.
- Tato! Jurek ranny! Jest w Warszawie, leży w szpitalu rejonowym na Zakroczymskiej!
- Już wiecie? - woła przytłumiony głos w słuchawce - Nie? - krzyczy wśród trzasków. Nastawcie radio!!!
- ...i wszystkie rozgłośnie Polskiego Radia. Dziś, o godzinie 5 nad ranem...
- Gdzieś tu była! - woła ojciec - O! Jest! Ale samochodowa! Daj dziecko twój atlas, ten stary, szkolny, Homera.
- …Uderzyli z kierunku Prus Wschodnich i Śląska...
- Zaraz usłyszymy, że Anglia i Francja wypowiadają wojnę! Zobaczysz, tatusiu!
Maria jest mocno osadzona w swoim świecie. Nie, nie może zachwiać jej przekonania, że może spać spokojnie! Dach rodzinnego domu nie może się zawalić. To pewność i zaufanie. Jak w PKO.
Ojciec stuka znacząco w gazetę, którą już przyniosła "Helenka".
- Zobacz! Gliwice.
- Przecież jesteśmy silni, i w powietrzu i na morzu i mamy armię, najdzielniejszą armię na świecie!
- Co ty wiesz, dziecko! Co ty w ogóle wiesz o wojnie!
- Więc to jest początek wojny, tatusiu!
- Dokładnie, córko, drugiej wojny, a kto wie, czy nie drugiej wojny światowej.
Przyszedł ze szpitala Jurek. Niegroźnie ranny w rękę. Zaraz po nim Andrzej Straszewski, Zbyszek i wszyscy koledzy z WSH, oczywiście bez pana Józia Lipkowskiego. Przyszli złożyć uszanowanie i pożegnać się bo odjeżdżają na front. W gabinecie ojca chwila rozmowy o tym, że najwyżej do Bożego Narodzenia...
Koledzy Marii patrzą z podziwem i szacunkiem na Jurka, który w podniszczonym już mundurze, z ręką na temblaku i nieodłączną fajeczką robi na nich wrażenie wygi frontowego. Potem stukają pięknie obcasami panowie podchorążacy w nowych, jak spod igły mundurach i odmeldowują się. Na wojnę. To już nie są koledzy, to żołnierze, którzy idą nas bronić. Naszej Ojczyzny!


2 września.
Ciemna smuga z palącego się, strąconego Niemca. Na dźwięk nadlatujących z bardzo wysoka, maszyn, zrywają się warszawskie gołębie. Furkoczą chwilę w powietrzu, aby znów usiąść, tym razem po przeciwnej stronie ulicy, tak jakby tam było bezpieczniej.
- Popatrz, córko! Walka dwóch samolotów w powietrzu! Mimo konwencji międzynarodowej traktują nasze miasto jako obiekt wojskowy!
Trzeba zrobić zakupy. Syrena wyje. "Uwaga, uwaga! Koma trzy przeszedł!" Brama staje się prowizorycznym schronieniem. Wychylone, ciekawskie, uniesione ku niebu głowy. Wysoko, w chmurach brzęczą obce maszyny. To nic. To tylko loty patrolowe. Fotografują pewnie miasto, obiekty. To nic.
Chleb i masło jest. Brak mięsa. To nic. I sól. "Koniecznie kup sól" - powiedział ojciec. "Kupcie słoninę!" - krzyczy przez telefon pan Antoni.
Radio podaje, że czternaście samolotów wroga strąconych, zginęło dwóch polskich pilotów.


3 września.
Obowiązuje zaciemnienie. W nocy trzeba się ubierać. To alarm przeciwlotniczy.
- Nie będę schodził do schronu. Nigdy nie zejdę! Mam zginąć, to zginę tu! - powtarza ojciec.
"Helenka" trzęsie się, ale też zostaje na górze. Z rzadka padają na miasto bomby. Niemieckie samoloty ciągle wysoko. Próbują atakować.
- Tatusiu! Padła Częstochowa! Samoloty "LOT-u" wylądowały koło Grójca.
Okna przekreślone krzyżami z papierowych pasków.


Macki żelaznego potwora, po przełamaniu obrony polskiej pełzną w głąb kraju. Jurek zgłasza się do Dowództwa.
- Nie jest tak źle, tatusiu! Mówiłam! Francja i Anglia wypowiedziały jednak Niemcom wojnę!
- Z tak daleka co oni mogą nam pomóc! "Wicher" i "Gryf" zatopione! Niemcy podchodzą pod Warszawę! A tu Gamelin zapewnia cię, na ręce Rydza, o przyjaźni! Psom na buty zda się taka przyjaźń.


4 września.
- Była kobieta z mięsem spod Wołomina. Mówiła, że rano były silne walki powietrzne. Przeklęte Szwaby! - powiada "Helenka".
- Płonie szpital Okręgowy. Nie wiem, czy to prawda, podobno władze ewakuowały się na wschodni brzeg Wisły.
- Prawda, córeczko. Jeszcze uciekną za granice, zobaczysz!
Helence ktoś usiłował wyrwać na ulicy torebkę. Złapała łobuza i zaciągnęła na policję. Komisariat pusty, policja w panice opuściła miasto.
- Obiady - zarządza ojciec - od dziś jednodaniowe. Ein topgericht. Zapasów mamy niewiele, ale sklepy otwarte, można zawsze coś dokupić. Tylko nie popadajmy w panikę. Tylko spokój może nas uratować.


5 września.
- Nie śpisz, tatusiu?
- Nie, kochanie. Jak mogę spać, jeśli ciągle walą. I słychać samoloty.
- Radio podaje, że nad Łowiczem strącono dziewięć samolotów nieprzyjacielskich.
- Nie nad Łowiczem, a nad Lublinem. Musiałaś, źle usłyszeć. Nastaw głośniej radio.
- Mamy mleko - woła "Helenka". - Zrobię zacierki. Mleczarka mówiła, że rząd opuścił miasto i podobno wódz naczelny też. A żeby ich tak pokręciło. Tak zostawić naród!
- Mówiłem, że nie trzeba popadać w panikę. Już podawali, że prezydent miasta, Starzyński, działa.



Jerzy Rawicz-Twaróg
w wieku 19 lat, 1909 r.

6 września.
- Proszę pana. - głos "Helenki" jest rozdygotany - Co się dzieje? Wszyscy mężczyźni opuszczają Warszawę. Tłumy na ulicach. Boże! Co to będzie!?
- Było wezwanie.
- Tatusiu! A my co, idziemy?
- Chyba chciałaś zapytać, czy ja idę, bo jestem, o ile mi wiadomo na razie jedynym mężczyzną w tym domu. Chociaż spodnie nosisz, w cudzysłowie, ty! Nie! Nigdzie się stąd nie ruszam. Na żadną wędrówkę. Ale pan Antoni dzwonił, kiedy ciebie nie było, Kazał ci powtórzyć, że on wychodzi z miasta. Trząsł się ze strachu, stary pryk i radził "kochanemu panu Be" to samo.
- Co? Trząść się ze strachu? To się po mnie nie pokaże. Ale dlaczego ty tak brzydko mówisz "stary pryk"! Ja jestem w jego wieku.
- Ty zawsze będziesz dla mnie młody!
- A czy ty wiesz, córeczko, jaka jest wspaniała ludność Warszawy? Ludzie przeciągnęli, sami, na własnych plecach, całą armatę 75 mm, od fortu Bema w rejon Uniwersytetu. A! Byłbym zapomniał! Spotkałem w bramie harcerzyka z pilnym wezwaniem dla ciebie, Marylciu. Musisz zaraz zgłosić się na Uniwersytet. Potrzeba pomoc przy ewakuacji. Mnie wzywają do Straży Obywatelskiej.
Na Uniwerku Maria dostaje przydział do Pałacu Staszica. Trzeba wynosić i ładować na ciężarówki książki, paczki, skrzynie z Instytutu Francuskiego. Trzy razy przerywają im tę pracę alarmy. Ludzie mówią, że padł Toruń i Bydgoszcz.


- Tatusiu! To niemożliwe! To kłamstwo! Podłe oszczerstwo! Zagraniczna rozgłośnia podaje, że Niemcy wdarli się do Warszawy.
- Spokojnie, córeczko. To dopiero początek wojny. Na niebie dziś cisza. Odpędziliśmy ich. W domu mamy gości. Zajmij się nimi.
Z Pragi przyjechała rano furką cała rodzina państwa Kaczmarków: mama, tata, Jadzia i jej młodszy brat. Ulokowano ich w pokoju po kapitanie. Walizki, kosze, masa zapasów.
- Na konfitury uważajcie, żeby się nie potłukły! - woła "Mama Kaczmarkowa" - Mówiłam, - krzyczy na męża - że za mało słomy dałeś.
W południe przyszli znajomi ojca z Poznania. Ulokowano ich w pokoju prokuratora. Po kąpieli i mizernym posiłku, zaczęli mówić. Straszne rzeczy! Niemcy wysiedlają Polaków, dają im pół godziny na zabranie podręcznych rzeczy i "raus"!


7 września.
Przyjechał motorem Jurek. Jest łącznikiem między Ratuszem na Placu Teatralnym, gdzie mieści się teraz Komisariat Rządu, a Domem Akademickim na Placu Narutowicza, gdzie stacjonuje jego pułk, broniący Warszawy od Zachodu.
- Wiecie już - woła od progu, że padło Westerplatte! Niemcy doszli do Narwi, zajęli Pułtusk. Ja teraz jadę do Modlina.
- Jadę z tobą! - decyduje Maria.
- A ja pójdę na Mokotowską - wtrąca ojciec - Jestem bardzo niespokojny. Łubienica leży tak blisko Pułtuska. Dłużewscy mają na Mokotowskiej mieszkanie. Może zdążyli się ewakuować, zobaczę, co u nich. Jurku, uważaj na nią, bo ta moja córka, to postrzelona głowa.
Na drogach zatory: wojsko, ludzie, wielu z całym dobytkiem, z żywizną przywiązaną sznurkiem do przeładowanych furmanek. Jurek załatwia w twierdzy, co ma do załatwienia. Wracają szosą modlińską. Silny ogień broni pokładowej samolotów niemieckich. Trzeba zsiadać i kryć się w przydrożnych rowach. Wszyscy tak robią. Dużo zabitych, rannych. Kwiczą konie, krzyczą dzieci, płaczą kobiety.
Najtrudniej przejechać przez most na Bugo-Narwi. Warszawa już blisko. Na podjeździe do Mostu Kierbedzia, ktoś ostrzega: "Most pod obstrzałem!" Na moście zupełnie pusto.
- Przenosi na Grochów. Zeskakuj! Szybko! - woła Jurek.
Zostawiają motocykl, biegną, schyleni wzdłuż żelaznej kratownicy, zamykającej most z góry i z boków. Za chwilę słychać wybuch. Oglądają się. Motocykl wylatuje w powietrze, jedno jego koło jeszcze toczy się po moście.
W domu na Wilczej następni uciekinierzy. Ojciec przyniósł z Mokotowskiej wiadomość, na którą zamiera serce. Rozstrzelani!
- Pamiętasz, w Łubienicy była broń na ścianie...
- Wiem. W gabinecie pana Jana Dłużewskiego. Stare strzelby, zardzewiałe szable, jakieś krucice.
- Niemcy znaleźli, uznali za broń i, Marylciu, wszyscy: "Długi" i jego syn Eustachy. Karol, brat "Długiego" z Pobyłkowa i jego syn Kazik.

Takie miał szare, słodkie oczy, ocienione, jak u dziewczyny, gęstymi rzęsami…
Obiadów, w ścisłym słowa tego znaczeniu nie gotuje się. Kuchnię objęły w posiadanie kobiety i kolejno gotują dla wszystkich składkowe jedno danie. Teraz trudno się już zorientować, kto tu właściwie mieszka.
Nie tylko pokoje pełne są ludzi. W korytarzu sienniki, łóżka polowe, tobołki, płaczą jakieś dzieci. Za każdym wyjściem na ulicę, ojciec, Maria albo "Helenka' przyprowadzają zmęczonych, głodnych ludzi. Jurek przywiózł koninę, co wraz z kaszą czyni wspaniały obiad. Przywiózł też wiadomość, że zbombardowano Szpital Przemienienia Pańskiego na Pradze i Wojskowy na Szóstego Sierpnia. Spłonął też Teatr Letni.
- To już najmniejsza strata - wtrąca ojciec - drewniana, paskudna buda. Po wojnie wybudujemy ładniejszy. Zauważyłem dziś z dachu, że nasza ochrona przeciwlotnicza dalej nie pozwala na obniżenie pułapu atakującym Niemcom. Dzielnie się bronimy!
- Tak, - mówi Jurek - atak na Ochotę i Wolę też odparty. Ale są już blisko. Niebezpiecznie blisko. Zamyka się krąg wokół Warszawy.
- Zadziała Rómmel. Został dowódcą armii "Warszawa".
Jurek odjeżdża, brudny, osmolony, czarny na twarzy. Pod hełmem goreją zmęczone, przekrwione oczy.


8 września.
"Helenka" usiłuje upiec chleb, ale jej się nie udaje. Jest z zakalcem.
- U mnie na wsi - mówi żałośnie - to bym upiekła. Ale tu nie potrafię. Jakoś inaczej piec grzeje. Mały cug. A pod kuchnią… Radio umilkło! Ludzie mówili, że Niemcy zdobyli Raszyn. I Żydzi zaczynają uciekać z miasta. To zły znak. W naszej kamienicy oficyna prawie pusta.
- Warszawa II działa! - woła ojciec - O! Słyszycie! Nadają komunikat o tworzeniu punktów sanitarnych. I o barykadach!
- To co robimy, tatusiu?
- Ja idę na ulicę. Zorientuję się, co i jak. Może pomogę. Będziemy teraz wszyscy bronić naszego miasta. Nawet jeśli w tej walce będziemy osamotnieni.
- Mam pomysł. Ja zorganizuję szpitalik! - woła Maria. Z Hanką Godlewską, córką administratorki w ciągu godziny rekwirują trzypokojowy lokal na parterze, opuszczony przez żydowską rodzinę. Pan Józef, dozorca, naprędce odnawia wapnem bardzo brudne ściany.
- Wyschnie do jutra, jak nic! - powiada - Teraz jakieś łóżka by się przydały, bielizna, lekarstwa.
W mieszkaniu na górze nowi goście. Rozbita drużyna sanitarna z Poznania. Młodzi. Chłopcy i dziewczęta. Dostali rozkaz "Przebić się do Warszawy" i rozkaz wykonali. Opowiadają o ciężkich walkach nad Bzurą.
- Skąd wiedzieliście - pyta rozgorączkowana Maria - że my tu tworzymy punkt sanitarny? Z nieba nam spadliście!
- Na rogu takiej dużej ulicy, to chyba będzie Marszałkowska stawiają barykadę. Tam dyryguje robotami jakiś pan, siwy i bardzo przystojny. To on nas tu skierował. Powiedział, że się przydamy.
- Jasne! To mój ojciec! Co robi?
- Właśnie skończyli przewracać tramwaj i zaczęli wyrywać płyty z chodnika. To gdzie ten szpital?
- Szpitalik? Jeszcze go nie ma! Ale zaraz będzie! Musimy sami. Tu macie kartki z apelem do mieszkańców ulicy. Rozniesiecie to i jakby coś dali, to bierzcie i znoście na podwórze.
Maria biegnie po zgłoszony na Wilczej 42 sprzęt. Zatrzymuje się chwilę przy rogu Wilczej. Ojciec kieruje budową barykady. Robi to jak zawsze wszystko, starannie i metodycznie. Za trzon posłużył mu rzeczywiście przewrócony wóz tramwajowy. Resztę uzupełniają połamane meble, materace, skrzynie, worki z piaskiem. Ludzie z pobliskich domów wyrzucają przez okna masę niepotrzebnych gratów które sznureczek ochotników podaje do barykady. Jeszcze mało! Kilofami podważają płyty trotuaru.
Ojciec pokazuje, jak to robić i znów z rąk do rąk wędrują ciężkie płyty. Górą, gdzie na narożniku jest sklep Frageta, naprzeciwko Gruzińskiego, zostało wąziutkie przejście. Drugie, starannie zamaskowane, jest na dole.
W południe ojciec wpada do domu i od progu woła: Skończyliśmy! Prawie! Na jutro zostały jeszcze szczególiki. Słuchaj, musisz koniecznie zrobić wywieszkę o tym twoim szpitaliku. Albo zrobię sam.
Na wysokiej, przeciwpożarowej drabinie, ojciec zawiesza na wysokości pierwszego piętra prześcieradło przecięte na pół. Na nim pięknie wypisał napis: "Punkt sanitarno-opatrunkowy PCK".
Kartki nie są już potrzebne. Zaczyna napływać sprzęt. Ludzie sami przynoszą składane łóżka polowe, bandaże, leki, żywność. Jakaś pani przyniosła nawet książki. "Zarząd" szpitalika, to jest Hania i Maryla, sporządzają książkę przyjęć, ustalają dyżury. Zgłasza się chirurg z nogą w gipsie, podaje telefon pod którym jest zawsze uchwytny. I dyplomowana pielęgniarka, piękna Żydówka. Ma samodzielny pokoik na czwartym piętrze, na Wilczej 25, tam gdzie sklep "Slöjdu". W tym pokoiku, na tapczanie siedzą trzy małe, identyczne, brązowe lalkimałpki. Jedna z nich zakryła łapką usta, druga uszy, trzecia oczy.
W nocy szpitalik jest gotów. Biało zasłane, czyste łóżka, pachną dosychające ściany. Drużyna z Poznania segreguje leki, szykuje bandaże. Cisza i spokój. Organizacja. "Boże! - myśli w pewnym momencie Maria - Co za okropna myśl przeszła mi przez głowę! Jak ja mogłam przez sekundę nawet czuć żal, że wszystko przygotowane, a rannych nie ma!"
Spotykają się z ojcem w kuchni, gdzie na rogu stołu nakryła dla nich "Helenka".
- Odwaliliśmy ładny kawał roboty, córeczko. - powiada ojciec - Ale to nie wszystko. Czeka nas jeszcze jedna sprawa. Zbierz trochę sił i jak zjemy, mam tu już przygotowaną skrzynkę, sam ją zbiłem z mocnych, dębowych klepek. Trzeba znaleźć jakieś szmaty. Zapakujemy w nie Madonnę Dorego, a potem zakopiemy w Parku Ujazdowskim. Musisz tylko dobrze zapamiętać miejsce. Tak na wszelki "wpadunek". Gdyby mi się coś stało! Zrobimy to razem, po drodze weźmiesz od pana Józefa łopatę. I pamiętaj też, że ona przechodzi zawsze na najmłodszą córkę w rodzinie!
- Co ty opowiadasz! Co tobie się może stać, tatusiu!
- Dobrze, dobrze! Zbieraj się, musimy to zrobić jeszcze dziś w nocy. Słyszałem, że od jutra będzie obowiązywał zakaz poruszania się po mieście od godziny dziewiętnastej do czwartej rano.


Jest pierwszy pacjent. Kobieta. "Umysłowo chora!" - stwierdza chirurg. I dwoje malutkich dzieci przy niej. Co dalej?
- Szpital Jana Bożego! - decyduje chirurg - Ale ja z moją nogą...
Maria zarządza spisanie personalii matki i dzieci, a Hanka Godlewska odprowadza je do Domu im. Boduena. Matkę trzeba przewieźć do szpitala Jana Bożego. Ale jak? Łatwo zaordynować, trudniej wykonać. Komunikacja nie działa. Na Wilczej 23 jest na dole bar "Pod Bażantem". Przed bramą samochód na chodzie.
- Gdzie właściciel? - pyta szofera żołnierza. Okazuje się, że w barze je bigos. "Skąd oni mają kapustę?" - miga jej myśl. Okazję trzeba chwytać w lot.
- Dobrze - powiada oficer - dam pani samochód, ale tylko na godzinę. Zdąży pani?
- Muszę!
Mroczna, nieprzyjemna o kamiennej podłodze sień szpitalna. Zimno. Siostra spisuje dane personalne chorej. Uprowadza ją w głąb szpitala. Maria czeka jeszcze na kartę przyjęcia chorej. Do hallu wpada młoda dziewczyna. W oczach obłęd, długie, jedwabiste, jasne włosy rozrzucone w nieładzie. Przypada do Marii. Niespokojnie, chaotycznie mówi, że ona tutaj przez pomyłkę, żeby ją ratować. Podaje, zupełnie sensownie nazwisko, imię, adres. Chmielna numer dwa. Prosi, żeby zawiadomić rodzinę. Za chwilę siostra zabiera ją siłą.
- To chora umysłowo, - tłumaczy - każdego tak, proszę pani, nagabuje i plecie androny trzy po trzy. Jak to chorzy! Oni zawsze uważają, że są zdrowi.


11 września.
W domu telefon. Mówi, z ogromnym napięciem, inżynier Miczyński. Zaraz wyrusza na front, którym są teraz granice Warszawy. Błaga Marię, by poszła na ulicę Wawelską. "Tam - powiada - przed Instytutem Radowym, na trotuarze leżą chorzy, ewakuowani z Instytutu!" Podaje imię i nazwisko chorej. I to wszystko. Odkłada słuchawkę.
Pustymi, wyludnionymi ulicami, z których nieliczni przechodnie kryjąc się po bramach przed obstrzałem, uciekają w kierunku Śródmieścia, docierają z Hanką Godlewską, obarczone ciężkimi noszami, na Wawelską. Tam, pod Instytutem leżą na ulicy chorzy. Na szczęście nieprzytomni, więc nieświadomi grozy. Już kręcą się przy nich mieszkańcy pobliskich domów, zabierają do siebie.
Maria nigdy nie widziała kobiety, którą ma teraz ratować. Pod każdą poduszką karta informacyjna. Jest. Czarne, rozrzucone na poduszce i zlepione włosy. Jeszcze śpi po narkozie.
Potem, prawie biegiem z tymi noszami, pod coraz bardziej gęstniejącym obstrzałem. Niemcy atakują już od strony ulicy Grójeckiej. Udaje się od czasu do czasu zaagitować coraz mniej licznych przechodniów.
- Tato! - woła od progu Maria - Tato! "Helenko"! Zajmijcie się nią. Jest po operacji raka!


14 września.
- Jurka dawno już nie było!
- Nie martw się córeczko. Przyjedzie! On walczy, oni wszyscy walczą, Warszawa jest oblężona. Strasznie walą od strony Pragi. Gdzie "Helenka"?
- Wyszła o czwartej rano. Stoi w kolejce po chleb. Pójdę ją zmienić!
- Ja już jestem! - woła od drzwi "Helenka" - przyniosłam chleb. Jeszcze ciepły. Może by pan inżynier postarał się, żeby pochować tego biedaka. Pod samą naszą bramą leży. Trzeba by grób wykopać, ale jak, w trotuarze?
- Grób wykopie się tan, gdzie wyrwano płyty na barykadę. Gdzie łopata?
- W korytarzu pod lustrem. Tatusiu, zjedz śniadanie, ja schodzę do szpitalika, mam dyżur. Powiem panu Józefowi, pomoże ci.


- "Helenko"! Pani Kaczmarkowa zemdlała! Daj szybko podręczną apteczkę!
- Gdzie jej rodzina, tatusiu?
- Zeszli do schronu, był alarm, nie zauważyłaś? Ona schodziła ostatnia, bo chciała jeszcze ubezpieczyć w koce konfitury i wtedy usłyszała w radio komunikat, że atakują Pragę, płonie wiele domów. A jej jest na przeciwko fabryki amunicji. Tam jest pełno drewniaków, bud, warsztatów, składów. Łatwo o pożar. Więc się zdenerwowała.
- Tatusiu, pan Józef mówił, że otwarto bramy Pawiaka. Aż płakał, jak mi to mówił, że polscy komuniści stanęli do walki. Był Jurek. Przywiózł znowu koninę. Skoniejemy ze szczętem. Nie mógł na ciebie czekać, pojechał do Ratusza. Mówił, że Warszawa jest okrążona. I przywiózł od pani Duglas swego psa z Hożej.


15 września.
Szpitalik w ciągu paru dni przestaje być biały, czysty, sterylny. Chorzy i ranni żołnierze leżą nawet na podłodze, trudno przejść. Zaczyna brakować leków, opatrunków.
Poznańska drużyna sanitarna z bezprzykładnym samozaparciem walczy o jaki taki wygląd szpitalika. Są trudności z umieszczaniem ciężej rannych w przepełnionych szpitalach. Transport odbywa się na noszach, pod obstrzałem. Nie brakuje tylko żywności, bo mieszkańcy ulicy Wilczej gotują kolejno obiady dla "swego" szpitalika i sami przynoszą dla rannych, co kto ma.
Zeszyt przyjęć, który zastraszająco szybko się wypełnia, jest teraz prowadzony jeszcze staranniej.
- Szczególnie dokładnie musisz notować kogo, o której godzinie i dokąd odniosło się rannego. - poucza ojciec - To może przydać się po wojnie. "Ich" barykadę zajmuje wojsko.


16 września.
- Ty wiesz, Marylciu, że w Resursie Kupieckiej, na Krakowskim Przedmieściu był urządzony szpital polowy.
- A, wiem. To tam, gdzie byłam na moim pierwszym balu!
- Zbombardowany! Pomimo flagi Czerwonego Krzyża na dachu i nawet szpitale bombardują. Nie widziałaś gdzie Kurierka? Zapodział mi się?
- Nie zapodział się, ale schowałam. Nie chciałam ciebie denerwować.
- Głuptasku! Mamy jeszcze radio. Dlaczego schowałaś?
- Bo płonie Filharmonia, Katedra Świętego Jana i Zamek Królewski.


- Co z tym światłem, tatusiu! Zrób coś! W szpitaliku nie możemy przy świeczce opatrywać. Raz jest, raz gaśnie, albo migoce.
- Trafili Elektrownię. Jest tam pożar, słabnie napięcie. A nasza kamienica była zbudowana jeszcze przed wojną.
- Pierwszą światową!
- Właśnie! Mam pomysł! Tak sobie kombinuję, że wtedy nie było elektryczności, a przecież czymś musieli oświetlać. Na pewno były instalacje gazowe. Jeśli te elektryczne zrobili nieporządnie, koło przewodów elektrycznych muszą być i gazowe. Dajno drabinę, tę dużą!
Już włazi, już zeskrobuje tynk.
- Są! Nienaruszone! Przynieś mi z kuchni mój brązowy zawijas z narzędziami. Ty wiesz, że mam go jeszcze z czasów petersburskich? Wszędzie ze mną jeździł. I jeszcze zobacz w żółtej szafie w korytarzu, tam są pudełka po paście. W jednym muszą być schowane na wszelki wypadek, koszulki do lamp gazowych. Gorzej będzie z twoim szpitalikiem, bo tę oficynę dobudowali później. Zobaczymy.
Po godzinie dłubania, kichania i prychania, z sufitów spływa drgające, sinobiałe, względnie jasne światło gazowe.


17 września.
- Marylciu! Był Jurek! Pojechał do kwatery na Plac Narutowicza. Zaraz wróci i potem jedzie na Plac Teatralny. Ponieważ czekanie na jakiś ważny pakiet długo potrwa - mówił - więc w tym czasie chce skoczyć na Żoliborz. Prosił, żebyś koniecznie zaczekała. Wybrał sobie bardzo odpowiedni moment żeby przedstawić ciebie swojej rodzinie! Nie mógł tego zrobić przed wojną?
- Drugą światową!
- Może ubierz się jakoś przyzwoiciej i umyj chociaż!
- Nie mam w co, nie mam czym, bo mydło wyszło i pewnie nieprędko wróci. Pojadę tak, jak jestem, w białym fartuchu, z opaską PCK i klamrą zdobyczną, którą dostałam od Jurka. Jak na pierwszą wizytę u przyszłych teściów, bardzo dobrze!
- Co za klamra? Pokaż!
- Dostałam od Jurka. To z pasa pierwszego zabitego przez niego Niemca.
- Tu coś wyryto! Zobacz! "Got mit uns!" Każda z walczących stron wierzy, że Bóg jest z nimi. Ale wiesz co? Nie bardzo mi się to podoba!
- Dlaczego, tatusiu?
- Bo ja wiem! Tak jakoś, masz tam w swoich skarbach pas harcerski. Idź, odszukaj, ja ci szybciutko zmienię, dobrze?
- Dobrze tatku, ale trochę mi żal!
- Nie bądź dziecinna! A w rzeczy samej, skąd masz ten harcerski pas, przecież ty należałaś do PWK?
- Basia była harcerką, kiedyś zostawiła u nas. Zapomniałyśmy obie i tak został.
- Dlaczego mówisz "była"? Przecież Baśnią żyje. A harcerzem zostaje na całe życie. Jest już Jurek, słyszę motocykl przed domem. Pośpiesz się i nie zrób mi tam wstydu.


W przyczepie jest zupełnie wygodnie, trochę trzęsie i na zakrętach Jurek krzyczy: "Równoważ!" Ale kiedy trzeba przechylić się w prawo, ona robi to akurat w lewo.
W niedużej willi na Żoliborzu nie ma czasu na dłuższe rozmowy, choć witani są bardzo serdecznie i ciepło. Nikt się tu zresztą niczemu nie dziwi. Zostawiają koninę i kaszę, wskakują na motor, żegnani dobrym słowem. Most nad Dworcem Gdańskim pod silnym obstrzałem. Walą działa lotnicze i artyleria w kierunku Starego Miasta. Zaraz za mostem trzeba zmienić oponę.
Maryla wysiada, żeby rozprostować trochę nogi. W dużym leju po bombie, na dnie, leży zabita suka i cztery małe. Piękne foksteriery francuskie. Jedno małe daje oznaki życia. Maria wydobywa to ocalałe szczenię, wkłada do kieszeni fartucha. Małe wierci się chwilę, liże gładzącą je rękę i usypia spokojnie. Z lewej płonie Stare Miasto. Łuna pożarów. Na przeciwko Ratusza płonie Teatr Wielki.


Filutka znaleziona w leju po bombie
lotniczej, Komorów, 1942 rok.


19 września.
Nocuje się już tylko w korytarzu. Wszyscy razem. W pokojach od frontu szyby powybijane. Przychodząc do własnego mieszkania Maria musi za każdym razem cofnąć się i sprawdzić, czy to aby na pewno jej mieszkanie. Przybywa wciąż obcych twarzy, dzieci, bagaży. Kłębowisko koczujących ludzi. Trzeba przeskakiwać przez sienniki, materace i bardzo uważać, żeby nie rozdeptać obcych dzieci czy słoja z ogórkami. Ale od tych drzwi nikt potrzebujący schronienia nie odejdzie. Na obiad są placki kartoflane, na resztkach oleju, z konfiturami "Mamy Kaczmarkowej". Dobre, choć zimne.
Przy każdym alarmie, których coraz więcej, wszyscy z bagażami zbiegają do schronu. Z wyjątkiem Marii, jej ojca, "Helenki" i dwóch psów.
- Po to? - powiada spokojnie ojciec - Przed swoim losem nie uciekniesz!


21 września.
Teraz już na odgłos nadlatujących samolotów gołębie nie podrywają się z dachów. Przejęły po nich "wartę" stada wron, kruków. Na ulicach trupy ludzkie, padlina końska. Jest ciepło, byłoby słonecznie, gdyby nie zasnute dymami pożarów i słońce i niebo.
Grzebanie zabitych staje się poważnym problemem.
- Córeczko! - powiada ojciec, a głos mu drży - córeczko! To nie Warszawa! To od dziś "TWIERDZA WARSZAWA". Zapamiętaj tę datę. Dwudziesty pierwszy września.


22 września.
Telefon od kogoś obcego. Na ulicy Kruczej 22 bomba trafiła w dom. Obsunęła się jedna ze ścian. A na drugim piętrze leży stara, chora kobieta i jest przy niej malutkie dziecko. W białym fartuchu, z opaską Czerwonego Krzyża i klamrą harcerską przy pasku, Maria biegnie pod wskazany adres. Ostrzał. Wraca na Wilczą, bo sama nie da rady. W bramie wpada na zduna, tego samego, który wiecznie pijany umiał jednak doskonale naprawiać im piece. Dziś też pijany.
- Pan pójdzie ze mną! - rozkazuje Maria.
- Nie! - upiera się pijak - Po co mam pod bomby leźć? Jeszcze mi życie miłe!
- Pan pójdzie! - w głosie Marii napięcie - A ja panu mówię, że pan pójdzie! - Z kieszonki białego fartucha wyciąga mały browning. Pierwszy raz w życiu celuje do człowieka. A teraz pan pójdzie?
- Zabierz pani te pukawkie, przecież idę!
Na szerokim podwórzu domu przy Kruczej, gdzie na środku wśród biednej, gruźliczej roślinności, otoczona żelaznymi sztachetami figura Matki Boskiej, gromadzą się pod usuniętą ścianą ludzie. Nikt nie pomaga zdunowi, który nagle przytomnieje, podciąga, leżącą wzdłuż ściany ciężką drabinę przeciwpożarową i chce włazić!
Maria odsuwa go.
- Ja sama! Pan jest za ciężki.
Wspina się na wysokie drugie piętro. Najpierw dziecko. Zaszokowana, mała istotka. Za drugim nawrotem - staruszka, która leci przez ręce. Więc w prześcieradło, zawiązać, jak tobołek, na plecy i ostrożnie, stopień po stopniu, w dół. Kiedy Maria jest już na dole, kiedy dotyka nogą ziemi, spostrzegę, że ludzi nie ma. To znaczy są, ale ich już na świecie nie ma. Leżą nieruchomi, wokół żelaznych sztachet ogrodzenia. Żyje tylko zdun. Pijak ma zawsze szczęście! Więc tak wygląda śmierć? A bomb i strzałów padających bardzo blisko nie słyszy się. Wzrok rejestruje, słuch nie.


Zawiadomiono, że na Marszałkowskiej są dwa łóżka polowe. Trzeba pójść. Wraca obładowana. Ciężko. Gorąco. Jesień taka piękna. Na rogu Wilczej i Marszałkowskiej dobiega ją z megafonu wezwanie:
- Uwaga, uwaga! Płonie dom przy ulicy Wilczej 23. Prosi się mieszkańców okolicznych domów o szybką pomoc.
Ojciec! Biegnie, nie wypuszczając z rąk łóżek. Wpada w bramę, biegnie schodami na trzecie piętro, nie pomna ciężaru. W korytarzu potyka się o legowiska. Jej łóżko polowe zaczepia o kosz z konfiturami "Mamy Kaczmarkowej". Leje się sok truskawkowy.
- Gdzie ojciec? - krzyczy.
Na schodach kuchennych sznureczek ludzi, a przy kranie kuchennym ojciec napełnia wiadra.
- Przecież jest studnia artezyjska. - mówi bez przekonania Maria.
- Po co studnia artezyjska? - odpowiada z humorem ojciec - Od nas, z trzeciego piętra bliżej. A płonie tylko dach! Padły trzy bomby zapalające, ale tylko jedna wznieciła pożar. Zaraz kończymy, a ty przygotuj coś do jedzenia, bo "Helenka" dogląda tę panią "od inżyniera". Zbyszek był i Andrzej. W ogóle tu sznur kawalerów, a tam się pali! Jurek telefonował. Będzie jutro. Ale czy możesz mi powiedzieć, moja pani córko, po co ty przytaszczyłaś na trzecie piętro te ciężkie łóżka polowe. Przecież to ani chybi do twego szpitalika.


23 września.
- Proszą pana! - woła "Helenka" - wody w kranach nie ma! Co robić?
- Trafili Filtry! Są studzienki, będziemy nosić wiadrami. Trzeba przede wszystkim nagromadzić wodę dla szpitalika. Może zacząć się epidemia.
Po schodach tupot nóg. W drzwiach Maria.
- Ty znowu pieszkom, a nie windą!
- Tatusiu! Co z tą wodą! To tragedia!
- Wody nie ma. Filtry rozbite. Pytam, dlaczego biegłaś po schodach? Czy winda nieczynna?
Ojciec podchodzi do kontaktu. Przekręca go, ale to nic nie daje. Telefon i radio głuche.
- No tak! - powiada, ciężko siadając - Więc woda i światło! Uderzyli w najżywotniejsze punkty miasta. Barbarzyńcy! Z Wisły będziemy brać. Acha! Trzeba wywiesić kartkę na drzwiach do łazienki.
Ładnym, równym pismem kaligrafuje: "Z powodu wojny nieczynne. Najbliższy ubikator w podwórzu".
- Kto tak wali do drzwi? - denerwuje się "Helenka".
- Jurek! - woła Maria.
Przywiózł świece i bardzo zniszczoną, zczytaną prawie doszczętnie "Gazetę Wspólną".
- Od tej pory, przygotujcie się moje miłe - powiada ojciec - że każdy będzie tak walił do drzwi.


24 września.
- Jak cicho! Może, tatusiu, odstąpili od szturmu? - pyta ojca.
- Moja dobra, kochane dziewczynko! Ty ciągle: "...i szabla szczęknęła o szablę". Naiwne dziecko! Ta cisza nie wróży nic dobrego! Prześpij się trochę. Całą noc nie spałaś. Czy wy już nie przestrzegacie dyżurów?
- Nie! To nie sposób! Jest tylu rannych. Teraz już i z ludności cywilnej! Chirurga zabił wieczorem odłamek. Jurek był?
- Nie. Cicho! Co to? Słyszysz, bo może mi się zdaje?
- Nie zdaje ci się. Nadlatują, ale jakby większy szum niż zwykle. Dużo ich leci. Cała fala. Wcześnie zaczęli. Jest ósma rano.
- Dokładnie jest siódma czterdzieści. Słychać ich jakby od strony Piaseczna. Atakują!
Najpierw łoskot nadlatującej maszyny, potem z gwizdem schodzą niżej i huk bomb.
- Zobacz, tatusiu, z balkonu widać, że atakują Śródmieście, już widać pożary.
- Zejdź w tej chwili z balkonu! Chcesz głupio zginąć?
- Zaraz! To pewno bomby burzące i zapalające.
- Mówiłem, że ta cisza źle wróży. Ależ dużo pożarów.
- Na mnie krzyczysz, a sam wyłazisz!
- Ja to co innego.
- Zejdę na dół do szpitalika. Ile to już miesięcy my tak.
- Dziś jest dwudziesty czwarty września.
- Dopiero? Tatusiu! To niemożliwe!
- Czas wojny, dziecko, liczy się podwójnie! Oby tylko noc była spokojna.
Od wczesnych godzin rannych czarny dym przesłania słońce.
W nocy robi się jaśniej od pożarów. Płonie Ratusz, Świętokrzyska, padła Królikarnia. Jurka nie było.


25 września.
Między jednym nalotem a drugim chwila wytchnienia. Spacer z pieskami: "Filutką", bo to suczka, jak stwierdził autorytatywnie ojciec i z drugim kudłatym, podrzuconym parę dni temu przez Jurka.
- Tylko do rogu Mokotowskiej! - woła, przechylając się przez barierkę schodów ojciec - Pamiętaj! Dalej, na róg Wilczej i Alej, tam gdzie w narożniku domu "na pewno" straszy ani mi się waż! Tylko do Mokotowskiej.
Między Mokotowską a Kruczą, dokładnie na rogu, nagle, na jej oczach, w nic nie zapowiadającej ciszy, gejzer ziemi, kamieni i wokół nieruchome manekiny ludzkie. Bomba pada na jakieś pięćdziesiąt metrów przed nią. Fala wybuchu ogłusza ją.


26 września.
- A ty gdzie znowu? Ledwo wróciłaś.
- Po drodze było wezwanie, że na Wilczej 54 zawalił się dom. Są ranni pod gruzami.
- Umyj się chociaż. Jak ty wyglądasz? Zjedz coś. "Helenka" upitrasiła niezłą wasserzupkę. Zostawiła dla ciebie.
Gruzy, pył, deski, powyginane żelastwo. Ostrożnie, jak w grze w bierki odsunąć kawałek po kawałku. Wydobyci spod gruzów są czarni, ubrania w strzępach. Wyniesieni na dwór łykają powietrze jak ryby. Lżej rannych opatruje się na miejscu i kieruje do szpitalika na Wilczej. Jedna osoba nadaje się tylko do szpitala. Strzaskane obydwie nogi. Poznańska drużyna odgruzowuje dalej. Maria z Hanką niosą ranną do szpitala na Mokotowską, naprzeciwko kościoła Zbawiciela. Drogę oświetla płonąca, jak wielka pochodnia, jedna z wież kościoła. Brak miejsc, brak środków opatrunkowych. Nie ma mowy o przyjęciu. Lekarz o zmęczonej, poszarzałej twarzy z płonącymi z gorączki oczyma, otwiera przed nimi drzwi wejściowe i bez słowa pokazuje. Na ziemi, bez noszy, na gołej podłodze leżą ranni, umierający. Siostry o wielkich, białych kornetach i te zwykłe, i jeszcze sanitariuszki, młodziutkie dziewczynki, nie mogą nadążyć z opatrywaniem. Może szpital Świętego Łazarza na Książęcej? To samo. Może przyjmą w szpitalu Ujazdowskim. Przyjmują! Błyska myśl:
- Byłam tu kiedyś, dawno, przed drugą wojną światową.
W nocy zaciemnienie zupełne. Pogłoski o kapitulacji. Przecież to niemożliwe!


Na Marszałkowskiej jest rozbita apteka. Trzeba w tej chwili zatroszczyć się o leki. Wraca, obładowana, tak potrzebnymi dla szpitalika medykamentami, bandażami, watą. Marszałkowska pusta, bezludna. Wygląda jak dziki kanion. Rozbite sklepy, trupy, gruzy, a z dala płonie kościół Zbawiciela. U zbiegu Wilczej i Marszałkowskiej trzeba wejść na wysoko położone przejście przez barykadę. Barykada jest pusta, wojsko, które jej broniło, przesunęło dalej swoje pozycje, zasypując dolne przejście.
Od strony Ogrodu Saskiego, nisko nadlatują samoloty. Maria natychmiast zatrzymuje się. Tak uczył ojciec. Nigdy nie uciekać. Ucieczka - to łatwy cel. Czuje za plecami krawężnik domu Frageta. Opaska PCK na lewym ramieniu i wielka, zrobiona przez ojca biała torba z olbrzymim znakiem czerwonego krzyża, wypchana lekami u jej stóp. Samolot nurkuje nisko, widocznie nie ma już bomb, bo wychylony lotnik z całą premedytacją skroś swoje czarne, grube okulary wypatruje biały cel i ostrzeliwuje z broni podkładowej samotną sylwetkę. Kule odpryskują z gwizdem od twardej, ubitej na wysokości pierwszego piętra ludzkimi nogami ziemi wysoko położonego przejścia barykady. Jedna z nich przebija torbę, która zabarwia się czerwono.
Postrzeliłeś, lotniku niemiecki, buteleczkę z jodyną!


Życie zostaje wytrącone z rytmu. Nie ma podziału na dzień i noc. Śpi się między jednym wezwaniem a drugim, je się w biegu.
Najcięższe są wezwania nocne. Miasto, wielkie, rozległe - jest zaciemnione. Ale słowo "zaciemnione" nie wyraża w pełni tego zjawiska. Miasta nie ma. Leży, jak ciężko ranne, dyszące w ciemności zwierzę. W bezksiężycową noc trzeba kierować się tylko słuchem i dotykiem. Idzie się ostrożnie wzdłuż murów, odliczając, która to brama od rogu. Wtedy miasto podchodzi blisko, na wyciągnięcie ręki.


Warszawa, wrzesień 1939 r.

Dom Kolejarza przy ul. Chmielnej

Nowy Świat

Trębacza róg Focha, dziś nie istnieje.
Trzy maleńkie "stykówki"
tutaj pierwszy raz publikowane.
27 września.
Środkowy, jadalny pokój jest najbezpieczniejszy, bo otoczony z trzech stron grubymi, wewnętrznymi murami.
Eskadra, pozbywszy się śmiercionośnego bagażu, ustępuje miejsca kolejnej, tworząc nieprzerwany ciąg grozy i huku. Pokrywa miasto dywanem śmierci.
- To straszne! - mówi cicho ojciec.
- Oni pewnie chcą żeby to było straszne. - odpowiada córka - Oni chcą nas złamać! Przecież doskonale wiedzą, że bronią się nie tyIko żołnierze, wojsko, garnizony, ale i ludność cywilna. Ale wytrzymamy, tatusiu! Napewno! Modlina jeszcze nie zdobyli. I Hel się broni!
- Usiądź przy mnie, Marylciu - prosi ojciec. Na starej, pamiętającej jeszcze chude i głodne czasy mysłowickie, wygrzebanej przez ojca ze strychu, kanapie, siedzą teraz, trzymając się za ręce i milczą. Obok, przerażone do ostateczności i skomlące, tulą się do nich dwa psy.
- Boisz się, tatusiu?
- Nie! Chcę tylko teraz, kiedy śmierć krąży tak blisko, być razem z tobą. Ale wiesz co, córeczko? Pamiętaj, że kula, którą słyszysz - to nie dla ciebie. Tej dla ciebie na pewno nie usłyszysz!

Wycisza się huk wojny. Niezwyczajna, rozległa cisza ogarnia miasto. Zaraz za bramą ojciec zauważa mały, prowizoryczny grób. Środkiem jezdni ciągnie tłum ludzi. lch też wywabia na ulice ta słyszalna cisza. Każdy rozmawia z każdym. I jedno tylko powraca pytanie: "Dla czego?" Ludzie głodni, brudni, obszarpani, często ranni, w twarzach których goreją zapadnięte oczy, pytają jedni drugich: "Dla czego kapitulujemy?"
Na ich pytanie odpowiada cisza, sterczące kikuty wypalonych domów, dogasające pogorzeliska, trupy końskie, stada wron i prowizoryczne groby na ulicach. I jeszcze opuszczone, milczące barykady.
Mimo braku wody, żywności, gazu i światła błyszczące w zapadniętych twarzach oczy wszystkich, zbratanych ciężkimi zmaganiami mieszkańców Twierdzy Warszawa, wyrażają jedno: chęć dalszej walki. A co musiał czuć żołnierz odchodzący do niewoli?
- Idziemy dalej - mówi ojciec - Kruczą, Alejami do Nowego Światu. Podobno na Chmielnej dom Kolejarza zburzony. To gdzieś koło twojej dawnej szkoły!
Na Kruczej, w Alejach, a zwłaszcza na Nowym Świecie obsunięte wybuchami ściany domów obnażają mieszkania ludzkie odsłaniając, jak w dekoracji teatralnej, całe piętra siedlisk ludzkich.
Milczą oboje. Idą ulicami miasta, które ojciec ukochał i które córkę nauczył kochać. Czarne oczodoły okien, z których sterczą powyginane druty. Na Nowym Świecie wiele domów w ruinie, odsłonięty nagle komin, latarnia uliczna zgięta w pół, szkło, kamienie, cegły, gruz.
Ojciec, pogrążony dotąd w strasznym milczeniu, mówi nagle na widok tej latarni:
- Człowiek musi być twardy, jak stal, jak żelazo. Bo wtedy można go zgiąć, ale nie można złamać.
Maria rozumie, co ojciec chce przez to porównanie powiedzieć. Że Polska, choć ugięta, rzucona na kolana, nie podda się nigdy.
- Tatusiu, coś mi się przypomniało. Wróćmy jeszcze na chwilę na ulicę Chmielną. Ta dziewczyna, pamiętasz, opowiadałam ci, w szpitalu Jana Bożego! Ona mówiła, że pod numerem dwa na Chmielnej mieszkają jej rodzice. To zaraz za rogiem.
Zaraz za rogiem nie ma kamienicy numer dwa. Na zwalisku cegieł, które były kiedyś domem, zaskakujący widok. Przyciśnięte kamieniami, cegłami, zawieszone na wystających z belek gwoździach - dziesiątki kartek, karteluszków, wyrwanych z zeszytów szkolnych stronic, kawałki gazet. Za każdą kartką kryje się los człowieczy i historia miasta. Wezwania w próżnię zdawałoby się, do nikogo. A jednocześnie żywe słowa, prośby, błagania. Miłość, troska, rozpacz i nadzieja.
Wśród tych niemych wołań jedna kartka nosi interesujące ich nazwisko: "Mamo! Tatuś i babcia żyją! Szukaj nas na Powiślu u wujków. Hala zginęła pod gruzami. To już pewne, Mamo!" Data i adres powiślański.
- Czekaj! - mówi nagle z ożywieniem ojciec - zwróć uwagę na datę. Jest wcześniejsza, niż twoja wizyta w szpitalu Jana Bożego. Idziemy natychmiast na Powiśle - decyduje.
"Jeśli to jest ta sama dziewczyna, - myśli szybko Maria - to mój Jurek wróci cały i zdrowy."




Irena Rawicz-Twaróg z domu Prawdzic-Gołyńska
(1871-1942), pierwsza żona Feliksa Rawicz-Twaroga,
matka Jerzego, męża Maryli Dębickiej.

W wielkiej, pofabrycznej hali powybijane okna, kłębowisko koczowisk ludzkich. Jakaś kobieta dźwiga wiadro wody, wszak Wisła blisko. Na nielicznych piecykach gotuje się strawa, obok suszy się bielizna. Wokół gromadzą się ludzie, brudni, zarośnięci mężczyźni. Niektórzy obandażowani, wszyscy milczący. Dzieci są najbiedniejsze. Maria bierze niezdarnie małą, może trzyletnią dziewczynkę na ręce. Mała zarzuca jej, w ufnym geście, rączki ma szyję. A potem mówi cicho, monotonnym głosem:
- Ja jestem Marysia Sokolik i mieszkam na Krochmalnej czternaście - jak zepsuta płyta gramofonowa, powtarza: - na Krochmalnej czternaście... Krochmalnej.
- To myśmy ją tak nauczyli - mówi kobieta, podchodząc do Marii - jakby się miała zgubić, żeby wiedziała. Ale teraz trochę jej się przekręciło w głowie. A państwo kogo uważają? Bo my tu już wszyscy się znamy.
"Ich" rodzina siedziała z boku. Ojciec i matka, siwi oboje, w ciężkiej żałobie i młody człowiek z otępiałym wyrazem twarzy i żółtą opaską SO na ramieniu.
Ojciec zajął się siwym panem, a Maria jego żoną. Młody człowiek, ponury, zawzięty, zdecydował w pewnym momencie, że dość tych delikatnych wstępów.
- Zostawcie nas w spokoju! - warknął niemile - Już wiemy, że ona nie żyje. Zasypało ją na Chmielnej.
- To było takie dobre dziecko - płacze matka - i taka dobra córka! Miała włoski długie, jasne jak len. O Boże! Za co to wszystko!
Przydały się pouczenia ojca, żeby, jak już się coś robi, to robić to porządnie, systematycznie. Maria wyciąga swój "dziennik pokładowy" szpitalika. Czyta z niego daty.
- Ale dla czego, jak oprzytomniała, nie próbowała wyjść stamtąd - gorączkuje się niezupełnie jeszcze przekonamy młody człowiek - Byłem przecież we wszystkich szpitalach - ten szpital, jak pani mówi Jana Bożego, mógł przecież dać znać!


- Tak, - mówi ojciec Marii - na pewno szukał pan we wszystkich szpitalach. Ale nie przyszło panu do głowy pójść do Jana Bożego, bo to szpital dla wariatów, mnie by zresztą też nie przyszło do głowy. A pan wie, tam bardzo łatwo wejść, ale bardzo trudno wyjść. Pielęgniarki miały dość własnych, poważnych trosk. Ciągłe bombardowania w tym rejonie szczególnie, brak komunikacji, walka o żywność dla chorych. Kto miał sprawdzać adres podany przez dziewczynę, jeśli w dodatku każdy chory umysłowo twierdzi, że on właśnie jest normalny.
Młody człowiek nie do słuchał do końca. Wybiegł, wzburzony, nie żegnając się z nikim.
- Teraz - powiedział ojciec do córki - pójdziemy sobie. Tu blisko jest nasza przystań wioślarska. Zobaczymy co się tam dzieje.
- To może jeszcze Zamek zobaczymy?
- Nie. - odpowiada dziwnie twardo ojciec - Może kiedyś, potem. Teraz nie mógłbym.
Przystani nie ma. Spalona. Wśród zgliszczy, stosu cegieł i gruzów nie sposób odszukać czegoś, co było kiedyś małym własnoręcznie montowanym kajakiem "Marylu".


 
Stefania Rawicz-Twaróg, żona Anatola, brata
Jerzego. Po lewej w 1938 roku, po prawej
w 1983.

Z początkiem października, zaraz po kapitulacji Helu, Maria z Hanką Godlewską zwijają, niepotrzebny już "Punkt Sanitarno-Opatrunkowy PCK", porządkują papiery. Ojciec ściąga, znowu na niebosiężnej drabinie, niepotrzebny już napis.
A w mieszkaniu na górze pustki. Zaraz po kapitulacji wyszli na Pragę państwo Kaczmarkowie. Okazało się bowiem, że ich dom, aczkolwiek położony na przeciwko fabryki amunicji, stoi cały. Potem i inni opuścili gościnne progi.
Nikomu jednak z domowników nie przyszło do głowy by uporządkować mieszkanie. Szyb w oknach od frontu nie było, ojciec zabił je dyktą. Zdjął też z drzwi łazienki kartkę, na której widniało, drżącą ręką zapisane jedno jedyne zdanie: "Dziś, 1 października, Anno Domini 1939, o godzinie 13 przemaszerował ulicami Stolicy pierwszy oddział niemiecki towarzyszący mu śpiew: "Aj-li, aj-lo" odbił się tysięcznym echem wśród pustej, nie licząc gruzów i trupów, ulicy".


Lokatorzy, którzy wrócili w pierwszej połowie zimnego i deszczowego listopada, zostali powitani na Wilczej entuzjastycznie, jak najbliżsi członkowie rodziny.
Pierwszy wrócił inżynier Miczyński. Zawsze nie wylewny i małomówny, rozpłakał się na widok kartki na drzwiach do swego pokoju: "Pani Jadwiga M. Bez pukania proszę nie wchodzić".
- Przecież nie wiedziałem, czy pani, panno Marylo, wtedy zdążyła. - mówi z przejęciem.


Wraca któregoś dnia "bywszy" kapitan Raszkowski, z którego zupełnie i dosłownie opadła wspaniałość przedwrześniowego kapitana. Ubrany po cywilnemu. Za zdobyty, Bóg raczy wiedzieć, jak kapitalik staje się bardzo szybko współwłaścicielem straganu na zrujnowanych, ale "odradzających" się Koszykach. Sprzedaje tam rąbankę z nielegalnego uboju.
Nie wraca tylko obiecujący młody prokurator, a na Wilczą listonosz doręcza spóźnione zawiadomienie, że poległ w Obronie Warszawy.
Ciągle nie wraca ani nie daje znaku życia Jurek, choć już wiadomo, informacje w Warszawie rozchodzą się lotem ptaka, że ci z Obrony Warszawy są internowani w obozie przejściowym pod Łowiczem. O tym w domu nie mówi się i stara się nie myśleć.


 
Po lewej: Elżbieta Rawicz-Twrożanka (Lili),
druga córka Feliksa Rawicz-Twaroga, teścia
Maryli - zmarła w 1985 r. Po prawej Ryszard
Rawicz-Twaróg (Guga), najstarszy syn
Feliksa z jego drugiego małżeństwa.
Zmarł w 1991 r. w USA.

Życie układa się teraz tak, że najważniejszym pomieszczeniem staje się kuchnia. Zimna są coraz dotkliwsze, a tu, bądź co bądź, pali się pod płytą. Na razie drzewem, którego coraz mniej w piwnicy. Jest tam jeszcze trochę węgla, ale trzeba oszczędzać, bo podobno zapowiada się ostra zima. Z żywnością też krucho, bo żelazny zapas wrześniowy prawie nie istnieje. Jest już, co prawda, żywność na kartki, które wprowadził okupant, ale przydział jest bardzo niewielki, a po chlebie, niewiadomo z czego, i po marmeladzie z buraków - chorują wszyscy.
Pan Alojzy, dzielny, kochany listonosz przynosi emeryturę ojca. Sto złotych ma wystarczać na cały miesiąc! Ojciec robi preliminarz z którego jasno wynika, że nawet jeśli nie zapłaci komornego, to nie wystarczy na wykupienie przydziałów kartkowych. Tuż obok, na rogu Wilczej i Mokotowskiej otwarto nowy, świetnie zaopatrzony sklep Meinla "Nür für Deutsche" .


Ktoś gwałtownie załomotał do drzwi wejściowych. Maria idzie długim, ciemnym korytarzem, ciągle jeszcze pełnym jakiś kuferków, sienników i łóżek polowych. Walenie kolbą w drzwi coraz silniejsze. Otwiera odważnie.
W drzwiach stoi dwóch ludzi. Dwóch oficerów niemieckich. Niższy ma dokładnie obandażowaną głowę i twarz. Maria zamiera. I dopiero gdy wyższy z oficerów odzywa się:
- Maryla! Na miłość boską! Prędko kuchnia, duży ogień! - poznaje Jurka.
Okazuje się, że uciekli z kolegą z obozu pod Łowiczem. Po drodze ukatrupili dwóch Niemców, zdobyli w ten sposób mundury, papiery i środek lokomocji i w ten "prosty" sposób dostali się bez przeszkód do Warszawy. Jurek zna dobrze język niemiecki, kolega nie. Stąd to dokładne obandażowanie twarzy. Pasuje jak ulał do "C.K. Dezerterów" Sejdy.
Maria z "Helenką" szybko rozpalają pod płytą resztką drewna. Oni już zrzucają mundury - ogień chłonie dokumenty. W godzinę jest po wszystkim, nawet motor ojciec rozebrał dokładnie na części i wyniósł do piwnicy.
- A wy? Co z wami - niepokoi się ojciec, kiedy już wszyscy usiedli przy kuchennym stole.
- Kolega ma bliską rodzinę na Pradze, a ja… nie wiem! - mówi Jurek z namysłem. - Na Żoliborzu u ojca tłok, zresztą tam byłem meldowany, a na Hożej...
- Na Hożej już ciebie szukali - wtrąca szybko Maria. Więc tatusiu, może by tu, u nas. Jest pokój po prokuratorze.


 

- Kiedy jedziecie? Rano? - pyta ojciec - Tylko uważajcie. Teraz bardzo łapią, na dworcach zwłaszcza. Mówił mi jeden znajomy...
- Panie inżynierze, - przerywa Jurek - przecież ona jedzie ze mną!
Sąsiedzi zaopatrują ich w fundusze, "Helenka" daje adresy do rodzinnego Sochaczewa.
Wyprawa udaje się znakomicie. Przywożą pół tony kartofli i słoninę, tudzież trochę rąbanki. Transport kartofli do i z wagonu odbywa się na ich plecach. Są młodzi i silni. Potem, na Wilczej, w kuchni ma miejsce sprzedaż detaliczna. Tata z ważną miną odprawia tajemnicze misteria nad wagą, pamiętającą jeszcze czasy archangielskie.
Jest zardzewiała i ma sprężynę z hakiem, na który zawiesza się koszyk z towarem. Z niewielkiego zysku, ojciec bowiem kategorycznie zabrania stosowania aktualnych cen z czarnego rynku, czyli paskarskich, mają zawsze na tydzień zapas kartofli i słoik smalcu.

 

To już jest coś. A że za handel żywnością grozi kara śmierci, to i cóż. Za co teraz nie grozi śmierć? Praktycznie, za wszystko. Za przechowywanie Żydów i za słoninę.

 

Drugim źródłem ich dochodów są sublokatorzy. Nie płacą, co prawda komornego, ale pani Jadwiga "od inżynierów" - jak mówi "Helenka", dawno już wyzdrowiała i wróciła do dawnego mieszkania i teraz przynosi wykopane na działce pod Bemowem jarzyny.

 

Sytuacja jest trochę zawiła, nie z powodu jarzyn, oczywiście. Wygląda to tak: mąż pani Jadwigi, wojskowy, który wrócił z kampanii wrześniowej i jest u siebie, na Bemowie poszukiwany, zamienił się z inżynierem na pokoje. Tak wiec mąż pani Jadwigi mieszka na Wilczej, a coraz bardziej lewicujący inżynier na Bemowie.

 

Starszy pan w pumpach i kraciastej cyklistówce, z nieodłącznym plecakiem, to dawny kapitan Raszkowski. On przywozi na Wilczą rowerem mięso, słoninę. Jurek zarabia dodatkowo jeszcze na pośrednictwie przy wprowadzanej właśnie wymianie pieniędzy.
W czasie wypraw na daleką Ochotę, do kolegi Jurka, też Jurka Bożedaja, zbierają z pobliskich pól cenną, jak mówi ojciec - cebulę.
Do Jurka Bożedaja chodzi się nie tylko po cebulę. W październiku Niemcy wydali zarządzenie o zdawaniu aparatów radiowych. A że mieli dokładny spis radioabonentów, zdanie aparatu było koniecznością. Ale u Jurka Bożedaja w mieszkaniu jest wmontowany w piecu, w którym się nie pali, bo i czym. Aparat radiowy jest śmieszny, przestarzały, na słuchawki. Jeśli chcą słuchać audycji, nadawanych specjalnie dla Polski, muszą nocować u Jurka na Ochocie.

 

Audycje są w nocy, po godzinie policyjnej. W głębokiej ciszy, która ogarnia miasto, opatuleni w koce i swetry, słuchają, początkowo z zapartym tchem. Z talerzyka, na którym dla lepszego rezonansu leżą słuchawki, płynie z Londynu: "Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej." Słowa, słowa, słowa. Dziwne sprawy z nowym rządem polskim, z nowym prezydentem, którym na emigracji został Raczkiewicz. A gdzie pomoc konkretna? Co prócz dymów i pożarów?




Anatol Rawicz-Twaróg
na dwa tygodnie przed
aresztowaniem przez
gestapo 3 lipca 1940 r.
Więziony na Pawiaku,
zmarł w Oświęcimiu
(2410) 7 października
1941 roku.

Na Żoliborz, na Plac Wilsona jeździ się zatłoczonym do niemożliwości tramwajem. W małej willi mieszka istotnie duża rodzina Jurka.
Wychowana w ciszy dużego, przestrzennego mieszkania jedynaczka, znajduje tu nagle liczną rodzinę. I w dodatku bardzo sympatyczną. Jurek ma trzech braci. Wszyscy chłopy jak dęby. Najstarszy Staszek, potem Anatol i Zbyszek. Zbyszek jest, a raczej był kapitanem wojsk polskich. Teraz pracuje w Gazowni. Wszyscy bracia, za wyjątkiem Jerzego, są żonaci, a Anatol nawet dzieciaty. Jest jeszcze jedyna ich siostra, prześliczna Elżbieta, zwana w rodzinie Liii. Jest tak ładna, że jak wynika z natychmiast prezentowanych Marii albumów, otrzymała kiedyś pierwszą nagrodę na najpiękniejsze dziecko Warszawy. Do nich dochodzą jeszcze dzieci z drugiego małżeństwa ojca Jurka. Można się pogubić. A druga żona "teścia" in spe ma własną córkę. Do małej, wiecznie zaaferowanej żony pana Feliksa Rawicz-Twaroga mówi się "ciociu" i to jest bardzo wygodne.
Wszyscy bardzo serdecznie i z niekłamaną radością witają przyszłą bratową. "Nareszcie - powiadają bracia - Jurek nam się ustatkuje".
Pan doktor Feliks Rawicz-Twaróg, dostojny pater familiae tej licznej rodzinki dopytuje się, co ze ślubem, czy już coś postanowili w tej materii.
- Wojna, papciu! - odpowiada Jurek.
Ale starszy pan jest uparty i w dodatku optymista.
- Wojna skończy się najdalej po Wielkanocy, na wiosnę. Zobaczycie. Przyjdą z wiosną alianci, sojusznicy i dadzą Niemiaszkom łupnia. A poza tym ja już jestem stary. Chciałbym jeszcze doczekać wnuków.


Z Wilczej na Plac Trzech Krzyży nie jest daleko. Idzie więc, żeby było śmieszniej, środkiem ulicy dziwny orszak ślubny. Pan młody, mimo mrozu, bez płaszcza, w jasnym podniszczonym garniturze, panna młoda w czarnym, naprędce przerobionym ze starego fraka ojca, kostiumie. Do klapy żakietu ma przypięty biały goździk. Za nimi orszak ślubny. Z rodziny Maryli jest, prócz ojca, jedynie ciocia Zosia Dębicka, wdowa po stryju Zdzisławie. Jej dwaj synowie, Tadzio i Miecio ukrywają się "w Polsce". Jest też cała, mnoga rodzina Jurka, jego koledzy i koleżanki Marii.
Przyjęcie, które potem odbywa się na Wilczej, w jadalnym pokoju jest smutne. "Helence" ciągle leją się łzy ze wzruszenia. Nie przeszkadza jej to bynajmniej w sporządzeniu wspaniałego przyjęcia. Z upieczonej białej bułki, która nie opadła, zrobiła kanapki posmarowane smalcem. Z chleba zaś kartkowego wspaniały tort, przekładany marmeladą, też kartkową. Gwoździem przyjęcia są pomidory, które w prezencie ślubnym przyniosła pani Jadwiga. Pomidory są maleńkie, lekko podmarznięte i tym bardziej stanowią atrakcję, bo dzień 26 grudnia 1939 roku, acz słoneczny, jest wyjątkowo mroźny. Właśnie z powodu tych pomidorów, niepojęcie świeżych, wszystkich zaczyna ogarniać wesoły nastrój. "Jeśli one, te pomidory - powiadają - przetrwały, dlaczego my, ludzie, nie mielibyśmy także przetrwać. Tym bardziej, że to już nie długo. Aby do wiosny!" Tylko ciocia Zosia Dębicka raruczy: "Ten czarny kostium, biały kwiat - to zły znak!" Ale kto by się tym przejmował! W takim dniu zwłaszcza!
"Gorzkie wino" piją jedyną butelczyną wina, którą gdzieś zdobył "bywszy" kapitan. Maria patrzy na ojca, a potem przenosi wzrok na stojący opodal, od dawna nieużyteczny, patefon. Rozumieją się.
- Nie! - mówią oczy taty - Nie córeczko!
Mimo, że to jest wesele jego córki, jego jedynego, ukochanego dziecka, na Wilczej nie tańczy się i wszyscy to doskonale rozumieją i aprobują.
Obydwaj teściowie, którzy bardzo przypadli sobie do gustu, wspominają dobre, przedwojenne czasy i twierdzą, że te święta Bożego Narodzenia, to pierwsze ale na pewno ostatnie w niewoli.


Jurek przyniósł dziś gazetkę i tabliczkę czekolady. Mówi naiwny, że jedno i drugie znalazł na ulicy. Pochylają się głowy nad maleńką, zniszczoną, zczytaną kartką: "Najazd Niemców na Danię i Norwegię, Narwik!" - co według ojca jest niepokojące. "Ustępuje Chamberlain, a ster gabinetu koalicyjnego obejmuje Churchill." - co znów ojciec ocenia pozytywnie.
- Nie zerkaj tak na tę czekoladę - mówi niby surowo - wiem że jesteś łakomczuszkiem. Zjadaj prędko, póki jest, bo inaczej my ją skonsumujemy.
- Ciekawe, skąd to? - zastanawia się Maryla, rozwijając czyste, niebieskie opakowanie czekolady Sucharda ze złotym psem z góry Świętego Bernarda. Dzieli tabliczkę sprawiedliwie i ceremonialnie częstuje ojca i męża. Obydwaj, nagle "nie bardzo lubią czekoladę". Chowa więc tabliczkę, ponownie zapakowaną, do biurka. Przyda się na Wielkanoc.


Zza niedomkniętych drzwi gabinetu ojca, Maria słyszy, mimo usilnych starań interlokutorów, rozmowę:
- ...Nie, nie - powiada konspiracyjnym szeptem jej ojciec - w żadnym razie NOW. Ja już sobie umyśliłem i nawet nawiązałem kontakty, stare kontakty. A ty, Jurku, rób jak uważasz. Może rzeczywiście PLAN. Tylko pamiętaj, tam - tu widocznie wskazuje na jej pokój - ani słowa.
Maria już wie. Już się domyśla. I strach, przemożny, ogarniający serce i mózg. Strach o tych dwóch najbliższych jej ludzi. Czym stałoby się życie, gdyby ich zabrakło? W tej właśnie chwili, silnym kopnięciem daje o sobie znać "nienarodzony".



Poświadczenie zamieszkania wydane przez
władze miejskie okupowanej Warszawy.

Od tego dnia stale, ale na zmianę, jeden z nich wychodzi na miasto. W pokoju ojca, ukryty pod papierami, w biurku, pojawia się pistolet. I coraz więcej wiadomości: formują się oddziały polskie we Francji. "Orzeł" niszczy niemieckie okręty. Rozbicie w lasach nad Pilicą oddziału majora Hubali. Palmiry. Wzmaga się też czujność obu panów. To staje się nawet krępujące. Ciągłe uwagi: "Uważaj na schodach! Ubierz się cieplej! Nie biegaj za szybko!" I oddawanie każdego lepszego kęsa na jej talerz.


Dziś znowu usłyszała kawałek rozmowy:
- Mantinowie z naprzeciwka wyprowadzili się. Przed wyjazdem ona przyniosła dla dziecka koszyk kołyskę. "Helenka" już szyje zasłonki tiulowe ze starej firanki. A ja odgrzebałem stary becik. Wiesz, to jeszcze becik Maryli. Żeby tylko, Jurku, wszystko poszło dobrze.
- To będzie syn! - wtrąca autorytatywnie "Helenka", która weszła akurat do pokoju - Ja wiem najlepiej, bo "panienka" ma brzuch, jak gruszka, a to zawsze "na chłopca.
- Świetnie! - cieszy się jak dziecko Jurek. - To tak, jak umówiliśmy się, papciu - i dodaje - jak syn, to będzie Michał, dobrze?
- Zgoda, ale ja myślę, że gruszka gruszką, a to może być dziewczynka. Jej matka też tak wyglądała, a urodziła dziewczynkę. Bardzo bym chciał, żeby to była dziewczynka!
- Jolanta, Barbara, może Cecylia, albo nie, Renata - proponuje ochoczo Jurek.
- Nie! - Obrusza się ojciec. - Ja mam tu też coś do powiedzenia! Zgodziłem się na Michała. To teraz ty zrób coś dla mnie. Jeśli będzie dziewczynka, ja proszę, żeby była Krysia. Już się nie mogę doczekać! Wziąć na ręce takie małe i powiedzieć: "Krysiuniu!" To ja, twój dziadzio, dziadzio Bogdan, wnusiu maleńka! Kiedy to będzie? Obliczaliście już?
- Tak - odpowiada poważnie Jurek - kopie porządnie, więc październik, może początek listopada. Tylko cicho, papciu, bo ona nie lubi, jak…
Tego już dość. Wpada zła do gabinetu.
- Ty znowu o tym samym! Tatusiu! Jak można! Bawicie się w sekrety, jak małe chłopaki. To moje dziecko przyjdzie na świat, no, może moje i Jurka. Kopie czy też nie.
- Córeczko, spokojnie! - łagodzi ojciec - pozwól sobie skarbie powiedzieć, że przypadkiem wasze dzieci to moje wnuki. Nikt nie może mi zabronić już teraz je kochać.
Nie łatwo uspokoić, stale teraz drażliwą, Marię. Wreszcie ojciec ima się wypróbowanego sposobu. Klepie się po głowie, język natychmiast automatycznym ruchem, wyskakuje. Poklepuje się po szyi, język chowa się. Jurek natomiast ma swój "patent". Udaje obrażonego i potem bardzo długo trwają obustronne przeprosiny.
"Moi najdrożsi, moi najukochańsi, ani wiecie, jak bardzo was kocham!" - myśli już udobruchana, Maria.
- Na dobrą sprawę, moi panowie, to wy powinniście się teraz dobrze odżywiać!
- Cooo? - głosy panów są znów męskie i solidarne.
- No tak, bo wy pewnie myślicie, że ja nic nie wiem i nie rozumiem.
- A co ty wiesz, serdeńku? - pyta słodziutko ojciec.
- Chociażby to, że do mego szanownego męża są wciąż telefony. "Babcia przeprowadziła się. Mieszka teraz..." I codziennie inny adres. Coś bardzo ruchliwa ta twoja babcia. A do mego wielce szanownego ojczulka: "Proszę powiadomić inżyniera, że przywieźli świeży transport jajek." Już moglibyście wymyśleć coś zabawniejszego.
Mają więc swój własny świat, swój kąt na ziemi. Wspaniały tato-mamuś, troskliwy, dobry mąż. Pozostaje tylko poddać się tej fali ciepła i czekać, aż jej ramiona wypełni małe, śmiejące się, jej własne dziecko.


Przyszli trzeciego lipca 1940 roku o świcie. Ciężki łomot kolbami w drzwi wdarł się w sen, wdarł się w ich życie. I to był koniec ich małego, własnego świata. Zabrali wszystkich, nawet sublokatorów i "Helenkę". Mieszkanie opieczętowane.
Zanim to jednak się stało, zanim opuścili mieszkanie, zostawiono im pół godziny na przygotowanie się do wyjścia. Nie wiadomo kiedy, nagle wszyscy ubrani, ze skamieniałymi twarzami, porozumiewają się tylko wzrokiem, krążyli po pokojach. W przedpokoju jeden z karabinem, w jadalnym dwóch. W gabinecie gestapowski oficer. Ma listę imienną. Są na niej wszyscy mieszkańcy. Prócz Marii. Maria telefonuje do pani Duglas na Hożą, żeby przyszła po psy.
- Słuchajcie - szepcze w przejściu Jurek - chodźcie na chwilkę do kuchni. Coś wam pokażę.
I pokazuje nie obstawione przez Niemców, drzwi kuchenne.
- Jeden skok na piąte piętro - powiada - tam jest klapa w dachu.
- Wiem, - mówi bardzo spokojnie ojciec - i przejście na Piękną dachami. Ale ja mam 68 lat, a ona jest w szóstym miesiącu ciąży.
- Ale tam jest wolność! - upiera się Jurek.
- Więc idźcie sami, ratujcie się!
- Nie! - odpowiada Maria - Ja bez ciebie, tatusiu, nie ruszę się.
- Decydujmy! Czas uchodzi. Ten oficer siedzi w gabinecie papcia i ogląda szuflady. Zaraz znajdzie broń. A jak dobrze pójdzie to i poniemiecki motocykl w piwnicy.
- Nie! - powtarza ojciec - Nie będę uciekał. Nic nam nie mogą zrobić. Jesteśmy więźniami politycznymi. - Odwraca się i idzie do jadalnego.
- A ty? - nagle spostrzega, że Maria jest ubrana jak do wyjścia - Gdzie ty się wybierasz? Przecież ciebie na liście nie ma.
- Idę z wami! I nie próbujcie mnie przekonywać. To nadaremne.
W gabinecie, dokąd wchodzą za chwilę, oficer, stojąc teraz przy ścianie, zdejmuje wiszące tam fotografie dziadków Pallulonów. Z niezrozumiałych przyczyn, odwraca je, jakby szukał na nich napisu, który według niego, powinien się tam znajdować, a którego nie ma.
I tu dzieje się rzecz niezwykła. Oficer odwiesza starannie obie fotografie. Podchodzi do ojca, wyciąga rękę i mówi słowa, które w innym czasie i w innym wymiarze, byłyby może rewelacją:
- Meine Name ist Püiller. Zigfrid Püller.
Ojciec nie widzi wyciągniętej dłoni. Nie chce jej widzieć. Patrzy tylko w oczy oficera. Ten opuszcza po chwili rękę, powraca do biurka.
- Na, ja! Dass stimt! - powiada. Potem odwołuje rewizję, pyta, kto z nich zna język niemiecki. Zgłasza się Jurek. Oficer informuje, że daje im godzinę na przygotowanie się i zjedzenie śniadania. Sam zasiada znowu przy biurku. Widzą go przez niedomknięte drzwi, jak patrzy niewidzącymi oczyma przez okno i bębni palcami o blat.
Jak wykorzystać darowany czas? Godzina. Korzystają z niej skwapliwie. Siedzą w jadalnym pokoju przy dużym stole. W ciszy. Wszyscy. Ojciec patrzy na jedyne swoje dziecko, dziś dorosłą, ciężarną kobietę i na Jurka, jej męża, któremu powierzył swą córkę. Patrzy na dwóch sublokatorów, byłych wojskowych. I na "Helenkę" - Marię Jabłonowską, która pewnie żałuje teraz, iż nie posłuchała rady ojca i nie wróciła do siebie na wieś.
- Za minutę - mówi spokojnie ojciec - mija godzina. Wstaniemy teraz. Swołocze nie będą nas szarpać. Zachowamy godność.
Mieszkanie opieczętowano. Idą pod eskortą środkiem Wilczej odprowadzani spojrzeniami nielicznych, o tej porze, przechodniów, we wzroku których widzą nie tylko współczucie, również ulgę. "Tym razem jeszcze nie my" - czytają w ich oczach.
Na Placu Trzech Krzyży stoją szeregiem "budy". Podzieleni na grupy, rozdzieleni z sublokatorami i "Helenką" wsiadają do "bud" po przystawionych schodkach. Stojący obok nich żołnierz trzyma imienną listę. Znowu: "Ordnung muss sein… diese Frau ist nicht um die Liste". Maria odsuwa rękę żołnierza i zdecydowanym krokiem wchodzi po schodkach. Ruszają. Jadą ulicami Warszawy. Dokąd? Ojciec, przez maleńką szparę w plandece, obserwuje ulice.
- W kierunku Dzielnej. - mówi - Pewnie na Pawiak.
Do Marii dociera ta nazwa po dłuższej chwili. Ulica Pawia, Pawiak. To więzienie.


Ciężarówki wjechały na dziedziniec więzienny. Natychmiast oddzielają kobiety od mężczyzn. Kobiety zostają na podwórzu. Mężczyzn wprowadzono w głąb gmachu. Ojciec wchodzi jeden z ostatnich. Szybkim ruchem odwraca się i posyła córce pozdrowienie. I rozkłada ręce w tak dobrze znanym geście: "Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało".
Na dziedzińcu, rozkraczony esesman, stojąc przed wyciągniętym w długi szereg rzędem kobiet, uderza rytmicznie pejczem o własne, wysokie buty. Wywołuje nazwiska.
Nagłe zamieszanie po lewej, u wejścia do gmachu. Esesman słucha niecierpliwie co przekazuje mu żołnierz.
- Ja. - powiada wyniośle - bitte Frau, - tu wymienia nazwisko Marii. Ona jeszcze nie rozumie. Żołnierz popycha ją ku kancelarii. Urzędnik, Polak, rozmawia z gwałtownie gestykulującym Jurkiem. Przysłuchuje się temu niemiecki oficer. Płynna, kolokwialna niemczyzna Jurka widać robi swoje. Maria słyszy:
- Jest pani wolna. Proszę opuścić teren więzienia. Pani nie było na liście aresztowanych.
W pokoju jest dużo osób. W zamieszaniu, ktoś nachyla się ku niej i szepcze:
- Niech pani się ratuje! Z wolności może pani im pomóc.
Chce pożegnać męża, ale strażnik już popycha go w korytarz.


Ciężko, ze zgrzytem, otwiera się brama Pawiaka, przepuszcza puste "budy", gotowe do następnej zwózki aresztowanych. Dla jednej kobiety nie warto otwierać bacznej furtki. Strażnik wypycha Marię na ulicę Dzielną, zalaną teraz potokami lipcowego słońca. Tuż za Marią, nad jej głową, ciężkie, żelazne odrzwia więziennej bramy zatrzaskują się z hukiem, dzieląc świat na ludzi wolnych i tych, których wolności pozbawiono.


Instynkt nakazuje iść przed siebie, byle dalej od tego miejsca. Sercem jest przy nich. Nie ogarnia w pełni zaszłych wydarzeń. Przytomnieje dopiero koło Placu Narutowicza. Tu mieszka kolega Jurka, Jerzy Bażedaj. U niego schronienie. Nakarmiona, otulana próbuje zasnąć. Majaczą pełne słońca, puste ulice i dudni głucho, jak w głębokiej studni, jej samotny krok. Przemierzała te ulice, nieświadoma grozy, jaka padła na miasto. Dzień 3 lipca 1940 roku był dniem masowej, bezlitosnej łapanki na ulicach i z domów, z list imiennych.


U Jurka Bożedaja mieszka tylko trzy dni. Patem wpadka w organizacji i mieszkanie muszą opuścić wszyscy. Niedaleko, przy Filtrowej, mieszka teraz Basia. We wrześniu domek ich na Kolonii Staszica, spłonął doszczętnie wraz z innymi. Basia, jedyna przyjaciółka "od serca" chce zatrzymać Marię w ich, już i tak przeładowanym rodziną, mieszkaniu. Maria ma jednak inny plan. Wszak matka mówiła zawsze: "Nie załamywać rąk", a ojciec: "Zawsze śmiało przyjmuj swój los". Plan jest prosty. Pójdzie w Aleję Szucha, na Gestapo. Ma przecież pokwitowanie z odbioru mieszkania. Na nim zaś numer pokoju. Basia okazuje się nie tylko przyjaciółką "od serca", również wypróbowanym towarzyszem niedoli. Postanawia pójść razem z Marią.


Od strony Marszałkowskiej zasieki kolczaste. Dalej brama. Dwóch wartowników krzyżuje lufy karabinów. Maria, pozornie zagadana, opowiada Basi, w płynnej francuszczyźnie o Paryżu, o Polach Elizejskich, głośno wypowiadając obie nazwy. Basia żywo potakuje, udając zainteresowanie tematem, choć serca obu trzepoczą jak ptaki w klatce. Maria roztargnionym, niedbałym ruchem odsuwa lufy. Śmiejąc się, swobodnie przechodzą dziedziniec gmachu, który do niedawna jeszcze był siedzibą polskiego Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego . Po lewej i prawej stronie, położone nisko, okrętowane okienka piwnic gmachu. "To tam Zbyszek, brat Jurka" - miga Marii myśl. Przy głównym wejściu znów straż. Powtarza się ta sama gra. W hallu, w zbudowanym przez Niemców przepierzeniu, okienka dla interesantów. Ordnung siuss zein. Otrzymanie przepustki, po okazaniu pokwitowania, jest już drobnostką.
W pokoju, do którego Maria wchodzi sama, siedzi za biurkiem oficer. Ten sam gestapowiec, który był u nich w mieszkaniu. Maria otrzymuje bez trudności klucze, zezwolenie na wejście do mieszkania i to wszystko? Więc tak ma się to skończyć? Przecież klucze to był tylko pretekst. Trudno jest porozumieć się w języku niemieckim. Niewiele wyniosła z mysłowickiej szkoły, za często musiała na "Der, die, dass'ie zostać stać". Próbuje przejść na język francuski. Tak! Oficer mówi tym językiem.
Prosi, żeby przyszła za tydzień, może wtedy będzie mógł jej powiedzieć coś konkretniejszego.


Zdarcie pasków papieru, pieczętujących drzwi - to jedna chwila. Wejść i rozejrzeć po mieszkaniu - trwa wiek. Pusta, głucha cisza. Łóżka w nieładzie. Na stole resztki ostatniego ich posiłku. Zapach zamkniętych, nie wietrzonych pokoi. W łazience, zamoczone przez "Helenkę" przed "tym" dniem, duże pranie. Macza palec w wodzie. Lodowata. Wielkie, zesztywniałe sztuki bielizny są bardzo ciężkie. Nigdy nie zdoła tego wykończyć. Telefon do pani Duglas. Chora, nie może przyprowadzić psów. Idzie po nie. Spacer z nimi, psia serdeczność i beztroska wnoszą trochę życia.
Wieczorem, po godzinie policyjnej przychodzi pan Józef dozorca.
- Paczkę trzeba szykować - radzi - mam doświadczenie! I o "flotę" niech się pani postara. Szwaby łase na pieniądze. Trzeba próbować przekupić.
Pierwsza samotna noc. Budzi ją każdy szmer, trzask, dźwięk z ulicy, ruch psów, śpiących z nią razem.
Tydzień to krótki okres w życiu człowieka, ale ten ciągnie się miesiące całe. I znów z Basią powtarzają swą śmiałą improwizację w Alei Szucha. Tym razem w torebce Marii leży gruby plik "górali". Dał pan Ossowiecki i pan Antoni Hubert.
- Oddasz, dziecko - powiedzieli - po wojnie. To już niedługo.
Tak powiedzieli.


Oficer bębni znowu palcami o blat biurka, na którym leżą teraz, przygotowane, dwie szare teczki, związane starannie czarnymi tasiemkami. Teczki życia lub śmierci.
W ciszy pokoju, w którym całą jedną ścianę zajmuje regał z dziesiątkami, setkami, tysiącami takich teczek, Maria czuje nagle suchość w gardle, zdaje się jej, że nigdy nie zacznie mówić. A potem słyszy swój własny głos, który w melodyjnej mowie francuskiej, w starannym doborze słów próbuje przekazać temu tu, że ona jest gotowa, przygotowana finansowo.
Oficer przerywa na chwilę bębnienie, podnosi wzrok i... "Teraz, teraz powie to najważniejsze", myśli w napięciu Maria.
Drzwi, otwarte gwałtownym ruchem, przepuszczają dwóch esesmanów. Muszą być wyżsi rangą, bo ten "jej" zrywa się służbiście z "Heil Hitler" i Maria niewiele rozumie z ostrej, gardłowej nowy. Wie tylko, że jej chwila minęła, przepadła i może już nigdy nie wróci. Czuje instynktownie, że dzieje się coś niedobrego. Wyrzucają ją brutalnie za drzwi.
Mimo niepowodzenia, po tygodniu Maria powtarza po raz trzeci ryzykowną próbę. Tym razem jednak w znanym już jej pokoju urzęduje ktoś inny. Pytanie o tamtego człowiek kwituje jednym, krótkim: "Raus!"


W długiej, zbierającej się już od piątej rano kolejce pod Pawiakiem, tłum kobiet. Wszystkie z paczkami. I pierwsza dziwna informacja. Paczek nie przyjmują. Ale paczki to tylko pretekst. Można przez polskiego strażnika dowiedzieć się, czy taki a taki więzień jest na Pawiaku. Wtedy trzeba podać przez Patronat pieniądze i jeśli przyjmą, to oznacza jedno: więzień żyje.
W bramie domu numer 25 lub 27 przy ulicy Dzielnej, naprzeciwko wiezienia można chwilę postać, popatrzeć na zakratowane i do połowy zasłonięte deskami okna. Za nimi są "oni". Czasami, w szczelinie desek zamacha jakaś dłoń. Maria odpowiada gestem, chęć nie wie, komu. To zupełnie obojętne. Macha więzień. To wystarcza. Trzeba odpowiedzieć. Postać tu można tylko chwilę, bo spacerujący po tej stronie strażnik i dwóch granatowych pędzą nielitościwie. Uczy się więc kluczyć, chować po bramach, klatkach schodowych opuszczonych pożydowskich domów. Ale odejść stąd nie ma siły.
Za plecami słyszy cichy szloch. Odwraca się. Płacze młoda kobieta. Nieszczęście zbliża. Szybo nawiązują kontakt. Ula jest modystką, w sklepie kapeluszniczym na Brackiej. Wyłania się druga, wysoka, ciemnowłosa. Marysia Tańska i jeszcze jedna: Maja Kaczyńska. Narzeczony Uli, jedyny brat Majki, mąż Marysi. Wzięli ślub dwa tygodnie przed aresztowaniem. Z bram, zakamarków przekradają się inne kobiety.


Teraz Maria organizuje na Wilczej punkt przerzutowy. Wszystko odbywa się bardzo sprawnie. Kobiety przynoszą do mieszkania Marii grypsy i paczki. Dodatkowe paczki, bo tamte - oficjalne, wolno tylko raz w miesiącu. Pan Józef ułatwia kontakt. Maria, przepasana sznurkiem, a na nim przywieszone paczki i grypsy. Przy jej stanie to bezpieczne miejsce. Petem idzie na ulicę Rakowiecką, gdzie naprzeciwko Wyższej Szkoły Handlowej, na którą stara się nie patrzeć, mieści się więzienie mokotowskie. Tam, w małym, ciasnym pokoiczku mieszka z rodziną strażnik. Co drugi dzień pełni dyżur na Pawiaku. Tu właśnie następuje wymiana. Strażnik odbiera paczki. Krzyczy tylko, aby były płaskie i grypsy, aby ciasno zwinięte. I oddaje pocztę z Pawiaka. Strażnik ma swoich "klientów", których zna i którym ufa. Jeśli zdarzy się "obcy" gryps, Maria sama odnosi pod wskazany adres. Oczy kobiet, którym oddaje posłanie zza murów. Nieważne wówczas czy to dom profesora, robotnika, dróżnika kolejowego czy inżyniera. Człowiek przychodzi do człowieka.
Sprawa zdobycia pieniędzy na paczki staje się paląca. Najprościej byłoby nic nie wysyłać. Tu już nie chodzi o produkty żywnościowe czy papierosy. Każdy gryps z Pawiaka mówi, jak bardzo są oczekiwane wiadomości z zewnątrz. Jak oni żyją tylko tą jedną chwilą, kiedy w ich ręku znajdzie się wsunięty ukradkiem kawałek ciasno zwiniętego papieru. Dla nich to cały świat. I już wiadomo, że siedzą na tak zwanej "Szkole".
Maria rozwiązuje sprawę pieniędzy w bardzo prosty sposób. Wystarczy przejrzeć przepastne szafy w korytarzu. Na pierwszy ogień idą do komisów, których coraz więcej w Warszawie, jej rzeczy osobiste, potem garderoba po rodzicach, ubrania, Kodak, patefon, zimowe szaliki, czapki i pierścionek z turkusem po babci Pallulonowej, obrączka matki. Paczki na Pawiak idą regularnie.


Rodzinny dokument z 1854 roku
Rawicz-Twarogów potwierdzający
szlachectwo.


Na Wilczą pan Alojzy - listonosz przynosi "obciętą" emeryturę ojca.
- Ja panią znam, - mówi - jako córka, może pani pokwitować. Trochę to nieformalnie, bo wiem gdzie jest pan inżynier. Ale naplewat! Niech pani podpisuje!
- Nieformalnie? Czekaj pan - mam pomysł!
Pan Alojzy jest listonoszem, polskim listonoszom! Nie trzeba mu długo tłumaczyć.


W kancelarii Pawiaka polski listonosz jest bardzo oburzony. Powiada zaczepnie, że on nie może wypłacić córce. "Przykazano - mówi - do rąk własnych i tak ma być!"
- Przyprowadzić więźnia!
Chwila jedyna trwa wiek. Nie ma więziennej kancelarii, krat, niewoli. Jest serce przy sercu. Pachnie ulotnie mała smółka w rozgrzanym powietrzu lata olsztyńskiego, lata dziecięcych, pierwszych kroków po ziemi.
Rozdzielają ich. Nikt nie zauważa, że więzień nie złożył podpisu na pokwitowaniu.


Marysia Tańska odkrywa w opuszczonym, przylegającym do więzienia domu pożydowskim przy Pawiej 25 okienko na czwartym piętrze. Okienko dawno nieczynnej ubikacji jest wciśnięte pomiędzy dwie wysokie, ślepe ściany. Trzeba wejść na składany stołek, ustawiony chwiejnie na sedesie.
I wtedy, w oddaleniu, w ciemnej i długiej szparze miedzy domami widać, oświetlony słońcem lipcowym, maleńki skrawek podwórza więziennego. Spacer zawsze o tej samej porze. Tamci, oni, jeden za drugim, w kółko, w kółko. Wiedzą już z grypsów, że tam, gdzieś w murach tkwią ich kobiety. I choć nie mogą ich zobaczyć, każdy mijając to miejsce, znajduje sposób, aby posłać znak. To wystarczy. Musi wystarczyć. Od grypsu do grypsu.


W nocy, pomimo godziny policyjnej, przemyka się na Wilczą młody chłopiec. Przynosi kartkę od "Helenki" ze Skaryszewskiej. Prosi ona o trochę pieniędzy i ciepłą odzież. Więc tam ich zawiedli! Na Skaryszewskiej 8, gdzie przedtem była szkoła jest teraz Arbeitsamt.
Sztachety oblepione ludźmi, na ulicy tłum. W oknach też. Do byłego kapitana przyszła żona, pani Jadwiga, do "Helenki" Maria, do kapitana Raszkowskiego nikt. Paczki rzuca się wysoko, w górę, żeby trafiły na piętro.
- Ja się z nim podzielę! - woła, usiłując przekrzyczeć ludzi "Helenka" - Co z praniem?
- Tak, tak, wykończyłam! - krzyczy Maria - Nie masz innych zmartwień!
Miga jej obraz gnijącej w wodzie bielizny. Jak ma to wykończyć, jeśli wodę trzeba grzać w kotle na kuchni i nosić do łazienki.
- A pan starszy?
- Dobrze! - krzyczy Maria. "I to jedno słowo - myśli - musi zastąpić wszystko. I że "pan starszy" czuje się nieźle, jak wynika z grypsów innych kobiet od więźniów z tej samej celi, że podtrzymuje na duchu wszystkich i że wszyscy nazywają go "Papciem".
Ale z tych grypsów wynika też, że Jurek przeżywa kryzys. Jest drażliwy, nerwowy, staje się agresywny, zwłaszcza wobec brata, to znów popada w apatię. Bo tego samego dnia, o tej samej godzinie aresztowano na Żoliborzu jego średniego brata, Anatola. Więc to "dobrze" musi wystarczyć.


W nocy dzwoni telefon.
- Miałam informację! - woła rozgorączkowana Marysia Tańska - Na Pawiaku coś się szykuje. Mówią, że transport. Musimy tam zaraz jechać. Trzeba zrobić paczki, i żeby dużo ciepłych rzeczy. Mam znajomego rikszarza, zaraz przyjeżdżam na Wilczą.


Czternastego sierpnia czterdziestego roku o godzinie czwartej rano obserwują więzienne podwórko. Z małego okienka widzą tył "budy" i przystawione schodki. Chwile szalonej niepewności. Przeszli czy jeszcze stoją w kolejce? I czy los zdąży, że to jest właśnie ta "buda"? Są! Zatrzymać tę chwilę, ten ułamek sekundy. Wzniesiona w pożegnalnym geście ręka ojca, uderzenie palcami złożoną dłoń Jurka.
Chwila zatrzymać się nie da!
Już zbiegają z Marysią na dół. W zamęcie transportu, nikt z pilnujących nie zauważa ukrytej za rogiem ulicy Więziennej rikszy. Kierowcy nie trzeba nic tłumaczyć. Energicznie pedałuje, w znacznej odległości od "bud", nie tracąc ich jednak z pola widzenia. Przez całą Warszawę, aż na rampę kolejową przy Żelaznej.
W rikszy przyjaciółka odzywa się tylko raz jeden.
- Maria! Ty miałaś szczęście, - mówi - widziałaś ich, machali ci, choć nie wiedzieli, że tam jesteś. Przecież to była czwarta rano. Ja mojego nie widziałam.
- Ale machali, to najważniejsze. Pozdrawiali życie!


Ukryte w pobliskich krzakach, patrzą w zmartwiałym milczeniu na obraz, który na zawsze wyryje się w ich pamięci. Szereg bydlęcych wagonów. Długi. Wszystkie zamknięte na głucho. Na dachu każdego rozkraczony, czujny esesman z karabinem gotowym do strzału.
Mijają godziny. Dzień jest upalny. Zmieniają się tylko esesmani na dachach. Pewnie spragnieni, bo stoją na pełnym słońcu. Wagony też. Bo dzień jest słoneczny, upalny, sierpniowy.
Nadchodzi noc. Kobiety nie odczuwają głodu ani pragnienia czy zdrętwienia ukryte pod litościwymi krzewami. Jest trochę rosy na trawie nad ranem.
Drgnęły, przekazując ruch jeden drugiemu, wagony ruszyły.
I mimo, że pociąg z żywym towarem dawno już odszedł, kobiety nie mogą odejść z tego miejsca.


- Czego się dowiedziałaś? - pyta Marysia Tańska.
- Transport poszedł do Niemiec, do jakiegoś Auschwitz. Nie mają bliższych danych. Wiesz, ja pójdę chyba do inżyniera Ossowieckiego. To kolega mojego ojca.
- Spytaj i o Tadzia - prosi niepewnie Marysia, choć już wie, że jej Tadeusz został na Pawiaku.
Inżynier Ossowiecki mieszka przy Marszałkowskiej, róg Litewskiej. Duże, ciemne mieszkanie. Gabinet wypełniony mnóstwem zupełnie nie pasujących do siebie rzeczy. Płótna Kossaka, wachlarze japońskie, mały posążek Buddy, wielki globus.
- To ludzie mi przynoszą - mówi inżynier - z wdzięczności. Ja pieniędzy nigdy nie biorę.
Kiedyś znalazł jakiejś pani zgubioną, cenną broszkę, odnalazł ślad zaginionego bez wieści człowieka. Tyle razy zabawiał się w przepowiadanie, co będzie na obiad w Łubienicy. Umiał ożywiać szparagi, które tłuste, ociekające masłem, skakały paniom za dekolty nie zostawiając żadnej plamki. Odczytywał, zamknięte na dziesięć spustów, listy, nawet w obcych, nieznanych sobie językach. Może więc teraz, ten jeden raz, powie. Przecież byli kolegami, i u Górskiego i potem, w Petersburgu.
Inżynier jest wielki, zwalisty o bardzo dobrotliwym wyrazie twarzy, w której błyszczy dwoje niebieskich, łagodnych i wcale nie "jasnowidzących" oczu. Patrzy teraz na Marię tymi oczami. Powoli zmienia się ich wyraz. Oczy stają się zwolna prawie szkliste. Ich ostre, błękitne spojrzenie przenika głęboko, niemal rani.
- Widzę. - bardzo wolno mówi po chwili - Widzę Bogdzia. On nie jest w Niemczech. Jest w Polsce. Ubrany w dziwne odzienie w paski. Piżama, nie piżama.
- Czy będzie wolny? - pyta, bez tchu, Maria.
- Tak… - odpowiada inżynier - Będzie wolny i swobodny. I to już nie długo.
- A mój mąż, panie inżynierze?
- Nie, - odpowiada - nie. Nigdy nie potrafiłem sobie samemu lub moim najbliższym. Nie czuję się dziś dobrze. Idź, moje dziecko, do domu.


W RGO bardzo szybko dowiaduje się, że Auschwitz to polski Oświęcim, nad Sołą, na południe od Mysłowic. W obozie koncentracyjnym więźniowie chodzą w pasiakach. Mają wytatuowane numery. Ojciec 2412, Jurek 2411, Anatol 2410.


Na ulicę Wilczą pan Alojzy przynosi pocztę. W niebieskiej kopercie zaadresowanej nieznanym charakterem pisma jest jej imię i nazwisko. W środku są dwie kartki. Na jednej obca ręka napisała: "Załączoną przy niniejszym kartkę znalazłem w dniu 15 sierpnia przy torach pod Skierniewicami, po przejeździe pociągu z transportem więźniów". I nieczytelny podpis, nieznanej, ludzkiej ręki.
A na załączonej, brudnej, zmiętej i zniszczonej kartce: "Stawaj śmiało wobec przeciwności losu! Twój tata, co już nie lata."
I jeszcze z boku dopisek: "Ktokolwiek znajdzie, proszony o odesłanie na adres mojej córki".


Maria odnajmuje teraz całe mieszkanie na Wilczej. Sobie zachowuje tylko pokoik po "Helence" przy kuchni i jadalny - przejściowy. W każdym pokoju mieszka po kilka osób, a wszyscy do Marii mówią: "Pani gospodyni".
Pokój po mężu pani Jadwigi zajmuje małżeństwo. On jest naukowcem. Uczy się nocami języka angielskiego, bo, jak powiada, języki po wojnie będą bardzo potrzebne. Pracuje jako szatniarz we "Fregacie" na Mazowieckiej. Jego żona, śliczna, zgrabna Benigna, pani Benia Sołecka, marzy o karierze śpiewaczej. Ćwiczy całymi godzinami, przeważnie w łazience, a piękny jej jak trele słowicze sopran, dochodzi do uszu Marii przez cały dzień.
W drugim pokoju, dawnym gabinecie ojca, mieszka młode "na dorobku", małżeństwo, państwo Nowakowscy. Pani Irenka, mała, okrąglutka, przebiega trzy razy dziennie całe mieszkanie z piramidą garnków. Jej mąż z dyplomem Wawelberga pracuje w komisie z maszynami do pisania. Pani Irenka jest miłą, zapobiegliwą żoneczką. I ona jest chyba "panią domu" w tym stadle, tak energicznie stukają jej wysoko ustawione, bardzo modne drewniaki. Chwieją się, też wysoko i modnie uczesane włosy.
W dawnym pokoju Marii pisze nocami na maszynie starszy pan. Powiada, że pisze powieść pamiętnik, ale że wyda to dopiero po wojnie. Ciągle zagląda do państwa Nowakowskich, do dobrze zaopatrzonej biblioteki ojca Marii. A pracuje na kolei. Jego żona, to dystyngowana też starsza pani. Przychodzi bardzo rzadko do kuchni. Gotuje u siebie w pokoju, na prymusie, a jeśli czasem przyjdzie, zaczyna się "Wersal". O małe miejsce na płycie jest zawsze cały ceremoniał dworski. Przy tym, dystyngowany jest tylko sposób bycia tej, skądinąd miłej i dobrej pani. Ubrana jest zawsze w tą samą, długą, niemodną i zniszczoną suknię, przybraną koronkami, o których mówi, że są "prawdziwe brukselskie". Okrywa się grubą, wiejską chustą, a na nogach ma zawsze te same, przewiązane sznurkiem, stare tenisówki.
Nie lepiej zresztą wygląda Maria. Mocno już zniszczona z jasnego lnu sukienka, kupiona kiedyś, dawno, "przed wiekami", piętnaście miesięcy temu, u Braci Jabłkowskich, w słoneczny dzień spacerów z Jurkiem. Gdy wychodzi do miasta, wkłada kurtkę ojca, podkolanówki i buty narciarskie. Sukienka staje się z każdym tygodniem coraz krótsza. I wcale nie dlatego, że taka teraz moda. Pani Irenka stara się wprowadzić trochę ładu w "ogólny widok" Marii. Układa jej gęste, piękne, "po babci Pallulonowej" włosy w modne, ułożone wysoko z przodu loki. Ale to wszystko na nic. Maria nie ma serca do głowy. Otrząsa się, jak kotka i znów wygląda, jak jedna z setek kobiet, które przemierzają ulice miasta w ten twardy czas okupacyjny.
W pokoju po prokuratorze mieszka i nie mieszka pan Czesław Jodłowski. Pan Czesław czasami po kilka dni nie nocuje. Czasami przyprowadza do domu wynędzniałych i obszarpanych ludzi. Sam jest zawsze bardzo starannie ubrany. Nosi bryczesy, wysokie błyszczące oficerki i krótką, beżową kurtkę. I ma zawsze najświeższe wiadomości. Bo "szmatławca" w tym domu się nie czyta.
Pokój po kapitanie Raszkowskim zajmuje pan Kasprzycki, któremu pan Józef, dozorca, wydał jak najlepszą opinię. Bo pan Józef "poczuwa się" i każdy kandydat na sublokatora jest najpierw badany przez niego, czy aby się nadaje. A pan Józef, jak sam o sobie powiada: "Oko to ja mam, że hoho! Taki już zawód!"
Pan Kasprzycki na dwa lata studiów na Politechnice, a mówi, że pracuje jako ekspedient w sklepie tekstylnym. Pokazuje nawet Ausweis. Wychodzi, istotnie, codziennie o tej samej godzinie i wraca też regularnie. Ale Basia, która jest teraz częstym gościem na Wilczej, dawno go już podejrzała i dobrze zna jego dzień pracy. Pan Kasprzycki idzie rano do baru "Pod Bażantem" na śniadanie. Potem spaceruje, a później w kawiarni załatwia z różnymi ludźmi jakieś tajemne sprawy. W czasie tych rozmów na stoliku stoją wystygłe kawy i tort kajmakowy, a pod stolikiem wędrują z rąk do rąk "górale" .
Pan Kazimierz Kasprzycki jest przystojnym blondynem. Ma gęste, kręcące się włosy, zaczesane do tyłu i dobre, łagodne oczy. Jest wysiedleńcem z poznańskiego i ma psa, małego, żółtego i bardzo sympatycznego kundla.
Tak więc na Wilczej robi się ciasno. To już prawie pensjonat. Prawie, bo wszyscy gotują sobie sami w kuchni, wedle ustalonego porządku. Oczywiście, wszyscy mieszkają nie meldowani, na co pan Józef przymyka oba oczy.
Pan Kazimierz posiada bardzo przydatną umiejętność. Zna język niemiecki. Gdy przychodzi pierwszy list, on właśnie w kuchni, przy stole, tłumaczy Marii list z Auschwitz.
A potem pisze po niemiecku: "Main gelibster Fater, ich bin gesund" i "Mein gelibster Georg, ich bin gesund" .
On też pierwszy zwraca jej uwagę na bezmyślne wyprzedawanie wszystkiego. Bo rzeczywiście wygląda na to, że przepastne szafy w korytarzu ukażą niedługo puste dna.
Wieczorami, w kuchni zbierają się wszyscy, żeby pogadać, wymienić informacje i nowiny. Najważniejsze są zawsze wiadomości. Niemcy zagarnęli Holandię, Luksemburg, Belgię. Padł Paryż. Paryż? Maria wycofuje się do swego pokoiku. Paryż! Niemcy w tym mieście jarzących się świateł. Może maszerują teraz jasną, szeroką, zwieńczoną Łukiem Triumfalnym aleją. Na Łuku z lewej strony wyryto: Jena, Austerlitz, Pułtusk, Modlin, Ostrołęka. Jak daleko jest już dzieciństwo, budowane z piasku "Pologne" i "France" rozwiał wiatr, rozmyły fale Atlantyku.
Alain, jeśli żyje, ma teraz tyle lat co ona, jeśli żyje. "Allons enfants de la patrie" .


Maria mieszka teraz z dwoma psami w pokoiku przy kuchni. Znaleziona we wrześniu, w leju po bombie, Filutka, śliczna, zgrabna foksterierka, jest stale gotowa do zabaw, żartów i figlów. Spontaniczną radością wita zawsze swoją panią, którą uwielbia. Wyrazem tej radości są czasami ciemne plamy na podłodze.
Ostatnio, zawsze pogodna suka, staje się niespokojna. Wyje nocami długo, rozpaczliwie. Dlaczego ten pies tak wyje?


W maleńkiej stróżówce dozorcy, pan Józef wręcza Marii depeszę. W maleńkiej stróżówce, której drzwi wychodzą na bramę, a jedyne okno na podwórze studnię, rozdziera się niebo, na żywe serce spadają krople roztopionego ołowiu. Gesztorben! Tego słowa nie trzeba tłumaczyć!
To on pokazywał na wieczornym niebie diamentową Gwiazdę Północy i uczył: "Adam Babie Cebulę daje, Ewa Figę Gryzie".
- Co to tak tyka, tatusiu?
- To zegarek, dziecko… chcesz posłuchać?


Teraz pan Kazimierz pisze już tylko jeden list: "Mein Gelibster Georg! Ich bin gesund". I nie można napisać, że trwa wielka bitwa o Anglię, że polskie skrzydła zadają śmierć faszystom, a im niosą nadzieję.


Pod koniec października zimnego i deszczowego. Maria pewnego wieczoru nie może zasnąć. Psy są też niespokojne. Zadzwoniłaby na Żoliborz, ale tam nie ma już nikogo. Po niedawnej śmierci teścia, pena Feliksa Rawicz-Twaroga, "ciocia" Stenia przeniosła się z młodszymi dziećmi na wieś, bo tam taniej.
- Feliks - powiedziała żegnając się z Marią - nie wytrzymał tego wszystkiego. Staszek wywieziony na roboty, Zbyszek rozstrzelany w Palmirach, Anatol i Jurek w Oświęcimiu.
Pan Sojecki stuka cichutko do drzwi:
- Pani gospodyni! Telefon do pani.
Idzie, wlokąc za sobą zmęczone nogi. Jak daleko do telefonu! Przechodząc małym korytarzykiem przesuwa dłonią po drzwiach żółtobrązowej szafy. Tam leżą porządnie poukładane pudełka po paście, a na nich ręką ojca napisy: gwoździe duże, małe, pineski. I leży zawijas petersburski z narzędziami. W jadalnym pokoju śpi Basia na starej, wyleniałej, przykrytej kocem kanapie mysłowickiej. W dużym korytarzu jest zimno, jak zresztą w całym, uśpionym o tej porze nocy, mieszkaniu.
- Tu doktor Mantin. Pani mnie pamięta? Byliśmy sąsiadami. - "Nie - myśli Maria - Nigdy nie byliśmy naprawdę sąsiadami!"
A mogliśmy nimi być. Mieszaliśmy tylko na tej samej klatce schodowej.
- Pani mnie słyszy? Ja jestem stary praktyk. Wyliczyłem sobie, że to już niedługo. Niech pani posłucha i zrobi, jak powiem. Pani teraz weźmie wiadro wody, rozleje na podłogę w kuchni, a potem ścierką, wyciera tę podłogę. Pani rozumie? I w kucki, nie na klęczkach! Już panie wie?
Maria przytomnieje. Zwariował, ani chybi pomieszało się doktorowi w głowie. Pewnie przez to zamknięcie w Getcie.
- Panie doktorze, - odpowiada po chwili - ale ja nie rozumiem.
- Nic pani nie musi rozumieć. Ja niejedno dziecko przyjmowałem. Ja jestem stary i wiem! A poza tym, obiecałem pani ojcu, że będę przy pani. Ale nie wolno nam wychodzić, wie pani, Getto.
- Ojcu? Dobrze. Zrobię to. Ale pan jeszcze zadzwoni?
- Tak, pani Mario. Zadzwonię.
O jedenastej w nocy wylewa więc wiadro wody na podłogę. I w kucki, powiedział, że w kucki. Po godzinie następny telefon.
- No i co? Jak się pani czuje?
- Świetnie! Tylko krzyż trochę boli.
- Co ile czasu?
- Co, co ile? Nie patrzyłam na zegarek. Tak mniej więcej co piętnaście, dwadzieścia minut.
- Niech pani teraz nic nie mówi. Proszę budzić jednego z lokatorów, niech idzie po rikszę i wiezie panią do szpitala. Najlepiej na Karową.
Wtedy dopiero dociera do niej w całej pełni, niedostrzegany, chyba tylko przez skracającą się coraz bardziej sukienkę, fakt, że ona musi wreszcie kiedyś urodzić. I staje się jasne, dlaczego Basia bardzo delikatnie, ale uparcie od pewnego czasu twierdzi, że ona musi nocować na Wilczej.
Wypełnia się więc czas Marii. Basia budzi pana Kazimierza, który nie pomny godziny policyjnej, zbiega po rikszę.
Jak bardzo trzęsie na bruku, jak bardzo boli, jak bardzo jest samotna, mimo obecności życzliwych ludzi.
- Mamo! - wyrywa się jej krzyk - Mateczko! Dlaczego ciebie przy mnie nie ma?
- Już jesteśmy na "Ślimaku". Jeszcze trochę cierpliwości, pani Mario - pociesza pan Kazimierz.
Wszystko, co dzieje się potem, dzieje się jakby po za nią. Białe ściany i fartuchy, krzyki rodzących, zapach lekarstw.
- Pierworódka! - stwierdza ostro pielęgniarka - Ta ma czas! Na porodówkę!
W dwie godziny później rodzi się, zupełnie sam, bo personel zajęty kobietami, które rodzą bardzo ciężko, syn Jerzego i Marii. Swym przyjściem na świat da ułudę domu i, jej w nim, rację bytowania.
W wielkiej, jasnej, o dwudziestu łóżkach sali szpitalnej klasy czwartej, klasy Kasy Chorych dla najuboższej ludności, Maria leży wśród kobiet bardzo różnego autoramentu. Tylko nieliczne cieszą się swymi nowonarodzonymi. Dla pozostałych są to tylko bachory, pomioty, niechciane i z góry skazane na niekochanie.
Do wszystkich ktoś przychodzi. I przynosi żywność. Przydziały dla szpitali są niewystarczające, a jeść chce się bardzo. Basia i pan Kazimierz przynoszą kiełbasę, boczek, czekoladę nawet. Ale lekarz stanowczo zabrania. Żeby przecierane, to może, ale tak? Rozdaje więc wszystko kobietom, do których nikt nie przychodzi.


Maria długo ogląda, przyniesioną przed chwilą przez salową, paczkę. Kto mógł zadać sobie tyle trudu? Trzy słoiki zawierają rosół z bardzo drobniutkimi kluseczkami, gotowana, przepuszczona przez maszynkę kura i przecierany kompot z jabłek. Jest też karteczka: "Życzenia szybkiego powrotu do zdrowia - rodzina Mantinow".
- Kto przyniósł? - pyta salową.
- A kto miał przynieść? - pada niechętna, bo "beznapiwkowa", odpowiedź - Taki jeden, młody, chudy, czarny. Nawet na Żydka mi patrzył, ale nie miał opaski z gwiazdą, więc nie wiem.
Przesyłki powtarzają się codziennie. Są zawsze bardzo starannie przygotowane i dieta stopniowo przechodzi w normalne pożywienie. A masło kosztuje teraz piętnaście złotych kilogram po stronie aryjskiej, w Getcie tysiąc złotych.


Na Wilczej witają Marię sublokatorzy. Witają serdecznie, bo wróciła "pani gospodyni". Psy szaleją. Filutka natychmiast przywiązuje się do Małego, którego Maria umieszcza, w przezornie kiedyś przygotowanym koszyku kołysce. Nie ma tylko firaneczek. "Helenka" nie zdążyła ich zrobić, wywieziona, gdzieś do Niemiec, na roboty.
W małym pokoiku przy kuchni mieszkają teraz wszyscy razem: Maria z synem i dwa psy.
Filutka tak sobie ulubiła Małego, że śpi razem z nim w koszyku, z łepkiem przy jego główce. I warczy groźnie na każdego, prócz Marii, kto zbliża się do dziecka. Nie jest to może zupełnie zgodne z zasadami higieny. Ale pies ogrzewa, jakże często zimne rączki Małego. Łóżko Marii jest bardzo wąskie, boi się by w czasie snu nie przydusić dziecka. Tak więc Filutka pełni rolę ogrzewacza. I pierwszy ruch maleńkich rączek napotyka nie grzechotkę, a miękką, ciepłą sierść psa. Mały otrzymuje wreszcie imię. Będzie się nazywał Krzysztof. Ojciec tak bardzo chciał mieć wnuczką Krysię, na tę pamiątkę niech będzie: Krzysztof Bogdan Jerzy.
A pan Kazimierz pisze teraz: "Mein Gelibster Georg. Zeine Sohn ist gesund… "


Telefon doktora Mantina milczy. Nie ma więc sposobu, aby mu podziękować, wyrazić wdzięczność. Jego syn ryzykował życiem, przekraczając bez opaski granice Getta. Jest jeden sposób. Pójść tam samej. Adres zna.
Na tyłach gmachu Sądów jest wejście do budynku od strony polskiej, z głównego zaś hallu jest wyjście na Leszno. Tamtędy, przez wahadłowe drzwi, wkładając szybko opaskę z gwiazdą syjońską, można znaleźć się po drugiej stronie, w Getcie.
Widok dzielnicy jest tak straszny, że Maria stara się przejść szybko, nie patrząc. Rejestruje jednak, mimo woli, zgromadzony tu ze wszystkich stron Polski, tłum ludzki, trupy leżące na trotuarach przykryte gazetami, kawiarnie, w których nieliczni, dobrze ubrani, odżywieni Żydzi, tworzą zupełnie oddzielną klasę społeczną.
W mieszkanku doktora Mantina, w małym pokoju gnieżdżą się cztery rodziny, każda w swoim kącie. Na gołym sienniku siedzi stara żydówka. Peruka przekrzywiła się, a ona kiwa się w monotonnym ruchu, śpiewając głośno psalm po hebrajsku. Stary Żyd w chałacie, a obok, kobieta, w której Maria z trudem rozpoznaje piękną niegdyś i bardzo zadbaną dentystkę z Wilczej, panią doktor Rachelę Mantin. Oboje Mantinowie siwi, przygarbieni, starzy ludzie. I obok cała czereda rosłych, dużych, średnich dzieci. Wszystkie mają jedną, wspólną cechę, która uderza i każe spuścić wzrok. To są ich oczy. Oczy, które mówią.
Na Wilczej uprzedzano Marię, żeby uważała:
- Czy pani się zastanowiła, - mówili - dlaczego oni pani pomagali, to co to robili? Żyd nigdy nie zrobi nic bezinteresownie. Zobaczy pani, jeszcze poproszą, żeby ich pani przechowała.
- Więc przechowam! To mój obowiązek - odpowiedziała wtedy twardo, choć wiedziała doskonale, że za to jest jedna kara, śmierć.
I teraz, w tym pokoju, nie czeka, na ich ewentualną prośbę. Wychodzi jej na przeciw. Reakcja jest zaskakująca. Doktor Mantin płacze, jego żona patrzy rozszerzonymi oczyma na syna - jedyne ich dziecko. Długa chwila milczenia. W tej ciszy każde z nich waży w swoim sumieniu decyzję, która może kosztować życie. Za rodziców odpowiada syn:
- Pani pewnie myślała, że my interesownie, żeby teraz pani nas ratowała. Nie, proszę pani. Myśmy już dawno zdecydowali. Zostaniemy tu, wszyscy razem. Nie jesteśmy sami, są z nami ci wszyscy - tu wskazuje na ludzi w pokoju, - Ich los jest naszym losem. A to, że ja wtedy, do pani… Człowiek musi pomagać drugiemu. Inaczej nie zasługuje na miano człowieka.
- Ile pan ma lat? - pyta ze ściśniętym gardłem Maria, patrząc na jego szarą, zapadniętą, postarzałą twarz.
- Szesnaście, proszę pani. Ale to nie ma znaczenia.
- Nasz syn odpowiedział za nas - powiedziała jego matka.
Maria zrozumiała.



Na ulicy Wilczej - 1942.

Wojna miała trwać kilka miesięcy. A to już drugie Boże Narodzenie w niewoli. Nie żyje brat Jurka, Anatol. Jego żona dostała w marcu depeszę.
Z małego okna pokoju "pani gospodyni" nie widać prawie nic.
Kawałek podwórza studni i wielką stertę śniegu, którą pan Józef usypał pod jedynym drzewkiem. I czarne okno, bo obowiązuje zaciemnienie. Dziecko usnęło, psy leżą spokojnie. Można chwilę odpocząć. W każdym pokoju odbywa się rodzinne święto. Tu, w kuchni na stole stoi przyniesiony przez panią Irenkę kawałek sernika dla "pani gospodyni". Nawet jest z rodzynkami, które teraz Maria wydłubuje bezmyślnie. Rodzynki kupiła pani Irenka na Kercelaku, gdzie, jak powiadają, można kupić wszystko. I igłę i automat. Jest już dawno po godzinie policyjnej. Do drzwi kuchennych ciche stukanie. Trzeba otworzyć. W drzwiach pan Józef. Przyniósł maleńką, chudą choineczkę, pęto wiejskiej kiełbasy i flaszeczkę bimbru.
- Tak sobie pomyślałem - mówi grubym głosem - że pani taka sama w ten dzień. Choć narodu kupa w mieszkaniu, swoich nie ma. Prowadzę pani gościa.
Maria dopiero teraz widzi za panem Józefem, ciemną, owiniętą w grubą chustę, postać. To Maria Jabłonowska, jej najukochańsza z "Helenek". Obydwie kobiety stoją na przeciw siebie bez słowa. Potem rzucają się sobie w objęcia. Długo nie mogą się oderwać. Aż pan Józef musi interweniować.
- Bimber stygnie. - powiada - Przydałaby się też herbata. Pod kuchnią by trzeba, pani Mario...
Obydwie stoją sztywno chwilę, a potem obie rzucają się do płyty. Śmiech, tak rzadki teraz gość, towarzyszy ich poczynaniom. Nie bez racji matka Marii nazywała wszystkie gosposie "Helenkami". Tylko ta "Helenka" matki Marii już nie znała.
- No to ja teraz obejrzę Małego - powiada "Helenka" - Już mi pan Józef mówił na schodach, że to syn.
"Helenka" długo ogląda, tuli i kolebie dziecko.
- Podobny, jak dwie krople wody do pana starszego. Szkoda, że nie doczekał. Tak bardzo chciał mieć wnuka. Ale do mnie mówił, że wolałby wnuczkę.
Ociera, ukradkiem oczy.
- Ale, ale. Ja tu nie z pustymi rękami. Przywiozłam jaj, masła, słoninę. Jest ogień pod płytą? To bym przysmażyła? Szepczą coś z panem Józefem.
- A mam, mam. - zaraz przyniosę. Jakoż tak nieporęcznie mi było z kubełkiem węgla w goście iść. Jeszcze w takim dniu.
Pod płytą bucha ogień. "Helenka" wynalazła swój stary fartuch i przetapia słoninę.
- Będzie tego na jakiś czas! Gdzie bielizna? Cały ten czas mnie to gryzło. Zrobię pranie.
- "Helenko"! Czyś ty oszalała! Teraz!
- A kiedy? Ja już tu pewnie więcej nie przyjdę. Jak im uciekłam, niedoczekanie ich, tych Szkopów, z transportu na roboty, to gdzie mnie będą szukać? Tu byłam meldowana! Ja teraz ukrywam się na wsi, pod Siedlcami, u takiego jednego gospodarza. Nie powiem, nawet przystojny. To gdzie ta bielizna? W szafie?
- Nie, "Helenko". Przecież je teraz mieszkam tu. Bielizna jest na pawlaczu.
Maria Jabłonowska długo kiwa głową nad szarą, niedopraną bielizną. Mruczy gniewnie, że chociaż wygotować trzeba było, a nie tak, wprost z zamoczenia.


 
Pięciolecie matury, z koleżankami szkolnymi i Kaziem Kasprzyckim, w mieszkaniu przy Wilczej, 1942 r.

- Pan Józef da klucz od góry. Powieszę.
Długo w noc wigilijną pali się w kuchni karbidówka. A oni siedzą przy biało nakrytym stole. Robi się ciepło i w kuchni i w sercu.
- U nas na wsi chłopi powiadają, że wiosną coś się ruszy. Tydzień temu zabili jednego banhszuca. U nas ludzie garną, się teraz do Chłosty .
- Wie pani - mówi pan Józef, ten mój kumpel, ten strażnik z więzienia rakowieckiego, no ten, co grypsy i paczki nosił na Pawiak. Nakryli go niedawno. Poszedł transportem do Oświęcimia.
- Tyle narodu niewinnego ginie - mówi "Helenka".
- A na Pawiaku jakiegoś esesmana wsadzili na naczelnika. Powiadają, że ten Hein to pies na ludzi.
Jeszcze jeden gość przyszedł tej nocy wigilijnej. Człowiek wynędzniały, chudy, cały jakiś szary, z wpadniętymi oczyma. Bez słowa położył na białym obrusie maleńką szklaną fiolkę po lekarstwie. Z fiolki wypadła karteczka. Ostatnie posłanie od ojca. Pisane drżącą ręką. I data z początku października czterdziestego roku.
- Ale jak pan...
- To proste, proszę pani. Połknąłem, jak już wiedziałem, że wychodzę na wolność. To się wiedziało wcześniej, bo na dwa tygodnie przed zwolnieniem brali na specjalny blok, gdzie nas dożywiano. Bo tak, jak byłem, czterdzieści sześć kilo, proszę pani, skóra i kości, nie mogli mnie wypuścić. Miałem szczęście, bo mnie wyreklamował mój szef. Fox on jest, ale w gruncie, porządny człowiek.
Siadają wszyscy przy stole. "Helenka" podaje, krząta się, chcąc uhonorować gościa jak najlepiej. A Maria patrzy na ręce tego człowieka, który teraz, na białym obrusie, odtwarza obraz obozu.
- Tu - mówi przesuwając nóż - jest tor kolejowy, rampa, tu przywożą transporty. Brama z napisem, jak na urągowisko: "Arbait macht Frei", "Przez pracę do wolności". A tu - układa równolegle zapałki - tu, po obu stronach drogi - są nasze bloki.
Potem odsuwa talerze i kubki daleko: - Tu był plac apelowy. A te naczynia, to jakby krematoria. Wszystko otoczone zasiekami o wysokim napięciu, psy.
- W tym bloku - wskazuje na jedną z zapałek - byłem z inżynierem Dębickim. Był bardzo dzielny. Innych podtrzymywał na duchu. Tylko, jak go brali na szpital, bo to był tyfus, proszę pani, to prosił, tak prosił, że gdybym kiedyś był wolny, to żebym pani to oddał.
- A mąż? Może pan pamięta. Jurek, Jerzy Rawicz-Twaróg.
- My po nazwiskach nie bardzo. Głównie po numerach.
- 2411 - brzmi odpowiedź.
- Tak. Przy moim wyjeździe żył jeszcze, ale był na innym bloku.
- Ale jak, jak on?
- Jak wszyscy, proszę pani. Starają się nie dać!


Kolejna depesza z Oświęcimia może oznaczać tylko jedno. Najbliższe drzwi - to pokój pana Kasprzyckiego. Jak dobrze, że jest ciemno.
- Nie, nie. Niech pan nie zapala. Był listonosz. Nie musi pan tłumaczyć. Gesztorben. Ja wiem.
Pan Kazimierz, który zerwał się z tapczanu na widok wchodzącej Marii, krąży teraz po swoim pokoju, poprawia książki, odsuwa jakieś puszki. Kątem oka obserwuje młodą kobietę. Jedna z książek spada na podłogę. Pan Kazimierz odwraca się gwałtownie, ale Maria nawet nie drgnęła. Z korytarza prześwituje światło i w tym półmroku widać na krześle, przy białym kaflowym piecu nieruchomą, czarną sylwetkę i jasną plamę twarzy. Ostrożnie wyjmuje z opuszczonej ręki depeszę.
- Zgaszę światło w korytarzu i zrobię pani herbatę. Mam bardzo dobrą, angielską.
W kuchni przebiega szybko wzrokiem depeszę. Tak. Więzień numer 2411... Gesztorben.
- Pani Irenko, - stuka do drzwi sąsiadki - pani pożyczy papier listowy, pióro i atrament.
- Ależ panie Kaziku, przecież ja nie mam. Sama pożyczałam wczoraj od pana. Pan Sojecki może ma. Stało się co? Pan taki blady!
- Mąż pani Maryli, pani Twarożyny - poprawia się - właśnie przed chwilą dostała depeszę. Chcę napisać do obozu, żeby przysłali prochy. I ojca i męża.


Tak cicho w mieszkaniu, choć tyle w nim ludzi. Już wieczór. Trzeba nakarmić Małego. Butelka wysuwa się z rąk. Obudzone dziecko płacze. Płacz jest inny, jakby zachrypnięty. Rumianek nie pomaga. Dziecko jest niespokojne. Wreszcie przysypia.
Snują się obrazy, strzępy myśli. Tabliczka czekolady zostawiona kiedyś w biurku, a tu jeść nie ma co. Biały kajak na przystani... Ciocia Zosia mówiła przy ślubie, że czarny kostium i biała bluzka, to zły omen. Może depesze kłamią? Przecież tak bywa. Doktor Klesza, żona dostała depeszę, a on wrócił, wyreklamowany przez szpital. Doktor Kulesza to mąż Joli Świątkowskiej, tej z mysłowickich czasów. Pierwszy kinderbal... Ile to już lat... Jola była różą. Śmierć! Umieranie, a oni tam, przecież tam ciężej umierać. Dlaczego tak zimno?
Ciche stukanie do drzwi. Mimo braku odpowiedzi pan Kazimierz obładowany wiktuałami wchodzi do służbówki.
- Musi pani coś zjeść, napić się gorącej herbaty. Tak nie można! Pani Marylo! Niechże pani coś powie!
- ...Co? Tak. Dobrze.
- Muszę pani powiedzieć, że napisałem list do Oświęcimia. Także w sprawie pani ojca. Już wysłałem.
- Jak to?
- To pani nie wiedziała, że ich…
- Tak. Wiedziałam. Ale nigdy nie myślałam, że właśnie moi...
- Jest herbata. Już gotowa. Bardzo proszę, niech pani się napije. Prawda, że dobra?
- Nigdy nie pomyślałam, że oni, że ich...
- Krzyś śpi? Czemu tak głośno oddycha, aż świszczy. Ależ on rozpalony. Gdzie pani ma termometr?


Rano stan małego pogarsza się.
- Pani Mario! Trzeba wezwać lekarza. Zna pani kogoś?
- Tak. Kolega ojca jeszcze z czasów petersburskich. Wezwany pośpiesznie pan Michałowicz, profesor Mieczysław Michałowicz z trudem mieści się w małym, służbowym pokoiku. Pochylony nad łóżkiem, uważnie bada dziecko. Wyprostowuje się i poprawia nerwowo binokle.
- Ostre zapalenie obustronne płuc. Proszę przygotować dziecko. Zabieram je na Litewską. Jak Bogdan? - pyta. Maria nie odpowiada.
- Oświęcim - odzywa się za nią pan Kazimierz, który sprawnie wiąże becik, otula grubą chustą.
- Rozumiem. A pan kto? Mąż? - nie czekając na odpowiedź, ciągnie dalej - Tak. Chcą nas wykończyć. Wszystkich nas to czeka. Dziś Bogdan, jutro ja. Niemcy podporządkowali sobie prawie całą Europę, część Związku Sowieckiego. Teraz dopiero wzmogą represje.


Przez cały tydzień Maria chodzi na Litewską. Tam, przez szklaną szybkę przepierzenia można parę chwil popatrzeć na synka. Potem pan Kazimierz siłą odciąga ją stamtąd, wiezie rikszą na Wilczą. Pod płytą w kuchni buzuje ogień, coś gotuje się w garnkach. Znikł chleb kartkowy, pojawiły się rumiane, krągłe chałki. Zjawia się mięso. Pan Kazimierz zaopatruje teraz swoje kawalerskie gospodarstwo i Marii.
Maria nie może jeść. Ciągle wracają obrazy o Oświęcimiu. Tam też jest zima, pada śnieg... Dymią krematoria. Co to powiedział dziś w szpitalu profesor? Że stan krytyczny?



  
Powązki, pogrzeb ojca, męża, syna…

- Pani Mario! Listonosz! Paczki przy... - woła z korytarza pani Irenka, ale nie kończy zdania. Obok już jest pan Kazimierz.
- Niech pani jej nie woła! Ja sam.
- To z Oświęcimia? - pyta pani Irenka, cofając się do swego pokoju.
- Tak. Prochy ojca i męża.
- A jak mały?
- Krzysztof, Bogdan, Jerzy zmarł dziś rano. Telefonował profesor.
- O Boże! Jak to się zbiegło. Ta paczka i to. Ja może zajmę się zawiadomieniem rodziny. Kupię kwiaty... Ale pogrzeb, przecież to trzeba już załatwiać!
- Ile się dało, już załatwiłem. Będzie nekrolog na domy, bo przecież do gazety, do tego szmatławca, pani rozumie...
- A te, te..., pudełka?
- Już załatwiłem z przedsiębiorcą.


Otwiera się granitowa płyta na powązkowskim cmentarzu, aby przyjąć trzy, małe, białe trumienki. Trzy pokolenia jednocześnie. W dwóch zamknięte są małe, kartonowe pudełka. Na wieczku precyzyjne oznaczenia: Numer 2411, Numer 2412. Data, bo "Ordnung muss zein". I pieczęć: "Koncentrations Lager Auschwitz".


Maria ma dwadzieścia cztery lata. Najbliższa przyjaciółka, Basia, wyjechała wraz z rodziną na wieś. Brat jej, siedemnastoletni Edzio zginął w Oświęcimiu. Ginie w czasie nalotu Andrzej Straszewski. Dwaj bracia pana Józefa dozorcy, zginęli, powieszeni pośród pięćdziesięciu innych bojowników PPR. Na ulicach łapanki, rozstrzeliwania, szaleje terror.
Maria żyje. Zawdzięcza to jedynie troskliwej opiece pana Kasprzyckiego. Znosi on prowianty żywnościowe, o które tak teraz trudno, jakiś ciepły płaszcz zimowy. Dba, żeby odżywiała się regularnie. Załatwia też wszystkie sprawy z sublokatorami.



Na stacji w Komorowie - 1942.

W niewielkim, bardzo schludnym pokoiku w Józefowie, gdzie pan Kazimierz zorganizował dla niej pobyt, Maria przesiaduje godzinami, wtulona w róg kanapy. Gospodyni napaliła właśnie w piecu i zostawiła otwarte drzwiczki. Wniosła też dużą, zapaloną lampę naftową. Maria gasi lampę. Woli tak, po ciemku. Wcale zresztą nie jest ciemno. Pełga czerwonożółty płomień, trzeszczą, palące się głownie, wydając milą woń lasu. Mały, zwęglony kawałek wypadł na blachę pod piecem i tam dogorywa. W pokoju robi się ciepło. Za oknami, dobrze zaopatrzonymi na zimę watą i mchem, leży śnieg. Późna będzie wiosna w tym roku. Za oknami śnieg, ptak zastukał w szybkę. Za oknami nie ma Polski.


Któregoś dnia wraca do Warszawy. Odwiedza na Służewskiej Majkę Kaczyńską. Nie musi o nic pytać. Dziewczyna, blada i mizerna, nosi jak i Maria, ciężką żałobę.
- Matka, - mówi cicho nie pytana - po śmierci mego brata. Serce nie wytrzymało.
- A Marysia Tańska?
- Jej Tadeusza wywieźli do Oświęcimia trzydziestego pierwszego stycznia. Ja wybieram się teraz na wieś, do stryjostwa. Bo i co tu będę robiła. Tam zawsze lżej. Mają taki ni to folwark, ni to mająteczek. A jak u ciebie? Byłam na Powązkach. Mama jest pochowana blisko twoich. Ładnie tam teraz, wiosna już. Jakiś miły blondyn porządkował twój grobowiec, wyrzucał stare, zeschłe wieńce. Umył płytę granitową. Przyniósł kwiaty. I mnie pomógł. To ktoś z twojej rodziny?
- Nie, Majko. To mój sublokator. Bardzo dobry człowiek. Nie wiem czy mnie zrozumiesz, ale ja nie mogę, po prostu nie mogę jeździć na Powązki. Może kiedyś.
- Doskonale rozumiem. Dlatego wyjeżdżam. Słuchaj, a czy on?
- Tak. Proponował mi i wciąż proponuje małżeństwo. Wiem, że to bardzo dobry człowiek. Tyle mu zawdzięczam.
- I co?
- Majka! - decyduje nagle Maria - Jadę z tobą!


Zagubiony w głębokich borach lubelszczyzny, mały mająteczek państwa Kaczyńskich to, po Warszawie, oaza spokoju. Godzina policyjna tu nie obowiązuje. To znaczy, tak, obowiązuje, ale nikt jej nie przestrzega. Nie zaciemnia się też okien, chyba tylko wtedy, gdy ludzie z pobliskiej wsi dają znać, że jadą "Niemce". Majątek jest pod zarządem trojhendera, ale on sam nader rzadko tu się pokazuje, zadowolony z "okupu", jaki systematycznie dostarcza mu się w postaci kur, jaj, masła, mięsa i wszelkiego innego dobra wsiowego.
Obydwie młode kobiety bardzo szybko wciągają się do pracy przy gospodarstwie, umiejętnie kierowane przez stryinę Majki. Uważa ona, że na wszelkie, najcięższe nawet rany duszy, najlepszą terapią jest praca.
Którejś nocy bezksiężycowej, ciemnej, psy szczekały głośniej, zajadliwiej niż zazwyczaj. W całym domu zapanował ruch i zamęt. Obudzono Marię i Majkę.
- Dziewczęta! Prędzej! - ponagla pani Kaczyńska - Wstawajcie! Trzeba pomóc. Szykujemy jedzenie! Dużo jedzenia!
Wygrzebały się z betów, ciepłych pierzyn. W kuchni już buzował duży ogień. A one, półprzytomne, nic nie rozumiejące, szykowały, krajały, przygotowywały jakieś bigosy, kiełbasy, boczki i Bóg wie nie co. Gospodarz odbijał kolejne butelki, i nie bimbru, a przedwojennej wódki Baczyńskiego.
Wszystko było wreszcie gotowe. Poszły, bardzo niechętne, do jadalnego.
Pierwsza zorientowała się Majka. Odstawiła półmisek z mięsiwem, podeszła do wyższego z wojskowych. Ostrożnie, z niedowierzaniem, zaczęła gładzić jego mundur, dotykać broni, orzełka.
Potem odjechali. Podwody wróciły rano i już wiedzieli, że tamci drużkami i duktami powrócili szczęśliwie do partyzanckich gniazd głęboko ukrytych w lasach. A one, one przez chwilę były w wolnej Polsce.


Wiosną, następnego roku Maria zostaje żoną pana Kazimierza Kasprzyckiego. Nie jest to najlepszy czas na zawieranie małżeństwa. Żyje się z godziny na godzinę. Z dnia na dzień. I życie ludzkie traci wartość. We dwoje zawsze jednak raźniej. I jest o kogo się troszczyć. A Kazio to dobry człowiek.


Pan Józef, który zawsze tak starannie "selekcjonuje" sublokatorów, jakoś przepuścił przez swoje "sito" następnego sublokatora, kobiety, która teraz wynajmuje pokój po panu Kasprzyckim. Kazimierz bowiem, jako pełnoprawny mąż Marii, staje się, oczywiście nie meldowanym współwłaścicielem mieszkania na Wilczej, a Maria "awansuje" z pokoiku służbowego do dawnego gabinetu.
Nowa sublokatorka, pani M. jest żoną jednego ze śpiewaków dobrze znanego chóru. Jest postawną blondynką. Najpierw są przynoszone czekolady, ciastka, pomarańcze niewiadomego pochodzenia. Bardzo szybko okazuje się, że pani M. jest kelnerką w nocnym lokalu "Nur fur Deutsche" - "Bogeda" na Nowym Świecie. Może to jakoś dałoby się wytłumaczyć specjalną misją, może pani M. jest wtyczką podziemnej organizacji. Rzeczywistość bardzo szybko rozwiewa takie przypuszczenia. Zaczynają się częste, jednoznaczne wizyty żołnierzy niemieckich, awantury pijackie na klatce schodowej. Sprawa staje się jasna. Jednakże nie skutkuje wymówienie. Pani M. oświadcza cynicznie, że nie ruszy się z mieszkania. A gdyby nalegano, to ona potrafi... Nie precyzuje jednak, co mianowicie potrafi. Ale od tej pory następuje w mieszkaniu na Wilczej solidarny bojkot tej pani. Nikt nie odpowiada na jej pytania, ignoruje się jej osobę, jak powietrze. Również w rozmowach trzeba być bardzo ostrożnym.
A tematów do nieostrożnych rozmów nie brak. Ostatnio, na murach miasta coraz więcej znaków: kotwice z literą P, szubienice z wiszącą na niej swastyką. Niemcy zasłonili tablicę z polskim napisem na pomniku Kopernika nową, w języku niemieckim. Z napisu na niej wynikało jasno, że Kopernik jest Niemcem. Polskie podziemie, ku radości warszawiaków, "konfiskuje" tę niemiecką. "Ale na tym nie koniec - opowiada wieczorem pan Józef - Teraz Niemcy "odemścili się" i usunęli pomnik Jana Kilińskiego".
- I wie pani, co widziałem? Na murach Muzeum Narodowego, tego nad Wisłą. Nasi wymalowali napis: "Tu jestem, Ludu Warszawy! Jan Kiliński".
Wszystko to daje w tych ciężkich latach poczucie, że Polska Podziemna, nie tylko jest, ale i walczy.


Na dachu domu na Wilczej siedzą już dobrą godzinę. Pan Józef opowiada szczegóły o odbiciu więźniów, przewożonych z Alei Szucha na Pawiak . Jest noc. Zaciemnione miasto. Na dachach sylwetki ludzi odcinają się wyraźnie od tła nocy. W dali, na północnym wschodzie - ostra wymiana ognia. Płonie daleko dom, jeden, drugi. Przerwa. Dalej wre walka.
- To powstanie w Getcie - mówi pan Józef.
- A ta panina sublikatorka - ciągnie dalej - gdzie ja miałem oczy, jak ona się godziła na mieszkanie? Ona powiedziała, że bardzo dobrze, że nareszcie wyduszą tę zarazę, żydowską znaczy się. A ludzie opowiadają, że tam piekło. Kobiety z dziećmi skaczą z płonących domów, wprost pod kule, strach pomyśleć! Żeby człowiek człowiekowi taki los zgotował!


W klinice na rogu Hożej i Poznańskiej lekarz dyżurny ma poczucie humoru. Na widok młodej kobiety w zaawansowanej ciąży, dźwigającej walizkę i młodego człowieka, skręcającego się z bólu, pyta:
- Kto z państwa do porodu?
Mimo, że to klinika położnicza, zajmują się przede wszystkim Kaziem.
- Owrzodzenie żołądka! - stwierdza doktor - Może nawet perforacja do otrzewnej. To wszystko z nerwów. Kto tego dzisiaj nie ma. Państwo wiedzą - pyta badając jednocześnie Marię - że już się zaczęło! To początek wielkiej ofensywy. A pan - zwraca się do Kazia - poleży u nas i będzie dobrze. Położę was razem, będzie wam weselej. Oczywiście, jak pani się "rozwiąże"!
Jeden krótki krzyk i przychodzi na świat, na ten gnębiony i rozstrzeliwany świat, dziewczynka, aby swym istnieniem zaświadczyć niezbicie, że mimo wszystko, warto żyć. Dziecko otrzymuje imiona: Krystyna Maria Stanisława.

KONIEC CZĘŚCI PIĄTEJ

1
BAZYLI
I
TERESA
1832-1862
2
GUSTAW
I
ALEKSANDRA
1862-1877
3
BOGDAN
1872-1900
4
BOGDAN
I
STANISŁAWA
1914-1922
5
MARIA
1920-1943
6
KRYSTYNA,
WOJCIECH,
JACEK
1943-197...
7
ANIA
1977-1980