|
Copyright
2007 by © Maria Dębicka-Kowalczyk.
Copyright 2007 by © Krystyna Malinowska, © Wojciech Kowalczyk, © Jacek Kowalczyk. Copyright editor 2007 by © Dziecięcy Zespół Wokalny "GONG" 02-114 Warszawa, ul. Wiślicka 8. |
|
|
Wydanie
pierwsze, internetowe.
|
Skład
komputerowy i przygotowanie do internetu własne.
|
|
Redakcja:
Jacek Kowalczyk, Krzysztof Malinowski.
|
TRZECIA
NAGRODA W KONKURSIE LITERACKIM TELEWIZJI POLSKIEJ NA SAGĘ RODZINNĄ -
1981
|
|
SMUGI
SŁONECZNE |
|
1
BAZYLI I TERESA 1832-1862 |
CZĘŚĆ
PIERWSZA
BAZYLI I TERESA
1832 - 1862
|
KRAJ LAT DZIECINNYCH Sielskie-anielskie
dzieciństwo moje! Zblakłe mahonie po
kątach mrące, Tuż przed kominkiem
wielkie fotele Na ścianach niskich
angielskie sztychy, Zdzisław Jaxa-Dębicki |
Sny Jacka są zawsze kolorowe.
Zaczepiony wysoko, na gałęzi rozrosłego drzewa, zatopiony w zieleni, przygląda
się z ciekawością dziecka, dwóm jabłuszkom zawieszonym przy grubym pniu.
Choć nisko umieszczone można je dosięgnąć. Dotyka je, dziwi się, że, acz pomarszczone
i odbarwione - jednak dają się zbadać. Poznać.
- Jaka byłaś moja praprababko? - pyta - Co robiłaś w dalekim Samborze nad Dniestrem?
Czy bardzo kochałaś swego Bazylego?
A on, Bazyli Jaxa-Dębicki, jaki był? Czy podobny do mężczyzn jego rodu, którzy
przyjdą po nim?
Nisko daleko, ale już nieosiągalne - są również inne jabłka. Wysokość, na której
wiszą te dwa, które bada - określa nasza skrzętna pamięć o tych, którzy odeszli
i nasza do nich miłość.
Nie wiem, czy to chłopcu śni się jego prapradziad, czy też Bazylemu i Teresie
marzy się ciąg pokoleń, które przyjdą po nich, wywołane z nicości mocą odwiecznych
praw rządzących człowiekiem.
Sekwencja snu pozwala chłopcu na otworzenie świata, nieskażonego cywilizacją,
w którym także żyli ludzie z krwi i kości, kochali, walczyli i na pewno myśleli
o tych, którzy nadejdą. A więc i o nim choć był wtedy tylko jedną z miliardów
możliwości.
- Aleksander von
Auersberg z córką - anonsuje lokaj.
Wysoki, postawny mężczyzna o ciemnych, prostych włosach i ostrym spojrzeniu
szarych, przenikliwych oczu, wchodzi do sali balowej, prowadząc pod rękę córkę.
Teresa dorównuje wzrostem ojcu.
Nie jest piękna, ma jednakże bardzo regularne rysy. Spod rozpiętych jak skrzydła
jaskółki - czarnych, gęstych brwi patrzą oczy mądre, dobre.
Elegancka sylwetka Teresy wtopiona w masę podobnie ubranych, balowo, panien.
Jednakże wyraz jej twarzy wyodrębnia ją z tłumu rówieśnic. Maluje się na niej
rys niezłomnej woli i zdecydowania.
Bal w Sukiennicach na Rynku w Krakowie zorganizowało Towarzystwo Naukowe dla
uczczenia nowego, 1832 roku, a nade wszystko dla zebrania, ciągle niewystarczających
środków na popieranie nauk oraz obronę i rozwijanie, tłumionej przez zaborców,
kultury polskiej.
Sukiennice pamiętają inne, wspanialsze bale z początków wieku, kiedy to z półtora
tysiąca świec oświetlało rzęsiście sale, kramy, a bywało i na zewnątrz wielką
czyniło jasność.
Ale i ten bal zapowiada się wspaniale. Salę zdobią girlandy żywych kwiatów,
w wielkich lustrach można przeglądać się do woli.
Odbijają piękne, długie, białe toalety balowe, kunsztowne uczesania głów i jarzenie
świec.
Nie jest to pierwszy bal Teresy, ale wie na pewno, że ostatni. Na tym balu jest
wbrew sobie, posłuszna woli ojca.
Rodzina Aleksandra, pochodzenia austriackiego, dawno osiadła w Polsce, zapuściła
głęboko korzenie w Galicji i pomieszała krew austriacką z polską, na korzyść
tej ostatniej. Aleksander, zmęczony życiem, owdowiały przed czasem, zamyśla
wydać córkę za mąż i to jak najlepiej. A gdzież łatwiej o odpowiedniego epuzera
, jak nie na balu. Zajęty interesami, Aleksander przebywał częściej we Wiedniu,
niż w Galicji, niewiele interesował się sprawami kraju i własną córką. Ale wiedział
dostatecznie dużo, aby niepokoić się losem dziewczyny.
Poznany w ubiegłym roku, młody człowiek, Bazyli Dębicki, nie był tą wymarzoną
dla jego jedynaczki partią. Przede wszystkim młody, zbyt młody, miał bowiem
zaledwie dwadzieścia lat, sierota, osiadły gdzieś na Podolu czy Wołyniu. Bez
perspektyw, zbuntowany przeciw legalnej władzy. powstaniec! To do niczego nie
podobne.
Ugodowe, zawsze kierujące się wiernopoddańczo na Wiedeń, do stóp tonu cesarza
Franciszka I, przekonania, nie pozwoliły upartemu Aleksandrowi spojrzeć w miarę
obiektywnie, na najbliższe mu ponoć, sprawy własnego dziecka ani dojrzeć wielkich,
szykujących się przemian historycznych.
Gwar pomieszanych głosów, szelest długich sukien, zapach perfum, błyski klejnotów,
dyskretne strojenie instrumentów, podnoszą nastrój balu. Kanapy i bankietki
wokół sali obsiadło starsze pokolenie. Pełne uśmiechów matrony, zza wachlarzy
i lorgnon , wspominają bale własnej młodości, komentują i krytykują obecnych.
Nade wszystko jednak snują projekty, szacują klejnoty, majątki i posagi. Widzą
pary i perspektywy.
Nastrój balowy i sznureczek kandydatów do tańca nie bawią Teresy. Na jej małym,
kokieteryjnie zawieszonym na ozdobnej wstążeczce karneciku , na wszystkich jego
stronach widnieje słowo: zajęte! Bowiem serce Teresy jest dawno zajęte. Zajmuje
je wyłącznie i na zawsze Bazyli Dębicki.
Rodzina rzeczywiście niezbyt majętna, osiadła na dalekim Wołyniu, gdzie Strwiąż
miesza swe wody z Dniestrem. Rodzina niemajętna, ale o utrwalonych przekonaniach
i poglądach. Nigdy u stopniu tronu, nigdy służalczy, zawsze bojowi, gotowi iść
w potrzebę za słuszną sprawę, nawet jeśli godziło to ich interesy. Nie uświadczy
się w tej rodzinie zdrajców, sprzedawczyków. Szlachectwem chlubią od przodka
Jaxy, który, umierający na polu bitewnym pod Grunwaldem , przez króla Jagiełłę
był nobilitowanym. A potem głęboki, przekazywany przez tradycję patriotyzm,
kazał im z pokolenia na pokolenie walczyć o słuszną sprawę, o lepsze jutro i
dla ziemi ojczystej na skinienie oddać krew.
Bal trwa. Wiele obecnych osób nie pochwala tej imprezy. Nie uchodzą tańce, gdy
kraj w żałobie, gdy groby powstańców jeszcze trawą nie porosłe. Cel jednak uświęca
środki. A trzeba popierać cele patriotyczne. Pod tym więc pretekstem idą polki,
mazury, polonezy. Światek krakowski lubi się bawić.
- Therese! - prosi ojciec.
- Nie, papa - odpowiada ona - Przyszłam tu jedynie dla ciebie. Nie chcę nadwerężać
twojej opinii lojalnego sługi miłościwie nam panującego cesarza, ale wybacz,
tańczyć nie mogę i nie będę.
Ojciec nie wychwytuje ironii. Nie nalega, zbyt dobrze zna upór swej jedynaczki.
Może łagodna perswazją, jak radzi tante Mizzi? Poczciwa, stara Mizzi! Jej już
także należałby się odpoczynek. Tyle lat prowadzi im dom, zastępuje dziewczynie
matkę. W razie dobrego wydania Teresy za mąż mogliby zlikwidować dom w Krakowie,
zamieszkać we Wiedniu. Starszy pan trochę się rozmarza. Ach! Wiedeń! Prater!
Tam, przy pieniącym się kuflu można by wspominać własną młodość, szaleńcze rojenia
tugenbundczyków , a niedzielę pójść do pałacyku córki, koniecznie von , na dobry
obiadek, potem cygarko i gromadka uroczych, świetnie wychowanych wnucząt. Konie,
powozy, służba!
Na razie to tylko marzenia. Bo cóż robić z tą upartą dziewczyną. On, Aleksander,
w każdym razie nigdy zgody nie wyrazi na to szaraczkowe, zaściankowe małżeństwo.
I żebyż ten Dębicki miał chociaż majątek, był ziemianinem. Ale on ma, jak usłużnie
doniesiono Aleksandrowi, hutę na dalekim Wołyniu. Nie! Do tego małżeństwa Aleksander
nie może żadną miarą dopuścić. Huta! Fi donc!
Idą więc polki, mazury, polonezy. W przerwach panny spacerują pod rękę po sali.
Ożywione, piękne kwiaty młodości.
Teresa, z najlepszą przyjaciółką znalazły sobie przytulny kącik w rogu sali.
Sophie bez przerwy opowiada, zwierza się: ...że spojrzał, uścisnął rączkę w
tańcu, orszady przyniósł i wachlarz zgubiony przyniósł. Jest tak zajęta swymi
sprawami, że nie zauważa milczenia przyjaciółki. Zresztą ta zwykle bywa mało
wylewna. Wreszcie jednak Sophie reflektuje się:
- Therese, miałaś wiadomości od Bazylego? - pyta.
- Nie, Sophie, i to mnie przeraża. Już przeszło pół roku, a nawet dłużej. Ostatni
raz był u mnie z listem zaufany Bazylego, Osyp, w maju. List był datowany dwudziestego
piątego marca w Dębe Wielkie. I od tej pory już nic.
- Therese, wybacz, uważałam, jak maman mówiła do tante Mizzi, że...
- Co mówiła? Na Boga, powtórz!
Rozdziela ich gorączkowe szykowanie się do mazura. Kawalerowie suną do upatrzonych
i dawno zamówionych partnerek.
Teresa zbliża się do ojca:
- Papa, jedźmy do domu. Ja proszę.
Umilkły
bale karnawału, nadchodziła wiosna. Do nowego życia budziła się tylko przyroda,
pokrywając kwieciem groby powstańcze. A ci, którzy uszli śmierci, dawno, jeszcze
w ubiegłym roku przekroczyli granice zaborów i poszli na tułaczkę, schronili
się na emigrację. Do Krakowa z rzadka tylko dochodziły skąpe wieści. Mówiło
się o demonstracjach w Warszawie, o przygotowywanej wyprawie Zaliwskiego, o
ciągłych nieporozumieniach i kłótniach w obozie Lelewela.
W Krakowie na Rynku gołębie, jak zawsze przenoszą swe lotne sprawy, niecierpliwią
się, gdy ręka zbyt powolnie sypie im ziarno, a spłoszone, ostrym furkotem wznoszą
się ku górze.
Teresa stoi przy oknie. Małe to jej okienko i pokoik panieński nieduży. Trochę
ładnych mahoni, na ścianach sztychy i kilka sztuk pięknej porcelany Villeroy-Boch.
Dziewczyna patrzy na Rynek, ale nie widzi ani ludzi, ani gołębi, ani kwiaciarek,
które już od rana zachwalają pierwsze kwiaty wiosny. Patrzy na Rynek, a widzi
dalekie, puste trakty wołyńskie, rzekę wezbraną pewnie o tej porze. Ręka machinalnie
przewraca kartki starego sztambucha. To pamiątka po matce. Patrzy na otwartą
stronicę. Wzrok jej zatrzymuje się na słowach, których sens do niej nie dociera:
"Stawaj śmiało wobec przeciwności losu".
Pod kamieniczkę zajeżdża mały, elegancki powozik. Zgrabna figurka wysiada zręcznie
i po chwili do pokoju wbiega Sophie.
- Therese, tak się cieszę! Dostałam twój bileciki i oto jestem. Co prawda maman
wybrzydzała, że godzina nie komilfo, ale nie zważając na nic, na skrzydłach
przyleciałam. Tyle mam ci do powiedzenia! Tymoteusz się deklarował! Latem ślub!
Co prawda imię ma okropne. Ale cóż to znaczy! Dla mnie będzie moim Thymote.
Aleś ty blada! Wiesz, w czerni bardzo ci do twarzy. Och! Pardon! Quel manque
de delicatesse! Więc twój papa...
- Tak, Sophie! Ojciec umarł w kwietniu.
- Wiem, biedna moja, wiem. Byłyśmy wtedy we Wiedniu. Wyprawa! Sama pojmujesz!
Tysiące kłopotów, alem taka rada, taka szczęśliwa...
- Sophie, prosiłam, żebyś przyjechała, mam ważne sprawy.
- Wiem, wiem, słyszałam. Likwidujesz podobno ten dom i przenosisz się z tante
Mizzi do Wiednia. I bardzo mądrze robisz, ma chere. Wiedeń to cudowne miasto!
A jak tam się żyje, nie wyobrażasz sobie, Therese!
- Sophie, prosiłam, nazywaj mnie Renią. Ja bardzo proszę!
- Wiem, wiem. To ten Polak! Jak to było? "Ma chere Reine - moja królewno!"
- Sophie! Przestań!
- No dobrze już, dobrze. Ale ciągle nie mogę pojąć, jak do tego doszło. Przecież
ty go widziałaś zaledwie dwa czy trzy razy. Pierwszy raz, zdaje się w ubiegłą
wiosnę. Jechałaś wtedy z papa do Krakowa, czy z Krakowa i spotkaliście go na
drodze. Dyszel się wam złamał, a drugi...
- Nie dyszel, a koło. Sam je zresztą zmyślnie naprawił.
- No właśnie! A drugi raz, kiedy złożył wam wizytę i twój papa przyjął go tak
ostro i zimno.
- Mój ojciec pragnął tylko mego dobra i bał się, żebym nie schłopiała. On mnie
kochał po swojemu, ale to moje dobro widział swymi oczyma. Nie wiele rozumiał,
co się dzieje w kraju, prócz swego interesu.
- Więc ty jeszcze kochasz Bazylego, mój biedna?
- Tak, serce moje, bardzo.
- A z czego żylibyście?
- Z nim mogłabym i o suchym chlebie i na końcu świata. A wreszcie i pisać próbowałam.
Dwie nowelki wszak wydrukowali mi w Kurierze Polskim w Warszawie. Czytałaś może?
- Therese! Gdzie ja mam głowę do czytania! To dobre dla takich emancypujących
się panien, jak ty, moja ty filozofko. Więc kiedy ślub?
- W tym rzecz, Sophie, że ślubu nie będzie!
- Jako to! Nie pojmuję! Teraz, kiedy twój ojciec rozstał się z tym światem...
- Sophie! Wszak tyś pierwej ode mnie wiedziała, że Bazyli poległ. Leży tam,
gdzieś, pod Dębem Wielkiem, może we wspólnej mogile.
- Może i wiedziałam, ale wierzyłam, że zapomnisz, wszak czas...
- Nie zapominam nigdy i nikogo, a już najmniej jego, co krew swą młodą oddał,
abyśmy żyć mogli.
- Och! Ty romantyczko moja! Tu już przemówiła twoja polska dusza!
- A tyś nie Polka, Sophie? Nie mówisz. Nie myślisz i nie czujesz po polsku?
Polska, acz w niewoli, to nie twoja ojczyzna?
- Tak, zapewne ma chere. Ale trzeba też patrzeć na to, co chleb daje. Więc co
zamierzasz wreszcie?
- Sophie ,idę do klasztoru. Za dwa tygodnie rozpoczynam nowicjat.
- Więc to już nieodwołalne?
- Tak, Sophie. I już nie mówmy o tym więcej. Prosiłam, żebyś przyjechała, bo
chcę, żebyś wiedziała o wszystkim ode mnie, a nie od ludzi, którzy potrafią
na cudzym nieszczęściu pożywiać niezdrową imaginację.
- I tak zostawiasz wszystko? Dom, przyjaciół, wreszcie i ja się chyba liczę?
- Sophie, teraz ty patrz realnie! Dom sprzedany. Tante Mizzi jedzie do Wiednia,
ma tam dawnych przyjaciół, a ty, prędzej czy później, zapomnisz, wszak za mąż
idziesz.
- Reniu, nie mów tak! Może ja i płocha, może nie tak mądra jak ty, ale będę
zawsze, zawsze o tobie myślała. O naszej przyjaźni, o rozmowach wieczornych.
A pamiętasz ten dzień, kiedyśmy na wieczną pamiątkę wycięły na brzozie dwa złączone
serca?
- Tak, Sophie, moja miła, pamiętam! I dlatego pożegnajmy się tu, zaraz, może
na zawsze!
W
klasztorze jest cicho. Cicho i zimno. Czasami trzasną gdzieś drzwi, przeniesie
się szmer kroków drobnych, cichych, spokojnych, jak krople dżdżu wiosennego.
Czasami daleko, we wsi, nocą, pies zaszczeka. Pozornie Teresa przywyka.
Matka przełożona patrzy na nią z troską. To dziwna dziewczyna. Wiele już ich
widziała, ale takiej nigdy. Mimo, że Teresa milczy i spokojnie spełnia swe pobożne
obowiązki, Matka przełożona wie, mądrością ludzi starych, że pod tym spokojem
kryje się niezłomna wola. Tyle dziewcząt przeszło przez jej ręce, tyle złamanych
serc, nadziei niespełnionych. Zawsze, prędzej czy później, przychodziła rezygnacja
i już tylko ta jedna droga ku Bogu. A w tej spokojnej dziewczynie drzemią wszystkie
możliwości. Nie dorosła do roli, którą sobie narzuciła, lub ją przerasta.
Kiedy młoda nowicjuszka pochyla się nad grządką kwiatów, piele, podlewa, robi
to jak chłopka, uważnie, pilnie i widać, że praca ta nie jest dla niej ucieczką.
Ona pracuje naprawdę! Kiedy młoda nowicjuszka bierze na ręce małe, nieopierzone,
wypadłe z gniazda pisklę, nie jest to szukanie namiastki uczuć. Ona jest wtedy
miłością samą. A kiedy, czasami, Matka przełożona zajdzie do jej celi, widzi
ukradkiem malowane obrazki. To nawet nie są obrazki. To są dziwne, niezrozumiałe
zestawienia barw. Tę dziewczynę będzie trudno, bardzo trudno złamać. Ona wie,
czego chce i przejawia nie tyle miłość do Boga co do życia. Nie ma w niej cienia
pokory. Matka przełożona bardzo troska się o nowicjuszkę.
Noce majowe słodkie, przepojone wonią, ciepłe, nie pozwalają zasnąć. Skroś małe,
wąskie i zakratowane okienko celi pierwszy brzask barwi różowo ściany. A Teresa
wciąż, wciąż wraca do tego samego. Widzi oczyma wyobraźni Osypa, zaufanego Bazylego,
jak brudny, obdarty, nocą przenosił do Krakowa wiadomości zza kordonu. Wiadomość,
na dźwięk której serca zamarło, zabrakło oddechu. Bazyli nie żył! Poległ pod
Dębe Wielkie , postrzelony w nogę, ranny śmiertelnie w pierś.
Teresa aż klęka z przejęcia na małym, wąskim łóżku klasztornym. "Ale Osypie,
mój drogi - wołał wtedy - czy aby na pewno, kto widział, kto potwierdził?"
Osyp nie widział, sam był wtedy w Różyszczach, ale do Sambora wrócili ci, co
ocaleli. Wszyscy mówili, że młody pan podporucznik zmarł z ran. Byli i świadkowie.
I znowu powtarza, liczy miesiące. Bitwa była dwudziestego ósmego marca trzydziestego
pierwszego, a teraz jest czerwiec trzydziestego drugiego roku. Więc cały rok.
Nie. Dłużej! Rok i trzy miesiące.
A potem, po śmierci ojca, pisała listy, zapytania, prośby. Bazyli był sierotą,
ojcowie odumarli go wcześnie. Jedyny stryj poległ. Tylko ona do tego szukania
została. Tak się starała, żeby tylko niczego nie przeoczyć, o niczym nie zapomnieć!
Ale wszystko na próżno!
To już koniec. Tak będzie po kres życia. "Ależ to niepodobna! - rozmyśla
- kraj potrzebuje ludzi czynu, a ona kwiatki w klasztorze... Ale przecież obiecała
Bogu służyć!
Noc przemija. Dzień zapala słońce. Mijają lęki i niepokoje. Ale zawsze, zawsze
kołacze jak ćma, jedna myśl. A jeśli coś zaniedbała, jeśli niedostatecznie długo
szukała? Ale gdyby żył, gdyby tylko żył, to przecież dałby znak, szukałby jej.
A wola ojca, choć zza grobu, też święta.
Wiele takich dni i nocy nanizuje się na różaniec jej życia. Matka przełożona
bardzo martwi się o nowicjuszkę.
Którejś nocy czerwcowej
bzy pachną mocniej. Księżyc pół zakryty małą chmurką lekko srebrzy ścieżki w
przyklasztornym ogrodzie. Teresa idzie tymi srebrzystymi pasemkami.
Nagle, tuż obok niej szelest i czyjeś błyszczące w poświacie oczy.
- Panienko, taż ja, Osyp. Nie bojsia, panienko!
Tak. Teresa go pamięta. To Osyp Sozański. Ma do niego zaufanie. To on, wędrując
traktami, przynosił, jeszcze za życia jej ojca, listy z dalekiego Sambora do
Krakowa.
- Czego ty Osyp chcesz? - pyta cicho.
- Panieneczko! Serdeńku! Potem wytłumaczę. Teraz nam trzeba śpieszyć. Konie
czekają! Jaż na panienkę trzecią noc czatuję i ani daj przystąp. I teraz takie
szczęście! Spieszmy, bo beczkowozu tylko patrzeć. Siostra furtianka za sznur
pociągnie, dzwonienie obudzi kogo nie trzeba.
Ucieczka? To jest rozwiązanie jej rozterek! Dusi się przecież w tym klasztorze!
Trzeba iść do ludzi, w lud. Uczyć! Umie dostatecznie wiele. Decyduje się natychmiast.
Nagła myśl:
- A habit? Osyp, tyś oszalał! W habicie mam uciekać?
Ale Osyp, już pewien swego, tłumaczy pośpiesznie, że tam, za murem, przy koniach
jest tobołek z szatkami. Gottlieb z Różyszcz pożyczył i jedzenia nie brak i
czeka...
- Kto, na litość Boga! Kto! Mów!
Ale Osyp już ją pociąga ku wąskiej, sznurowej drabince. Teresa wspina się pierwsza,
on za nią. Po drugiej stronie muru, po drugiej stronie drogi, ukryte od blasku
księżyca, trzy juczne konie i szara postać przy nich.
Dziewczyna zatrzymuje się. Już wie! Już rozpoznaje! To Bazyli! Nie może zrobić
kroku.
- Panienko! Spieszmy, już gwiazdy gasną!
Silne, wypoczęte
konie niosą ich ku granicy Królestwa. Osyp prowadzi śmiało, zna takie jedno
miejsce zwane Trójkątem, gdzie Czarna Przemsza łączy swe wody z Białą i gdzie
jest granica trzech zaborów. Są już w zaborze austriackim. Czeka ich jeszcze
daleka droga. Nocują w przydrożnych karczmach lub na sianie w stodołach. Aby
tylko jak najszybciej dopaść Przemyśla, a stamtąd, traktem na Hyrów będą już
prawie u celu.
Teresa wciąż nie może ochłonąć. Więc żyje jej Bazyli! Z opowiadań już wie, że
ciężko rannego, bez ducha prawie, zabrali z pola chłopi. Ukryli, leczyli, kurowali.
Długo to trwało, rok prawie, zanim odzyskał siły i sam, kulejąc, wyszedł pierwszy
raz na świat boży. Ale żył! To było najważniejsze. Opowiada o poszukiwaniach.
I w Krakowie był, ale tam dom w obcych rękach, w Warszawie, aż do Wiednia jeździł.
Tante Mizzi już nie żyła, ale przypadkiem trafił na starego jej znajomego. Ten
wiedział w jakim klasztorze w Królestwie schroniła się Teresa.
Dziewczyna trochę przytomnieje. Bolą ją wszystkie kosteczki, wszak jadą konno
już tak długo.
- Dokąd? Powiedz, miły - dokąd?
- Jak to dokąd? - oburza się Bazyli - do Sambora oczywiście. Do mnie! Do domu!
- Jakże tak! - mówi Teresa cichutko.
- Królewno moja najmilsza, serca mego ozdobo! Będzie i ślub. W Różyszczach czeka
ksiądz proboszcz ze stułą. Mnie chrzcił, ojca mego pamięta to i ślubu nam udzieli.
Teresa milknie. I cóż tu można powiedzieć, krom twego, że świat jest piękny,
bardzo piękny, zwłaszcza gdy ma się osiemnaście wiosen i za całą wyprawę, w
tłumoczku przytroczonym do siodła, habit niedoszłej mniszki.
Gottlieb, mocno
od rana zaaferowany, coraz wychodzi na próg karczmy, osłania ręką oczy od słońca
i wypatruje. Ale trakt jest wciąż pusty. Szarpie więc niecierpliwie długa brodę.
Patrzy pilnie w niebo, aż mu się jarmułka przekrzywiła. Zaczyna się chmurzyć,
będzie deszcz. Żeby tylko zdążyli przed burzą!
Gwałtowne błyskawice przecinają nieboskłon i giną daleko, w lesie. Niesie się
szum deszczu. Słychać już konie. Bystre, wprawne ucho Gottlieba odgaduje, że
to idą trzy juczne konie. Więc się udało! Zaciera ręce i biegnie do karczmy,
przypilnować gorącego posiłku.
Jakub Gottlieb, właściciel małej karczmy, był przede wszystkim pośrednikiem
i kupcem zbożowym. Był już "ucywilizowany", mówił po rosyjsku i niemiecku,
języka polskiego używał tylko w domu i w stosunku do przyjaciół, do jakich zaliczał
i Bazylego.
Bazyli zeskakuje z konia i pomaga zsiąść zmokniętej i zdrętwiałej już zupełnie
Teresie. Przy niezręcznym jej ruchu, zrywa się kawałek obrąbka u spódnicy. Teresa
nie zauważa tego. Widzi natomiast dopiero teraz dokładnie, że Bazyli utyka,
lekko co prawda, na prawą nogę.
- Panie Gottlieb - woła Bazyli niecierpliwie - wszystko przygotowane?
- Co nie ma być przygotowane? Jak Gottlieb obiecał, to musi być! Samowar czeka!
Jest i ryba. Jak moja Rose zrobi ryba, to palce lizać.
- A konie? Te są zdrożone do niemożliwości - niecierpliwi się Bazyli.
- Co nie mają być kunie? Jest i szaraban. Trzy dni un już na wielmożny pan czeka.
Tylko... to Ignacy przyjechał.
- Co to ma za znaczenie, kochany panie Gottlieb, że akurat Ignacy. Przecież
to nasz furman z huty.
- Ny! To wielmożny pan raczył zapomnieć? Przecież Ignacy un jest Baczyński.
A z wielmożny pan przyjechał Osyp Sozański. Wielmożny pan wi? Oni są, jak pies
z kotem.
- Psa z kotem też można wychować, mój panie Gottlieb, byle od małego razem.
A ksiądz?
- Gottlieb jak załatwia, to załatwia dobrze. Z przeproszeniem wielmożnego pana,
ksiądz tysz czeka, z przeproszeniem, w kościele un czeka.
Bazyli śmieje się.
- Pan Gottlieb sam załatwiał z księdzem?
- Po co ja sam miałem załatwiać? Po co mnie grzech brać na moje żydowskie sumienie?
Ignacy, un katolik, un rozmawiał.
- A świadkowie, pan Gottlieb pomyślał?
- Co nie miał pomyśleć? Gottlieb zawsze myśli. Jakby Gottlieb nie myślał, to
by nie był wielki kupiec od zboże. Są i świadki. Czekają w karczmie.
- Dziękuję, mój kochany panie Gottlieb - mówi Bazyli - ja wiem, że pan Gottlieb
jest moim przyjacielem.
- Ny! Tu wielmożny pan utrafił. Ja jestem taki przyjaciel wielmożnego pana,
że ja potrzebuję złożyć życzenie takie, co się musi spełnić. Ja życzę wielmożnej
pani, żeby miała to, co ja mam w komorze.
- Panie Gottlieb! A co pan właściwie masz w tej komorze? - pyta Bazyli, niepewny
czy śmiać się czy niepokoić.
- To wielmożny pan nie wi? U mojej Rose jest synek. Un ma trzy dni, a jaki un
mądry! Un już wi, gdzie jego jedzenie, un poznaje tatełe i mamełe. Un już jest
mądry. Un nie będzie miszures, un będzie nawet więcej niż jego tate.
Teresa spuszcza oczy. Nie wypada jej tego słuchać. Myśli jednak, że chciałaby
mieć dziecko. Dziecko Bazylego i jej też nie będzie miszures. Na pewno!
Drewniany kościółek
z bierwion modrzewiowych kryty gontem, sczerniały ze starości i pożarów, położony
jest na wzgórzu. Tuż obok niewysoka dzwonnica a dalej, na prawo na górce mały
cmentarzyk przykościelny. Wśród grobów, ozdobionych wstążkami, fetyszami, zielem,
widnieją wyróżniające się miejsca pochówku znaczniejszych obywateli z okolicy.
Te są otoczone płotkami z odkuwanych, żeliwnych kwadratowych prętów, bogato
rzeźbione motywami roślinnymi.
We wnętrzu kościoła jest prawie ciemno. Małe, wysoko położone okienka nie przepuszczają
wiele światła, tym bardziej, że dzień jest pochmurny. Ławki i ołtarz ciosane
z surowego, ściemniałego już drewna. Na ścianach nieliczne obrazy osadzone w
prostych, czarnych ramach, ręką prymitywnych, ludowych samouków malowane. Mały
ministrant w przydługiej komeżce, z pod której wystają wielkie, obłocone, pewno
ojcowskie buty, niezdarnie zapala dwie świece.
Teresa klęka. Chce się pomodlić, ale nie może. Podnosi oczy i widzi postać Ukrzyżowanego,
obraz tak często oglądany ostatnio. Jak może się modlić, skoro zdradziła Boga.
Jawi się jej twarz ojca. Surowa, nieprzejednana. Słyszy jego słowa: "Nigdy,
przenigdy nie wyrażę zgody na to małżeństwo!"
- A ty, Tereso Mario, czy chcesz pojąć tego tu Bazylego Karola...
Teresa drży cała. Czy to nerwy, czy zmęczenie podróżą, czy strach i niepewność
wobec decyzji, którą ma za chwilę podjąć. Decyzji na całe życie. I jakie to
będzie życie? Przecież nawet dobrze nie wie jaki on jest, ten Bazyli. Teresa
przeżywa rozterkę. Po co to wszystko? W cudzej sukni, bez jednego nawet kwiatka...Może
mieli rację jej najbliżsi? Czuje się sama, bardzo osamotniona. Co ją czeka?
Jaki los sobie gotuje?
Ksiądz, dobry, stareńki ksiądz, nieco tylko zdziwiony, czeka chwilę. Bazyli,
niecierpliwym ruchem, pochyla się ku Teresie.
- Reniu! Teresko...
Teresa podnosi głowę. Patrzy w górę. Na prawo, gdzie maleńkie okienko, przedzierają
się promienie nagle rozbłysłego słońca. Smuga słoneczna, mieniąca się złociście,
ściele się aż do stóp Teresy.
Na wysokiej, drgającej pyłem smudze, zbliża się zwolna postać młodej dziewczyny.
Długa, błękitna, koronkowa suknia spływa jej do stóp. W czarnych, lśniących
włosach, wpięty kwiat. I taki sam ślubny bukiet w ręku. W oczach szarych jak
oczy Teresy, uśmiech i zakłopotanie. Nad nimi rozpięte jak skrzydła jaskółki,
czarne, gęste brwi.
Teresa wie, kto to jest. To jest Krystyna, Maria, Stanisława, jej praprawnuczka.
Dziewczyna w pełnym miłości geście przyklęka i wyciąga ku niej kwiaty.
- Weź moje! Idź odważnie i... Pamiętasz? Zawsze stawaj śmiało wobec przeciwności
losu!
- Tereniu, obudźże się, odpowiedz wreszcie!
- Tak! - mówi Teresa - Tak! Chcę tego tu Bazylego, Karola za męża.
|
DZIADUNIO Nic po dziaduniu nam
nie zostało, Stara melodia piosnki
ułańskiej Białych rabatów wizja
daleka, Krzyżyk Virtuti na
zblakłej wstążce, Zdzisław Dębicki |
Teresa idzie ogrodem.
Zatrzymuje się. Pełne dojrzałych już owoców drzewa nachylają się przyjaźnie
ku niej. Stare, posadzone czyjąś dobroczynną ręką czereśnie, ciężkie i nabrzmiałe
słońcem. Obok wabiące roje pszczół żółte, soczyste gruszki konkrety i sapieżanki.
Późnojesienne małe i twarde jabłuszka pepingi.
Teresa nie zwraca uwagi na bogactwa jesieni. Odwraca głowę, żeby dojrzeć dom.
Swój własny dom! Nie widać jednak nawet dachu, bo szeroko rozsiadły budynek
zapadł w gąszcz sadu. Z boku jest staw, zarośnięty szuwarami. Wzdycha troszeczkę
i idzie ku furtce.
Za
furtką pod razu wychodzi do niej las. Teresa nie lubi tego miejsca. Rosną tu
gęsto, dziko buki, graby, brzozy, nawet jodła i świerk. I choć pięknie przybrany
w jesienną szatę, las straszy szeregiem ułożonych w stosy bierwion, spod których
stale wydobywa się dym. Wie już tyle, że w ten sposób Bazyli produkuje węgiel
drzewny potrzebny do jego huty. Biegnie więc, aby szybciej minąć niemiłe jej
miejsce, nie zważając, iż długa suknia plącze się w oczeretach i ostach.
Jest już na skraju polany. Stąd huty jeszcze nie widać, gdyż leży trochę z lewej,
ukryta w głębokiej niecce jaru. Wypatruje pilnie. Jest smuga dymu! Wie również,
że Bazyli bardzo niechętnie widzi ją w okolicach huty. Jednak zbiega po stoku
suchym, gliniastym i śliskim o tej porze roku, jak szlichtada.
Bazyli nie jest typowym hreczkosiejem. Na tyle tylko, aby nie uchodzić za zacofanego
i mieć pewność, że wyżywi rodzinę w razie, gdyby huta zawiodła. Bazyli jest
odważnym nowatorem.
Sprowadził z Niemiec, z Jeny, książki, jeździł do Cudnowa, był w Lubaczowie.
Sporo nauczyły go praktyki, dużo wyczytał, a jeszcze więcej zrobił sam, własnym
przemysłem. Jest bowiem niezwykle zmyślny. Wszystko potrafi, a jego szkice i
rysunki dotyczące huty budzą podziw, zwłaszcza, iż wykształcenia w tym kierunku
nie ma.
Huta, a właściwie dwa, podługowate budynki, zalegają kotlinę. W pierwszym znajdują
się dwa piece do topienia piasku, w drugim piece chłodnicze.
Teresa potyka się o górę piasku, który w słońcu skrzy się maleńkimi iskierkami.
Z budynku wybiega rozgorączkowany Bazyli.
- Reniu! Tyle razy prosiłem, nie przychodź tu! Ja się denerwuję! Boję się, że
może ci się co stać. Ponad tysiąc stopni Celsjusza to nie bagatelka. Jedna chwila
nieuwagi...
Teresa chce podejść do niego, przytulić się bodaj na chwilę ale on odsuwa ją
gwałtownie.
- Zobacz - mówi - jak ja wyglądam!
Rzeczywiście jest bardzo brudny, osmolony. Kawałek rękawa nadpalony i szamerowania
na kurtce na nic.
Teresa, wskazując na piasek, mówi cichutko:
- A tego piasku mogę trochę? Przydałby się! Ścieżki w ogrodzie można by wysypać,
zrobić...
Bazyli podnosi ze zdziwienia wysoko brwi:
- Do zabawy, Reniu? Czy ty przypadkiem...
- Nie, nie Bazylku - szybko odpowiada spłoniona - to nie to. Ale tak ładnie
by wyglądało, bo on cały lśni.
- Jeśli ci zależy, duszko moja, każę Osypowi podrzucić furkę żwiru z brzegów
rzeki. Piasek, to moja najważniejsza podstawa do fabrykacji szkła. A jeśli chodzi
o kruszywo, to Dniestr jest wyjątkową rzeką. W czasie wylewów, a trzeba ci wiedzieć,
że wylewa dwa razy do roku...
Ale Teresa już się wycofuje.
- Nie, nie - powiada - jeśli aż Osypa trzeba, to trudno. Tyś i tak bardzo zajęty.
Ale pozwól, Bazylku, choć raz zajrzeć do huty. Takam ciekawa, co się tam robi.
Bazyli pohamowuje zniecierpliwienie. Wprowadza ją do wnętrza. Teresa, odruchowo
zasłania twarz. Uderza w nią żar, buchający z dwóch wielkich, rozpalonych do
niemożliwości, pieców.
- Michał! - woła Bazyli - jak trzymasz tę dmuchawę? Już trzy zniszczyłeś w tym
miesiącu! Narzędzia pracy trzeba szanować. Nie pamiętasz, że trzeba trzymać
prosto, lekko tylko ku górze. Jak spuścisz, masa spłynie na podłogę i cała robota
na nic.
I nagle robi się tak, że nikt nie ma głowy do Teresy.
Dmuchacz, przez okienko w piecu, wkłada koniec cybucha w otwór pływaka, zabiera
porcję tej "lawy" i zaczyna rozdymać wydechem. Jednocześnie kręci
i wywija cybuchem. Pomaga sobie tylko szczypcami. Teresa otwiera ze zdumienia
szeroko oczy. - "Jak on się nie poparzy - myśli." Obok, jej bystre
oko odkrywa na stole inne dmuchawy klub, jak je tu zwą - piszczele. Wszystkie
są zaopatrzone w drewniane ustniki. - "Co dalej?" - zastanawia się
Teresa. Cofa się pod ścianę, potyka o jakąś żelazna płytę i strąca przy tym
ze stołu nożyce. - "Ni to kuźnia, ni bramy piekieł!" - myśli.
- Nożyce! - woła Bazyli - Gdzie nożyce? Że wy też nigdy nic nie odłożycie na
miejsce.
Nie jest to tak do końca sprawiedliwe, gdyż panuje tu prawie idealny porządek.
Ale Bazyli jest bardzo przejęty.
"Jaki ten mój Bazylek mądry! - myśli dalej Teresa - Jak wie, co trzeba
robić!" Jest bardzo dumna z męża. A Bazyli, po prawdzie, dopiero zaczyna
eksperymentować. W rzeczy samej, Bazyli umie zarażać ludzi entuzjazmem do pracy,
a to cenny dar.
- Nożyce tu są! - odzywa się nieśmiało Teresa. Głos jej ginie w piekielnym hałasie.
Podaje więc je sama Bazylemu, a ten, ostrożnie odcina szybko stygnące już na
cybuchu części szkła. Potem sam polewa zimną wodą. Dmuchacz wydmuchuje na żelazny
blat grubą, szklaną kichę.
Teresę zastanawia stosunek ludzi do Bazylego. Widać, że choć jest bardzo wymagający
pod względem rzetelnej roboty, uwielbią go, wierzą mu i w ogień huty chyba by
z niego skoczyli w razie potrzeby. Bo też i Bazyli umie pracować. Robota pali
mu się w rękach, jak węgiel drzewny w piecu. Pozornie tylko miota się po niewielkiej
hali, wie jednak doskonale, gdzie co leży i kiedy i jak trzeba co zrobić. Zna
swoje rzemiosło i żyje tą pracą
Bazyli szybko, ale bardzo dokładnie rozprasowuje na płycie szklaną masę. "Jak
z tego - znów zastanawia się Teresa - może być kryształowe zwierciadło?"
Ma już dość. Niepostrzeżona, cichutko wysuwa się z budynku. Do drugiego pomieszczenia,
gdzie się znajdują dwa piece chłodnicze i odbywa się szlifowanie i ostateczne
polerowanie, nawet nie zagląda.
Wraca inną, okrężną drogą. Musi przejść kilka małych jarów, których tu mnóstwo.
Krzewy próbują ją zatrzymać. Ale ona ma już swoje ścieżki, zna już skróty i
umie skutecznie poruszać się po tym urozmaiconym terenie.
Lubi tę drogę, z niej bowiem, z jednego takiego zakrętu, jawi się nagle dom.
Nie jest to typowy dworek szlachecki, tylko długi, drewniany, z wysoką podmurówką
dom mieszkalny. Obszerny, pojemny acz niski. Do domu wchodzi się przez ganek,
oparty na dwóch starych, drewnianych słupach.
Zostawia okrycie w niewielkim pomieszczeniu z lewej strony dużej sieni. Wiszą
tu już, przygotowane na zimę i starannie otrzepane z bagna szerokie burki, szuby
wielkie, obszerne, podbite futrem i zaopatrzone w kaptury. Teresa ogląda to
wszystko i nie może pojąć, po co tu tyle tego. W Krakowie, nawet mroźną zimą
można było wyjść na Rynek w płaszczu, tylko czasami otulić się ciepłą chustą.
No tak - ale ona jest
na dalekim Wołyniu. Będą pewnie trzaskające mrozy, będą śnieżyce i zawieje.
A do samych tylko Różyszcz będzie ze czterdzieści wiorst z okładem. A czym się
będzie jechało? Szarabanem za zimno. Pewnie saniami. Teresa idzie w głąb mieszkania.
Za sienią jest długi, ciemny pokój kredensowy. Rozsiadły się tu wielkie, przepastne
szafy, "kredensiska" - jak w myślach nazywa je Teresa. Budzą w niej
odruch niechęci. Liczne szuflady, drzwiczki i wysuwane półki i blaciki są zamknięte,
"A klucze ma klucznica. Taka to i gospodyni ze mnie" - myśli Teresa.
W jadalni stół starannie nakryty do obiadu, który zje dziś znowu sama, bo Bazyli
w hucie. Z jadalnego prowadzą drzwi do pomieszczeń kuchennych z jednej strony,
a z przeciwnej zaś, do małego gabineciku Bazylego.
Po krótkim wahaniu Teresa zmierza ostrożnie w stronę kuchni. Wie już, że jej
pojawienie się wywoła popłoch.
- Co to będzie? - pyta Teresa.
Kucharka rozbija właśnie grzeczny kawałek udźca baraniego.
- To? Ulubione danie Bazylego. To pieczeń barania, nadziewana szynką.
- Szynką? - dziwi się Teresa - Skąd szynka?
- Zapeklowaliśmy przy biciu świniaka - wyjaśnia Karolowa.
Teresa musi się jeszcze wiele nauczyć.
- A tu? - pyta zaglądając do małego garnuszka na brzegu płyty - co to?
- Proszę nie ruszać! - woła Karolowa - To sos. On się nie wymrugał i trzeba
go jeszcze przysmaczyć.
Teresa decyduje się.
- Karolowo, proszę o klucze od spiżarni.
Otrzymuje pęk wielkich i małych kluczy i rusza wąskim korytarzykiem. W głębi
są drzwi. Dopasowuje klucz i otwiera. Ale to chyba nie tu? Pełno rupieci, żelastwa,
pajęczyn. Stary, zepsuty kołowrotek, pordzewiałe żelazka bez dusz. "Trzeba
by to na strych" - myśli.
Następne drzwi to już to, czego szuka. Jest tu pierwszy raz nie licząc dnia,
w którym to Bazyli, w pośpiechu, pokazywał jej swoje gospodarstwo.
W nozdrza uderza cudowny zapach. Spiżarnia jest duża. Wokół ścian same półki.
Pachnie anyż. Sznury grzybów, suszone zioła puszą się na drążkach. Na półkach
zaś szeregi słoi i szklanych pojemników. Wszystkie obwiązane porządnie. Na każdym
mała ząbki karteczka: porzeczki, gruszki, agrest, maliny. Wszystkie słoje są
trochę niekształtne. Pewnie pierwsze, niezbyt udane efekty działalności huty
Bazylego. "Hm! - myśli - dlaczego by nie powiedzieć. ..i mojej huty".
Wśród tego zamkniętego w szklanym światku bogactwa jesieni świta jej myśl, że
nie powinna stać na uboczu, powinna zająć się domem. Poprawia zwisający niezręcznie
warkocz dużego, dorodnego czosnku, rzuca okiem na stągiew z patoką miodu. Z
drewnianych, ażurowych, w kształcie krat, półek, jakich nigdy nie widziała bierze
jedno, bursztynowo wabiące jabłko. Zamyka starannie drzwi. Klucze zawiesza u
paska i, głęboko zamyślona, machinalnie gryząc jabłko, idzie do gabineciku Bazylego.
Teresa lubi ten pokój. Niewielkie to i bardzo zagracone pomieszczenie nosi charakter
ni to laboratorium ni pracowni artystycznej. Na ścianach stare sztychy, mapy.
Wciśnięty w róg pokoju gerydonik miast kwiatów dźwiga mnóstwo pudełek, talerzyków
z rozrobiona farbą, pędzle oraz dużo różnych pojemników szklanych. Huta weszła
i tu. Jest też sporo pudełek. Teresa zna ich zawartość, ale zawsze, gdy tu przychodzi,
lubi je oglądać. Są w nich okrągłe, drobne jak perły kolorowe kulki - te lubi
najbardziej. Przesypuje na dłoni te kolorowości. W innych są drobiny kryształów
górskich, skamieniałe odciski muszli. Obok kominka stoi oszklona szafa. Tu Teresa
zatrzymuje się zawsze najdłużej. Na każdej półce skarby Bazylego. Mieszczą się
tu kawałki szkła. Jedne podobne do oszronionych sopli lodu, inne przejrzyste,
jak krople rosy i wąskie, jak sztyleciki. Są też i duże, okrągłe jak kurze jaja.
Ciężka szklana kula kryje zatopiony w niej kwiat. Na niższej półce stoją szeregiem
różnej wielkości fiolki z ciemnofioletowego szkła, zakończone srebrnymi czapeczkami,
duże butle - słoje, zatykane na szklane korki. W tej szafie jest jeszcze jedna
rzecz, która Teresę niepokoi. To zatopiona w spirytusie olbrzymia modliszka.
Bazyli mówił, że to z Hiszpanii. Najniższą półkę zajmuje kolekcja minerałów.
Odkurza delikatnie dwie skrzyżowane nad kominkiem na huculskim kilimie, szable,
poprawia profitki na lichtarzach na kominku. Ekranik przed kominkiem zawsze
zaczepia żelaznymi nóżkami o leżącą na ziemi niedźwiedzią skórę. Ekranik jest
ładny. Sama Teresa go haftowała. To przynajmniej umie dobrze robić. Krzyżykowy
haft nie tworzy zdecydowanych obrazków i żadna pasterka nie pasie tu owieczek.
Są to tylko kolorowe, żywe i pełne zaskakujących połączeń, zestawienia barw.
Teresie marzy się zimowy, śnieżny wieczór. Suche, smolne bierwiona w kominku
wniosą ciepło, przytulność.
Przy oknie duży, wygodny fotel. Ma chęć usiąść w nim, ale odstrasza ją widok
wyłażącego na oparciu włosia, z boku zaś wystaje niebezpiecznie sprężyna. "Każę
naprawić ten fotel, a w Samborze u bławatnika kupię kolorowy perkalik. I uszyje
sama pokrowiec - postanawia - Bazyli zrobi mały podnóżek, też obciągany perkalikiem...
W niezapominajki, albo nie, różyczki będą lepsze. Jak będę stara, bardzo stara,
będę miała ze trzydzieści pięć lat - będę tu sobie siadała i marzyła".
Przeciąga sprzed kominka puszystą skórę i podkładając ją sobie pod nogi, usadawia
się wygodnie przed mahoniowym, bardzo zniszczonym przez kwasy i młotki, biurku.
Bujna jej imaginacja znajduje tu pożywkę. Na przedniej półeczce jest mnóstwo
drobiazgów, które Teresa, wycierając z kurzu, lubi oglądać.
Bierze ostrożnie do ręki długi, smukły nóż z kości słoniowej. Jego rączka zawsze
ją zachwyca. To wyrzeźbiona postać Wilhelma Tella schodzącego z gór, zapewne
szwajcarskich, z jagnięciem przewieszonym przez ramię. Odkłada nóż i odsuwa,
leżące obok, dwie długie kości i róg jelenia. Drugi ulubiony jej przedmiot to
niewielki posążek, też z kości słoniowej. Popiersie Napoleona, zakończone żelaznym
cokolikiem, na spodzie którego ryta jest pieczęć z herbem. Bazyli nie lubi tej
pieczęci. Zawsze powiada i podkreśla, że szlachectwo musi wynikać z własnej
wartości, z własnej pracy, a nie przekazywane w schedzie po przodkach. Łapką
zajęczą odkurza delikatnie posążek. Napoleon wysuwa się z jej rąk i spada pod
fotel. Cesarz Francuzów traci kawałek trójgraniastego kapelusza. W pierwszym
odruchu chce schować uszkodzona figurkę głębiej pod fotel. Ale zaraz karci się.
Tak nie uchodzi. Odstawia poszkodowanego cesarza na miejsce. Powie po prostu
Bazylemu, że przecież niechcący.
W środku przedniej ścianki biurka jest małe wgłębienie. Tu są skarby Teresy.
A właściwie tylko jeden skarb. Mały, czarny ceratowy kajecik. Zaczęła już w
nim pisać, ale jakoś nie ma serca do tej pracy. Wkłada doń natomiast kilka zasuszonych
wcześniej kwiatków: czterolistną koniczynkę, znalezioną z Bazylim na polu i
trzy małe, błękitne niezapominajki i zapisuje: "Pierwsze kwiatki od Bazylego,
l8 września Anno Domini l832".
W prawej szufladzie biurka są szkice, rysunki, opisy huty, rachunki, obliczenia.
To już zna.
Do lewej jeszcze nie zaglądała nigdy. Wyciąga ostrożnie długą szufladę. Leżą
tu porządnie powiązane paczuszki. Teresa dawno umyśliła sobie spenetrować to
wnętrze. Ma w tym określony cel. Bazyli nie jest z natury małomówny. Opowiada
dużo i chętnie, ze swadą. Milczeniem jednak pokrywa wszystkie sprawy z czasów
kawalerskich. Dlaczego? Tego właśnie chce się dowiedzieć Teresa.
Wśród stosu kartek przyciąga jej wzrok niewielki kartonik. Szkic głowy kobiecej,
a prędzej dziewczęcej. Wielkie, wyraziste oczy, śliczne, łagodnie zarysowane
usta. I - rzecz zupełnie zdumiewająca - krótko obcięte bujne loki. Teresa odruchowo
dotyka swoich warkoczy. Nie może jeszcze przyzwyczaić się do czepeczka. Jej
włosy, acz bardzo gęste, są proste i twarde. Wężyk zazdrości zakrada się do
serca. Odwraca kartonik i, zdumiona, skonfundowana, czyta: "powstaniec
z l831 roku. Zmarła z ran pod Warszawą. Miała 26 lat". A dalej, niżej,
już maczkiem, ręką Bazylego:
"...Lecz ten
wódz, choć w żołnierskiej odzieży
Jakie piękne - dziewicze ma lica?
Jaką pierś? - Ach, to była dziewica,
To Litwinka, dziewica bohater,
Wódz Powstańców - Emilia Plater !"
A ona, Teresa,
co zdziałała? Co uczyniła? Nic! Jaki jest jej udział, jej cegiełka do sprawy?
"Jeśli będę miała syna - myśli - wychowam go na dobrego Polaka. Gdy zabrzmi
trąbka do boju - egzaltuje się - sama go wyprawię. Hej! Kto Polak na bagnety!"
Charakterystycznym dla siebie gestem podnosi głowę i patrzy w okno nie widząc
krajobrazu. Zamyśla się. Potem powoli porządkuje papiery. Spomiędzy nich widać
skrawek szerokiej, granatowo błękitnej wstążki. Pociąga ją i oto na jej dłoni
leży czarny krzyż. Na jego ramionach srebrny napis: Virtuti Militari. Teresa
obwodzi palcem srebrny zarys krzyża. "To za rany, za powstanie, za krew
przelaną za wolność Ojczyzny" - myśli.
Podniesiona poprzednim postanowieniem nie może usiedzieć spokojnie. Policzki
jej płoną, krąży po pokoju. Ściąga ze ściany szablę Bazylego. "Wychowam
syna na patriotę!" - przyrzeka sobie w duszy. W geście przysięgi unosi
broń, na którą, skroś małe okno, pada promień słoneczny. Teresa patrzy w zbudzony
w klindze blask... Jęki rannych, szczęk broni, rżenie koni... To szarża... Ściany
pokoju rozsuwają się ...Tumany kurzu, wzbite końskimi kopytami unoszą się nad
polem. Wśród zgiełku bitewnego, krzyku rannych, jęków konających słychać komendy
dowódców. Na pochylonych w szarży lancach łopoczą proporczyki.
Z dwóch przeciwnych stron pola bitewnego, przez huk wystrzałów, przez dym, kurz,
krew i odwagę, dążą ku sobie dwa wielkie, rozwinięte sztandary. Na jednym rozpina
zaborcze skrzydła czarny ptak. Jego dwie głowy, w zdumieniu zda się, spoglądają
na zbliżającego się Orła Białego...
Szabla wypada z rąk. Teresa jest już w rzeczywistości. Siada przy biurku, dalej
porządkuje papiery. Jeszcze jakiś jeden zwitek. Na pierwszej stronie wypisano:
"Raporty z huty". Dzień po dniu prowadzone notatki, spostrzeżenia,
wnioski. I na marginesie dopiski: "Umniejszyć całkowicie lub częściowo
sod, zastąpić potażem, może będzie twardszy? Co z barwą? Wapń wyrzucić, dać
więcej ołowiu - wtedy będzie cięższe i silne. Kryształ? Jak dostanie flintu,
może wtedy wyjdzie. Uważać na Terenię!!! Teresa + huta = niebezpieczeństwo.
Zamówić nowy transport ołowiu".
Taki więc jest jej Bazyli! Nie tylko bohater, ale i staranny mądry rzemieślnik.
Teresa czuje, jak wzrasta w niej szacunek dla męża.
Bazyli ma bardzo
dużo roboty od rana. Kiedy on jej nie ma? Nawet w święto! Znajduje jednak czas,
aby wpaść do sypialni i na pół rozebranej Teresie sprawić "łaźnię".
Bije ją gałązkami wierzby, na której małe srebrne kotki już się rozsiadły. Woła
przy tym:
- Wierzba bije, nie ja biję. Za tydzień Wielki Dzień, za sześć noc Wielka Noc.
Takie panują tu obyczaje. Śmiejąc się z psikusa wypada z pokoju. Tyle go widziała.
Ona ma też dla niego niespodziankę. Ale o tym potem, może po obiedzie.
Ciepła, słoneczna pogoda wywabia Teresę do ogrodu. Wdycha zapach słońca, przysychającej
ziemi, zapach starych, zeszłorocznych liści, którymi na jesieni ogacono drzewa
owocowe. Z krzewów i róż zdjęto już chochole słomiane sukienki, ochraniające
je w czas zimy. "Posadzono" wśród nich długie, drewniane patyki, zwieńczone,
każdy dużą, niebieską, szklaną kulą. Wiadomo! Blisko szklana huta.
Mała, zielona żabka skacze Teresie na spódnicę. Chce ją strząsnąć, nachyla się
i wtedy widzi, że z ziemi wyłazi coś małego i zielonego. Pierwsze narcyzy! W
tej samej chwili czuje ruch, pierwszy ruch swego dziecka. Prostuje się ostrożnie.
Kładzie rękę na brzuchu. Dziecko, jej malutkie, śliczne, różowe, tłuściutkie
dziecko. Cała już jest miłością. "Maleństwo moje" - roztkliwia się.
Już je tuli, już pilnuje pierwszego kroczku. "Robaczku mój malutki - kiedy
pierwszy liść spadnie z drzew, ujrzysz świat. Twoje nóżki będą dotykały ziemi.
Będę cię bardzo kochała! Już cię kocham".
Nie, nie pójdzie dziś do huty. Powie Bazylemu i od razu dwie niespodzianki.
Bo, przez przekorę a może i wstyd, do tej pory nie zwierzyła mu się ze swego
stanu.
Wraca, poważna i radosna zarazem do domu, do kuchni. Ale tu rządzi Karolowa.
- Proszę wyjść, wielmożna pani, tu jest ogień, jeszcze się wielmożna pani zapatrzy,
albo i co nie daj Boże, tfu, oparzy. "Ona wie!" - myśli Teresa. A
głośno już, prosi o kawałek chleba z masłem i może z grzybkiem z octu, albo
nie, z tym ostrym sosem jałowcowym. Zajadając mały, ilustrowany chlebek, patrzy
z podziwem, jak Karolowa podrzuca zręcznie bliny na dwóch patelniach jednocześnie.
Ostrożnie podkrada jej masło śledziowe, przygotowane do blin.
Po skromnym, jak przystało na tydzień przedświąteczny, obiedzie, Teresa dyplomatycznie,
"z ogródkiem" zagaja o swoich niespodziankach, że w ogóle i że dziś
w właśnie...
- Oj, Reniu, Reniu - woła Bazyli - zapewne myślisz, że twój Bazylek tylko huta
i huta. A kto wczoraj wyjadał śledzia z kredensu, a kto onegdaj wyciągał ze
słoja ogórki? No? Kto?
- To ty wiesz, serce moje? - ni to pyta ni to stwierdza Teresa.
- Nie! To już nie
jest wielki Piątek - woła Bazyli - to jest cheder żydowski! Co się dzieje w
tym domu? Te baby powariowały!
- Baby nie powariowały, Bazyli, baby mogą się przeziębić - poucza poważnie Teresa.
- No dobrze, ale dlaczego, na miły Bóg, one są w moim łóżku?
- Jak to? Nie wiesz, Bazylku? One są bardzo delikatne i mogą siąść. Sama ubijałam
dziś dwie kwarty żółtków w bójce. Jeszcze mnie palce bolą. Teraz Karolowa robi
babę wołyńską - osiemdziesiąt żółtków trze w makutrze, bo ja już ustałam. W
moim łóżku nie ma już miejsca! Bazylku, ty wiesz? Od rana sama zrobiłam mazurki.
Jest już gotowy marcepanowy. Będą jeszcze: migdałowy, cygański...
- Na Boga! Przestań! - prosi Bazyli - Wolę jeść niż słuchać.
Teresa wychodzi trochę obrażona. Ale musi postawić na swoim! Wsadza więc głowę
w drzwi i woła przekornie:
- I jeszcze włoski i cytrynowy i ukraiński! Aha!... I jeszcze przefasowałam
mak i sztanem polałam nóżki...
- Jak powiadasz? Nóżki? Sztanem, powiadasz? Gdzie? Pokaż!
Bazyli rzuca się ku niej, ale Teresa, zgarniając spódnicę, szybko wybiega.
W kuchni urwanie głowy. Karolowa łamie ręce, bo ostatnia baba jednak usiadła.
Z alternacji czepiec się kobiecinie przekrzywił, a wstążki całe w cieście. Dwie
dziewczyny podręczne kręcąc zwolna korba - pilnują olbrzymiego rusztowania.
Złocisty sękacz "dochodzi". "To baumkuchen! - myśli Teresa -
ale może rzeczywiście "sękacz" ładniej. Takie to sękate..."
Nad wielkim okapem wiszą lśniące złotawo, duże i małe cynowe patelnie i garnki.
Na rozpalonej kuchni, w żeliwnych, polewanych garach gotują się przysmaki.
Teresie kręci się już w głowie z tego wszystkiego. Zjadłaby coś, ale co? Tu
popróbuje, tam skosztuje. Kończy się na tym, że z szuflady kuchennego kredensu
wyjmuje kawałek kredy i chrupie z apetytem.
- Święcona kreda, Patronko ty moja! - woła Karolowa i ze zgorszenia potrząsa
wstążkami u czepca.
- No to co, że święcona! Smakuje mi! - rzuca beztrosko Teresa. Poprawia przekrzywione
jajo w pysku upieczonego prosiaka i idzie zobaczyć, co z Bazylim i babami.
Stół nakryty białym,
lnianym obrusem jest cały obszyty wokół gałązkami borówek. Na środku króluje
prosiak. Znów mu się jajko w pysku przekrzywiło. Wokół Tereskowe mazurki. Wszystkie
przybrane w kolorowe, bibułkowe, fryzowane widelcem, obwódki. Na obu krańcach
stołu doniczki w białych "koszulkach" - to zasiane przed Wielkanocą
rzeżucha i jęczmień. Zielenią się teraz i wróżą dobrobyt temu domowi. Wieńce
kiełbas domowych, majerankowych, przeplatają się z kolorowymi kraszankami.
Bazyli w nowej, ładnie szamerowanej czamarce, uroczystym, poważnym gestem, bierze
ze stołu talerzyk z pokrajanymi na ćwiartki jajami. Zbliża się do Teresy, a
potem będzie się dzielił ze wszystkimi zgromadzonymi tu domownikami. Teresa
nie zna tego zwyczaju, ale przywykła już nie dziwić się niczemu.
Życzenia Bazylego są zwięzłe, ale z głębi serca płynące:
- Duszo ty moja! Byle szczęśliwie to poszło i byłeś ty mi zdrowa była. Chłopiec
czy dziewczyna - to jednako kochać będziemy. A jak dziewczyna - to taka jak
ty. I śliczna i dobra. A my już z niej człowieka, nie lalkę urobimy.
Teresa jest wzruszona, bardzo, ale rozumie, że i jej przystoi życzenia jakoweś
wypowiedzieć. Mówi więc cichutko:
- I ja tobie, Bazyli, serce moje, żeby twoje marzenia się spełniły, żeby, jak
nie my, to choć dzieci nasze, w wolnym kraju...
W domu sądny dzień.
W kuchni płacze rzewnymi łzami Maryjka, sprowadzona przez Karolową na mamkę.
Płacze, bo wielmożna pani jej nie chce. Taki wstyd!
- Do czego to podobne, - wspiera ją Karolowa - takie pańskie wymysły. Żeby dziecko
samej karmić! Taki despekt dla naszego domu. Toż ludzie na językach nas rozniosą!
Bazylego ja sama wykarmiłam.
- Ludzie, to mniejsza, - wtóruje Ignacowa - ale pani szkoda! Kto to widział?
Samej karmić! Toż figura się zepsuje!
- Figura najmniejsza, ale dziecko! Dziecka szkoda, wielmożna pani zje coś niedobrego,
wiadomo, nie zwyczajna, to i dziecko laksować będzie!
W gabineciku Bazylego drugie piekło.
- Nie i nie - powtarza Teresa - nie będę powijała. Powijaki powyrzucam. Jak
się nie zgodzisz, to myszy ci zjedzą...
- Co? - interesuje się Bazyli - Co mi zjedzą, dobrodziejko?
- Że też ty zawsze musisz facecje! No, w komorze, tak się mówi.
Ciężkie zmagania kuchennogabinetowe przerywa przyjazd Gottlieba. Teresa zapomina
o sprzeczce, wychodzi do sieni. W kieszonce długiego, białego i nakrochmalonego
fartucha ma przygotowaną karteczkę.
Bazyli patrzy przez okno. Jaki to ładny obrazek! Ona, dobrze już grubiutka,
opiera się ręką o koło wozu, coś pokazuje Gottlibowi, mówi do niego. On z przejęcia
gestykuluje, szarpie swoją długą brodę. Konie niecierpliwią się, już furman
trzaska z bata. W czystym, jasnym powietrzu wyraźnie rysuje się na horyzoncie
Pogórze Karpackie.
- Mój kochany panie Gottlieb! Koniecznie cytryny i pomarańcze. Teraz w modzie
robić konfitury, w całości i ten... Dwie głowy cukru, dziesięć zwoi pergaminu
do konfitur, koniecznie świce. Pomarańcze tylko na Plantach, tam trochę drożej,
ale ładniejsze. Może bym jednak sama pojechała, jeszcze mi pan Gottlieb nie
kupi co potrzeba.
- Wszystko załatwię, ale ja potrzebuję jedno słówko, jedno takie maleńkie słóweczko...
- Nie, panie Gottlieb, mówiłam, że nie!
- Co znaczy nie? Moja Rose już drugi bachórek chowa i zawsze powija...
- Oho! Już widzę rękę Bazylego, ale nic z tego! Czego wy wszyscy chcecie ode
mnie? Nie będę powijała i już.
- Ale wielmożna pani, to hygenyczne. I dziecko sze nie usunie... moja Rose.
..
- Czy pan Gottlieb nie rozumie? Ja w ogóle nie będę powijać.
- Co znaczy w ogóle? - gorszy się Gottlieb.
- To znaczy, że nie i koniec! - niecierpliwi się Teresa - Powijać nie będę,
a jak pan Gottlieb taki ciekaw, to i karmić będę sama. Zadowolony pan Gottlieb?
Tu już Gottlieb nie znajduje argumentu. Jest tak przejęty, że skrobie się palcem
pod jarmułką.
- Ny, ny, - powiada - tylko kobiety z niższy stan same karmią. To ja już będę
jechałem.
Przez głębokie
śniegi, przez zawiane nie do rozpoznania drogi, pędzą sanie. I tylko instynkt
koni je prowadzi. Gottlieb już z daleka widzi ognie huty. Nie pobłądzili! Dzwonią
janczary u sań, wprawna ręka furmana wprowadza konie przed ganek. Z pysków końskich
bucha para, parskają raźnie, pewne, że obroku im tu nie poskąpią.
Gottlieb, w szubie i wielkiej, lisiej czapie, wtacza się do sieni. Za nim gramoli
się jego towarzysz, wygrzebuje ze stosu derek i futer sakwojaż.
W sieni jest już Bazyli. Podnosi wysoko lichtarz. Blask świecy pada na jego
twarz i Gottlieb dopiero teraz widzi, jaki Bazyli mizerny, oczy podkrążone z
niewczasu.
- Za późno! - mówi Bazyli.
- Co znaczy za późno? - pyta niespokojnie Gottlieb - wielmożny pan raczy żartować.
Gottlieb konowała przywiózł, un jest najlepszy lekarz na cały powiat.
- Za późno, mój kochany panie Gottliebie! Teresa urodziła! Syna urodziła! Pan
Gottlieb rozumie! Mam syna!
- Uś! Co nie mam rozumieć? Jak Gottlieb życzył syna, to musi być syn.
- Mój drogi panie Gottlieb, proszę dalej, do jadalni. Tam już Ignacy nakrywa,
jest zakąska i wódeczka. Konsyliarzu! - zwraca się do lekarza - bardzo proszę.
Ja muszę jeszcze do huty.
I tak, jak stoi, wypada na mróz. Biegnie przez udeptaną i głęboko w okopanym
śniegu, schowaną ścieżkę. Zamarznięta furtka stawia opór. Bazyli, nie wiele
myśląc, przeskakuje ją.
Wraca już spokojnie, niosąc uważnie przed sobą pakunek.
W sypialnym, z którego niewiasty już go nie wyrzucają, kładzie ostrożnie pakunek
na pościeli Teresy.
Teresa odchyla gruby, pakowy papier, wyjmuje z irchy duży kielich. Blask świecy
zapala miliony maleńkich tęcz. Teresa delikatnie głaszcze kryształowy puchar.
Po obu jego bokach dwa, wypukłe medaliony. Na jednym, przepięknie cyzelowany
książę Józef Poniatowski, jak zawsze, skacze do Elstery. Wydaje się, że wysoko
zawieszone w powietrzu, spięte do skoku, kopyta opadną za chwilę w spienione
nurty rzeki.
Teresa odwraca powoli puchar. Pełgający cień świecy sprawia, że pióropusz księcia
lekko drży. A może to drży ręka Teresy?
Na drugim medalionie tylko trzy zmyślnie splecione litery: BTD.
Do Sambora Teresa
wyjechała traktem drohobyskim wczesnym rankiem. Wybrała ten właśnie dzień bo
to był czwartek, tradycyjny już dzień targowy, a ona miała wiele do załatwienia.
Bazyli, zajęty w hucie pilnymi zamówieniami, nie mógł sam pojechać ze szkłem,
które trzeba było koniecznie dostarczyć samborskim kupcom. Pojechała więc ona,
zadowolona, że zobaczy trochę świata, a przy okazji poczyni niezbędne zakupy,
uzupełni zapasy, zaopatrzy w ciepłą odzież.
Teresa przywykła już do ostrych, wczesnych zim, kiedy to śnieg pokrywał grubą
warstwą ziemię już o połowy listopada, a leżał czasami i do połowy marca następnego
roku. Albo i dłużej. Potem przychodziły roztopy. Dniestr wylewał w kwietniu
raz, napojony przez szybko postępującą wiosnę, wodami ze spływających z gór
śniegów. Drugi raz w czerwcu, w okresie obfitych deszczów. Trzeba więc było
korzystać z ostatnich dni pogody i kupić wszystko co potrzebne na nadchodzącą
zimę.
A gospodarstwo rozrosło się. W stajni przybył źrebaczek, przed domem biegały
psy: Zagraj, niby do polowań, ale zupełnie nie przyuczony i dwa małe, żółtawe
i szczekliwe kundelki. W domu dorastał do lat dziesięciu pierworodny syn Bazylego
i Teresy - Karolek. A po pokojach plątał się niezdarnie młodszy, czteroletni
Gucio.
Teresa, przy pomocy Osypa szybko uporała się z odbiorcami. Wyroby huty były
zawsze rozchwytywane. Nawet drogie kryształy, pucharki, lustra, które nareszcie
Bazyli nauczył się produkować, miały zbyt zapewniony.
- Ignacego zostawimy na Targowicy, - powiada do Osypa - on taki rozkochany w
koniach. Chociaż nie kupuje, lubi na koniki popatrzeć. Weź koszyk, pomożesz
mi zrobić zakupy.
Idą przez Rynek, przechodzą koło Ratusza, na którego wieży strażacy trzymają
dzień i noc czuwanie. Między kościołem Bernardynów a cerkwią, odbywają się co
czwartki wielkie jarmarki. Podobny targ ma miejsce także na wielkim placu za
bóżnicą. Plac ten jest zwany właśnie Targowicą. Ale tam Teresa nie ma czego
szukać. Tam odbywają się targi o konie, woły, krowy.
Na jarmarku zaś Teresa, z nagromadzonego tu przeróżnego towaru, wybiera co jej
potrzebne. Wszystko ogląda, dotyka, przebiera, grymasi, pomna, aby zbyt dużych
i niepotrzebnych ekspensów nie czynić.
Są tu kramy ze słodkimi chałkami, bajgełe, które tak bardzo lubi Karolek, śledzie
w beczkach, szwarc do butów, mydła, powidła ze śliwek albo dereni.
Na oddzielnym miejscu rozłożono wyroby z drzewa; łyżki i przemyślnie rzeźbione
chochle, beczki, putnie, balie, koła, a nawet całe wozy.
- Putnię by trzeba kupić. Stara już zupełnie do niczego - radzi się Osypa Teresa.
- Bo koń zniszczył, panienko.
Osyp ciągle tytułuje Teresę "panienko", choć ona dawno już przyzwyczaiła
się do czepka mężatki.
- Dla konia wiadomo, najlepsze wiadro, - ciągnie swoje Osyp - u nas mówią, że
"warga zwisła mu jak koniowi do putni".
- Wiadra można kupić, ale putnię też trzeba. Mamy dużo drobiu, będzie do przyrządzania
karmy jak znalazł. Sprawdź Osyp, czy rączka dobrze przytwierdzona.
- Nie muszę sprawdzać, panienko. Tylko jedna deska wyższa i w niej otwór wyrobiony,
żeby było poręczniej.
- Odniesiesz teraz wszystko do wozu. I niech Ignacy dobrze wszystko poukłada,
bo jeszcze pogubimy po drodze! A potem poszukaj mnie na Korso.
Za Plantami, które otaczają Rynek, biegnie szeroka aleja, zwana szumnie Korso.
Jest to właściwie długi ciąg kramów, sklepików, gdzie można kupić wszystko.
Sklepiki żydowskie są najlepiej zaopatrzone. Do nich też z wielkim rajwochem,
wrzaskiem i gestykulacją, zapraszają pejsaci chałaciarze ciągnąc często goja
za rękę czy suknię.
Gwar jest wielki. Krzyżują się nawoływania, zachwalania. Idą targi. A wszystko
to w pomieszanych językach, bowiem zjeżdżają tu z okolicy i Polacy i Żydzi,
Ormianie i Cyganie, Rosjanie i Czesi. "Stanowczo na wsi lepiej - stwierdza
Teresa - tam przynajmniej cisza i spokój, a tu głowa pęka!".
Późnym wieczorem, bardzo już zmęczona, wraca do domu. Droga dłuży się. Konie
niosą równo po rozjeżdżonym przez wozy bałagulskie trakcie. Mijają małe, osadzone
przy drodze kapliczki. Jedne bielone wapnem z zewnątrz, a błękitne wewnątrz,
inne drewniane lub murowane. Mijają słupy wiorstwowe, brzydkie, odlane z żelaza.
Ich bryły prostopadłościenne, uniesione nad podstawą, wskazują przejechane wiorsty.
Teresa myślą wybiega ku domowi. Jeszcze parę wiorst, Zaturcze, Chołopecze, jeszcze
kilka stajań, las i już będzie w domu. Mimo późnej pory Karolek na pewno ją
powita, wyciągnie łapiny, a mały Gutek w koszulinie będzie się plątał koło jej
kolan. Dla Karolka wiezie bajgełe, konika na biegunach...
Minęli wlokący się szaraban, zaprzęgnięty w woły w jarzmie, z deską w poprzek
karków.
"Czy my nie jesteśmy trochę, jak te woły, - myśli Teresa - z pokornie zwieszoną
głową, ciągniemy nasze jarzmo. Trakt - myśli sennie - jest jak rzeka wielka
i spławna".
Wiatr pędzi przed wozem płowe i szare, kuliste burzany.
Przy podjeździe
pod dom Teresa czuje niepokój. W oknach, nie zamkniętych na noc okiennicami,
migają postacie, widać ruchliwe błyski świec. Z sieni, do której wbiega, dochodzi
do niej wrzask. Biegnie, nie rozbierając się, do pokoju Bazylego.
Wtulony w fotel pod oknem, zawinąwszy nóżki w długą sukienkę, chlipie cichutko
Gucio. Na tapczanie zaś Bazyli okłada rózgą Karolka. To on wydaje z siebie te
dzikie wrzaski.
- Bazyli! Zlituj się! Co się stało? - Teresa jest przerażona. Jej dobry, zawsze
wyrozumiały mąż, jej mądry Bazyli, stracił panowanie nad sobą.
- Nie wtrącaj się! Ojciec swemu dziecku krzywdy nie uczyni. A rozumu uczyć nigdy
nie za wcześnie. Mnie ojciec też tak ćwiczył i skórę łoił! I tylko na dobre
mi to wyszło!
- No i co? - zwraca się gniewnie do syna - przeprosi kawaler czy nie?
- Ja już przeproszę, ja już nigdy! I ojca też przeproszę!
- Karolowo! - woła Bazyli - Gdzie ona jest? Teresko! Zobacz, zawołaj ją, bo
chodzi tam po pokojach i chlipie.
Teresa nie zdążywszy nawet zdjąć podróżnej peleryny, biegnie do jadalnego.
- Co się stało? Niech mi Karolowa powie!
- Nic takiego! Ot! panicz młody to i głupi. Takie tam powiedział, a Bazyli zaraz
za bicie! Biedny mój robaczek kochany! Taka krzywda mu się dzieje!
- Czy ja wreszcie się dowiem, o co chodzi? - już w gabinecie pyta Teresa rozplątując
nerwowo wstążki u kapelusza.
- Otóż, moja duszko, - sapie Bazyli - nasz syn popisał się dziś niezwyczajnie!
Karolowa odmówiła mu tam czegoś, a on krzyknął na nią: "Poczekaj, ty stara
babo, ja ci pokażę!". Nie wiedział kawaler, że akurat przechodziłem nieopodal.
A trzeba ci wiedzieć, moja duszko, że Karolowa mnie wykarmiła, matkę mi zastępowała
po jej śmierci, a teraz ten niedorostek, ten wisus...
- Nie alternuj się, serce moje! On już nie będzie! Ja mu wytłumaczę i zobaczysz!
Prawda, Karolku, że ty już nie będziesz?
- Zaraz! - przerywa Bazyli - To jeszcze nie koniec. Tu, teraz, przy nas, kawaler
przeprosi i w rękę Karolową pocałuje.
- Dobrze, synu, - mówi na widok schylonej nad spracowaną dłonią Karolowej, głowy
syna - A teraz przeprosisz matkę i ojca za zmartwienie, jakie nam zrobiłeś.
- A! - dodaje, patrząc na fotel - ten też zmalował nieladajako! Gucio podarł
sukienkę, po płotach mu się łazić zachciało i na dokładkę, zhańbił się. Taki
duży chłopiec! Piąty rok mu idzie! To wstyd! Muszę ja się co nieco wziąć za
ich wychowanie, bo na dziczki porosną.
Tymczasem jednak "dziczka" spłakana usnęła w ojcowskim fotelu.
- Karolku! Dokąd
idziesz? Dopytuje się Gucio.
- Mam takie jedno, ciekawe miejsce. Tam najlepiej teraz, bo zimą pełno. Ale
ty jesteś za mały! To daleko!
- Ja pójdę, mój Karolku! Ja wytrzymam! Już do Różyszcz z ojcem chodziłem i nic.
- Tak! I połowę drogi ojciec musiał cię nieść "na barana".
- Zabierz mnie, braciszku kochany - napiera się malec.
- No dobrze! - godzi się wreszcie łaskawie Karolek - Ale ani mrumru matce, bo
by umarła ze strachu albo i jeszcze gorzej.
- Dlaczego, Karolku?
- Boby się bała, że nas mogą porwać, albo zamienić!
- Kto, Karolku?
- Ciągle "dlaczego" i "dlaczego"! Ci, z osiedla, do których
teraz idziemy. Pamiętaj! Cicho! Sza! Złe nie śpi.
Między Samborem a Starym Samborem, nieopodal brzegów Dniestru porośniętych bogato
łozami, na wysokim wzgórzu, którego wylewy rzeki nie mogły dosięgnąć, tonąc
w wierzbach - stał zimownik Cyganów.
- Popatrz, Guciu, jak tu u nich ciekawie. Karolowa zawsze mówi, że Cyganie to
brudasy, a zobacz, jak tu czysto. Niektóre domki pokryte gontami, a nie jak
po naszych wsiach strzechą, inne czymś takim, co się błyszczy, jak złoto. Ignacy
mówił, że to blacha miedziana.
- A dlaczego nie ma tu zagród, ani obejścia. Tak tu cicho! Ani ludzi ani zwierząt!
- Bo oni ściągają tu tylko na zimę. Pod koniec września będzie tu gwarno, rojno
i wesoło. Ziemi też nie uprawiają. Pewnie dlatego tak tu czysto.
- Skąd ty to wszystko wiesz, mój Karolku?
- Bo mam oczy do patrzenia! Chodź, pójdziemy teraz nad rzekę. Pokażę ci coś
ciekawego.
Po ostatnim wylewie wody opadły, koryto rzeki ustabilizowało się, woda była
krystalicznie czysta i dozwalała na swobodną obserwację całego życia podwodnego.
- Popatrz, tylko ostrożnie, żeby nie spłoszyć - poucza braciszka Karolek - ile
tu ryb! Widzisz! Gołymi rękoma można wybierać. Pod kamieniem ich więcej! Ta
srebrna, tam, co śmignęła, to pstrąg. Z górskich strumieni tu przypływa. Ta
mała, szara, to brzanka. Ta większa brzana. A ta różowa, to babka.
- Jakie śliczne, kolorowe, płaskie kamyki. Porzucajmy trochę - prosi Gutek.
Chłopcy, zgodnie puszczają na wodę "kaczki" ciesząc się ich skokami
i skrupulatnie licząc udane.
- Co to tak furkocze? - dopytuje się malec podnosząc głowę.
- Dzikie kaczki. Tu ich tysiące. Spłoszyłeś je, bo rzucasz kamień do wody, zamiast
puszczać go płasko, lekko po powierzchni wody. Brykamy stąd! Późno się robi.
- Zobacz! Co to? - pyta znów Gucio, pochylają się nad gałązkami łóz, które gęsto
zarastają brzeg rzeki - Takie czerwone! Czy łozy mają jagody?
- To nie jagody, głuptasku! To biedronki! Obsiadły, jak koraliki, gałązki łoziny.
- Biedronki? Ale one nie mają plamek?
- Bo są takie i takie. Te są bez kropek. Brykaj, mówię! Czas do domu.
- Nie chodźmy jeszcze! Tu tak ładnie. Możemy pobawić się w Krzyżaków, jak kiedyś.
Te krzaki to może być obóz polski. Już się zgodzę być Krzyżakiem!
- Ja w Krzyżaków już się nie bawię!
- A w co, mój Karolku?
- Coś taki ciekaw! Ja, jak dorosnę, będę w powstaniu!
- A długo trzeba czekać, żeby być w powstaniu?
- Nie wiem! Z dziesięć, może piętnaście lat. Bardzo długo. Ale będę na pewno!
- To ty, Karolku, będziesz miał ze dwadzieścia lat. Będziesz bardzo stary, imaginujesz
sobie?
- Głupiś! Sam jesteś imaginant!
- Gdzie Karolek?
- niepokoi się Teresa - Czy nikt nie wie? Zaraz trzeba siadać do stołu... Ojca
tylko co patrzeć!
- Jak wyszedł po śniadaniu, tak go już nie widziałam. - odpowiada Karolowa -
Może Ignacy coś wie!
- Ignacy! - wychyla się z okna - naszego Karolka Ignacy nie widział?
- Widział! Rano koło huty zakręcił się, a jak my brali piasek z brzegu, to z
rybakami rozmawiał. Jeszczem mu powiedział, żeby blisko do rzeki nie podchodził,
bo zdradliwa, bestia, choć wody ciepłe bardzo.
- Jezus! Maria! Coś mu się przytrafiło! - woła Teresa - Bazyli, trzeba biec,
ludzi wołać - głos zamiera jej w krtani, bo w tej samej chwili widzi syna, całego,
zdrowego. Tylko trochę kuleje. "Jak on wyrósł"- miga jej myśl.
- Gdzieś ty się włóczył, ty nic dobrego? Gdzie byłeś?
- Zaraz opowiem, proszę mamy! Tylko wytchnę trochę i bardzo jeść mi się chce.
- On by teraz cięgiem tylko jadł i jadł - cieszy się Karolowa - zaraz będzie
obiadek, robaczku. Co to? Krew? Jezus! Maria! Całe kolano rozbite. Okład z arniki
by trzeba! I zabandażować płótnem.
Przy obiedzie panuje cisza. Ojciec patrzy na Karolka, podnosi wysoko brwi.
- Ja czekam, synu! Może raczysz nam powiedzieć, gdzie byłe?
- Przecież ojciec zawsze powtarza, że dzieci i ryby przy stole głosu nie mają...
- Jeśli ojciec pozwala, to mów, synku - przerywa Teresa.
- Przeprawiłem się z rybakami przez rzekę.
- Boże! Przecież mógł utonąć!
- Ale nie utonął! Mój syn musi być odważny i zaradny. Zresztą pływa, jak ryba.
I co dalej, co tam robiłeś?
- Tam jest bardzo pięknie, proszę ojca. Dziki las, gęste poszycie z tarniny,
mnóstwo jeżyn i rosną takie wielkie drzewa, z metr średnicy mające, jakich nigdy
nie widziałem. Czasami tylko Karolowa dokłada takie same gałązki do ognia i
wtedy ładnie pachnie w pokoju. A Ignacy wędzi w nich ryby i mięsiwa.
- One mają kolce, prawda? - pyta Bazyli.
- Tak. To właśnie. Proszę ojca, na takie drzewo chciałem wejść, bo mnie to ciekawi
no i, spadając, poharatałem kolano, jak ojciec widzi. Tu, koło naszej huty,
są też takie, ale małe krzaczki.
- Mamy rzeczywiście jałowce drzewa olbrzymy. Nazywają je tu Monasterskie Winstory.
- Dlaczego Monasterskie? - wtrąca Teresa.
- Bo pewnie miały, duszko, za zadanie bronić monastyry przed niepożądanymi gośćmi.
Jakby ktoś chciał pannę na ten przykład raptus, to kolce by mu zdrowo przeszkodziły.
Jak to dobrze - zwraca się do żony z filuternym uśmiechem - że w pewnym klasztorze
w Przywiślańskim kraju nie było Winstorów.
Teraz Gucio patrzy na Karolka i wysoko podnosi ze zdziwienia brwi.
- Tam jest też góra - kontynuuje Bazyli - Widziałeś?
- Wlazłem na nią, oczywista, bom był ciekaw, co tam jest.
- Znalazłeś co?
- W rzeczy samej, nic ciekawego, proszę ojca. Parę kamieni, jakby ognisko ktoś,
kiedyś składał.
- Zaraz ci opowiem o tej górze. Otóż ona nazywa się Baczyna.
- We wsi mieszkają Baczyńscy i nasz Ignacy też jest Baczyński - zauważa Teresa.
- Otóż to! Ci nasi Baczyńscy wzięli nazwisko od góry, a nie odwrotnie. W dawnych
czasach, kiedy to różne niebezpieczeństwa groziły, pospolicie od Turków, na
tej górze dawano baczenie noc i dzień, czy wróg nie nadciąga. Po naszej stronie
rzeki mieszkali i mieszkają po dziś dzień Sozańscy. To ormiańska rodzina. Osyp
jest Sozański. Ci znowu, z zawiści, że góra zowie się Baczyna, a nie Sozań,
wszczęli świętą wojnę z rodziną Baczyńskich. Biją się tak i strzelają już od
pokoleń. Czym się da, teraz dubeltówką, bo co drugi ją tu ma. Tak więc, synu,
kraj to ciekawy, pełen pamiątek.
- A jak to się dzieje, Bazyli, że rodziny skłócone, a Ignacy z Osypem w zgodzie
i przyjaźni żyją? - interesuje się Teresa
- Moja duszko, na tym polega tajemnica, że wychowani od małego tu, u mnie. A
tak w ogóle ten zacofany kąt Galicji, to zlepek różnych narodowości. Jak wiesz,
są tu Cyganie, jako się rzekło Ormianie, Żydzi, koło Różyszcz jest cała kolonia
Czechów, Rosjan dużo tu spotkasz, no i my, Polacy.
- Ale ludzie tu dobrzy, życzliwi, gościnni - uzupełnia Teresa
- Będziemy oglądać
razem, Karolku. - bardzo prosi Gucio - Ja ci mogę przynosić, a ty mi opowiesz,
co to jest. Tak lubię słuchać!
Karolek umieszczony przez troskliwą Karolową w gabineciku, siedzi z zabandażowaną
nogą, w fotelu przy oknie. Wypłowiały perkalik w różyczki, którym kiedyś obciągnięto
fotel i podnóżek, dawno już zniszczyły dziecięce nóżki.
- Ten posążek, to kto to? - pyta mały brat.
- To cesarz Francuzów, Napolion .
- Ma ułamany kawałek kapelusza - stwierdza chłopiec.
- Zawsze taki miał, odkąd pamiętam.
- A te fioletowe jakby rurki ze srebrnymi czapeczkami?
- To są, Guciu, spluwaczki.
- Pfuj! Paskudne!
- Nie! Dlaczego? Lepiej w to, uważasz, niż na podłogę.
- Karolku! - pyta Gucio, odkładając ostrożnie Napoleona na miejsce - a czym
ty byś chciał być, jak już będziesz powstańcem? Słyszałem, jak ojciec mówił
do matki, że ty będziesz się na inżyniera kształcił.
- Nie! - odpowiada zdecydowanie Karol - wcale mnie do nauk nie ciągnie, tak
jak ciebie. Ja będę pracował na wsi, w polu, w lesie! Mnie to się najbardziej
podoba, a nie żadne tam ślęczenie nad książką. Ale nie powiesz tego nikomu?
Co? Nie wygadasz, bo inaczej kwitas z bykas na indykas z przyjaźnią.
- Na pewno nie! - zapewnia uroczyście Gucio - jak mamę kocham, nie puszcze pary
z gęby.
Ojciec, pamiętny
swych obietnic, zaraz po obiedzie zaproponował spacer. Karolek jeszcze nie bardzo
był zdatny do dłuższego marszu, wybrał się więc Bazyli z młodszym synem.
- O! Zając kica - zauważa Gutek.
- Tu ich dużo buszuje. Ale jest tu i inny zwierz. Tam, dokąd teraz idziemy są
sarny, jelenie, rysie, żbiki, małe borsuczki i dużo dzików. Czasami, jak spadną
wysokie śniegi, wilki podchodzą do zagród, rzucają się na owce, barany, a zdarza
się, że i na konie i krowy. Widziałem tu kiedyś niedźwiedzia.
- Ale dlaczego, tatku?
- Kiedy zima ostra, mróz skuje ziemię, zwierz wychodzi z legowisk i szuka żeru.
W lesie go nie uświadczy, więc dąży do zagród ludzkich. Zobacz! Tam, wysoko
na niebie wisi jastrząb. Szybuje w bezruchu. Duży jest! Rozpiętość skrzydeł
ma na pewno do dwóch metrów. Upatrzył sobie widać, zdobycz i. .. Patrz! Spada
jak kamień!
- Dokąd my idziemy, ojcze?
- Idziemy do Smolnicy, Guciu.
- To po drugiej stronie rzeki?
-Tak. Tu zaraz jest przeprawa, ale musisz obiecać, że w łodzi będziesz spokojnie
siedział.
- Solennie obiecuję, proszę tatki - gorąco zapewnił Gucio.
Stary, ogorzały od słońca i pomarszczony od zbiegłych lat, rybak, sprawnie manipulując
wiosłem na "śrubę", wiezie ich na drugi brzeg.
- Dużo tu bardzo łozy po brzegach - zauważa chłopiec.
- Dużo! Ale łozy to nasze bezpieczeństwo i dobrodziejstwo. Wsadzisz taką witkę
w wilgotną ziemię i już rośnie. To ochrona przed wodą i przed dzikami. Bardzo
pustoszą nam pola i do zagród zaglądają. Ryby biorą? - spytał rybaka.
- A co nie mają brać, panoczku. Słoneczko świeci, woda ciepła, czysta, spokój
taki to i biorą. A dużo tu tego. Wczoraj z wieczora nałowili my, że hej! Lipień
był i leszcz, dużo drobnicy: płocie, karaski, okonki. Była i świnka, jaź, kleń.
Najlepiej mi do smaku przypada miętus. Sum jakoś tylko się nie trafił.
- A sumy, paniczu - zwraca rybak swą uśmiechniętą, dobrą twarz do Gucia - to
tu takie bywają, że i do trzydziestu pudów i więcej, zaważy. Latoś wyłowili
my kilka sztuk tak wielkich, że jak na chłopski wóz wrzucili, taki od wożenia
żwiru i kruszywa, to ogon suma wlókł się jeszcze ile kawał po ziemi. No, to
my i dojechali. Dobrego dnia wam życzę!
- I my wam - odpowiada Bazyli - i żeby wam się miętus trafił.
- Ja już wiem,
tatku, dokąd my idziemy. Mnie Ignacy opowiadał. Do ruin, tak? Ignacy mówił,
że tam straszy!
- Nic tam nie straszy! Tam sobie odpoczniemy. Wiele do oglądania nie ma, ale
zawsze ciekawostka.
Na niewielkim wzniesieniu, pośród jałowców, szerokolistnej kaliny, krzewów tarniny,
dzikiej róży i wszechobecnego powoju, usiedli na piaszczystej łacie, na której
jakoś nic rosnąć nie chciało. Wokół, mocno zębem czasu nadszarpnięte, sterczały
resztki niegdysiejszych murów. Na jednej ze sterczyn, wysoko, wyrosła samotna
jarzębina, śmiało wyciągając ku słońcu swe korale.
Maleńki, widać wypadły z gniazda, bo jeszcze nie opierzony ptaszek, zakwilił
żałośnie tuż obok nich.
- Popatrz, Guciu! Jakie biedne małe. Trzeba odszukać gniazdo i włożyć, bo zmarnieje
ze szczętem.
Chłopiec z ochotą zabrał się za szukanie gniazdka, a że wprawę miał niebagatelną,
znalazł szybko. Ułożył ostrożnie ptaszka w gniazdku, a z daleka przyglądała
mu się niespokojnie ptasia mama, kręcąc nerwowo łebkiem.
- Tu, gdzie teraz jesteśmy, był zapewne dziedziniec zamkowy, - opowiada Bazyli
- a zamek, bo to był zamek, zbudować kazała Bona.
- Kto to był, tatku?
- Jak to, nie pamiętasz? Bona to była królowa Polski. Ale nie otwieraj tak buzi
z ciekawości, bo ci wrona wleci. Bona kazała budować wiele zamków. I ten także.
Zobacz, jak ciekawie były wznoszone mury. Tu nie ma cegieł, choć już wtedy były
znane. Mur jest z płaskich, podłużnych kamieni w kształcie owali, kół.
- A to czarne, co jest między nimi?
- Ich zaprawa. Tym łączono naddnieprzańskie kamienie. Ale co to było, z czego,
nikt nie wie. Tyle lat już minęło, synu, prawie trzysta! Teraz - przerywa opowiadanie
ojciec - przekąsimy sobie. Zobacz, co nam pani matka przygotowała. Przysuń no
ten koszyk.
W sporym, łozinowym koszyku, czysto wysłanym śnieżnobiałą lniana serwetką, znaleźli
pierożki z kapustą, udka kurczęcia, chlebek, dobrze w liściach chrzanu wypieczony
ze smakowicie pachnącą, chrupką skórką oraz pyszną, prawdziwą herbatę we butelce.
Chwilę trwało milczenie. Jedli ze smakiem, opędzając się tylko od muszek i os,
które oblegały ich uparcie. Ojciec ułamał kawałek chleba. Gucio chciał zrobić
to samo, ale ułamał niezdarnie i kawałek chleba upadł na ziemię, w piasek. Chłopiec
kopnął go bezmyślnie.
- Guciu! W tej chwili podnieś chleb i przeproś!
- Za co, tatku? To przecież tylko kawałek chleba. Nic nie zrobiłem takiego.
- Chlebuś trzeba szanować, synu! Zapamiętaj sobie! A jak ci upadnie, trzeba
podnieść, otrzepać i pocałować, albo, jak ci już inaczej nie wypada, spalić.
Pamiętaj! Wiesz ty, ilu ludzi musi w pocie czoła nieraz, pracować, żebyś ty
mógł ten kawałek zjeść. Niedospać trzeba, kto chce dostać chleba. Będziesz pamiętał,
synu?
- Tak, tatku!
- Posililiśmy się Guciu i odpoczęli. Zabawimy się teraz w "strach".
Idź tam, dziecko! Jeszcze dalej! Aż na skraj górki. Widzisz tam co w murze?
- Widzę, tatku! Jakby taka rura sterczała spośród kamieni!
- Dobrze! A teraz uważaj! Pomyślisz sobie co. Jak ja zawołam: "Już!",
szepniesz w tę rurę. Rozumiesz? A ja pójdę na drugi skraj muru. No! Zaczynaj,
Guciu!
Chłopiec przykłada usta do niewielkiego otworu, o średnicy może dwunastu, piętnastu
centymetrów i z wielkim przejęciem coś szepcze.
- Świetnie słychać! - woła ojciec - Powiedziałeś: "Kto ty jesteś? Polak
mały. Jaki znak twój? Orzeł biały". A teraz - krzyczy rozbawiony Bazyli
- ja powiem szeptem, a ty słuchaj!
- Tatko powiedział - woła uszczęśliwiony malec - "Adam Babie Cebulę Daje,
Ewa Figę Gryzie...!"
- Doskonale! A teraz chodź tu, opowiem ci co to jest.
- Echo, tatku!
- A nie! Wcale nie! To się nazywa rezonans. Wydają go rury, które kiedyś, za
czasów królowej Bony, służyły do komunikacji słownej. Wbudowano te rury w mury
równolegle do poziomu, bez spadu. A były, jak widzisz, kamionkowe, o wysokiej
jakości gładzi. Głos niesie świetnie. Można było, zapewne, doskonale podsłuchiwać,
co ponoć królowa bardzo lubiła, ale czego nie radzę ci, kawalerze gładki, czynić
w domu.
- Czy jeszcze poczytać?
- spytała cicho matka?
Chłopcy zasnęli przy: "Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku...".
Zamknęła książkę i pogładziła okładkę, na której widniały duże, czarne litery:
"Bajki Pana Jachowicza". Pod nimi patrzyła z okładki na Teresę mała
dziewczynka. Spod szerokiej jej sukienki, zakończone koronką, wystawały pantalony.
Bufiaste rękawki nadawały dziewczynce kształt kulki. Przy szyi kokarda, a na
piersiach skrzyżowana chusteczka. Wszystkie te szczegóły nie uszły uwadze Teresy.
Szczególnie zachwyciły ją trzewiczki, zapewne prunelowe, wysoko sznurowane.
"Szkoda - pomyślała - że prócz tych bisurmanów Bóg nie obdarzył mnie także
córeczką. Ubierałabym ja tak ładnie! I jej nie znudziłyby się na pewno śliczne
i mądre wiesze pana Jachowicza. Czytałabym jej o Andzi, która "ukłuła się
i płakała".
Westchnęła leciutko i podniosła się z krzesła. Ostrożnie poprawiła zsuniętą
kołdrę Karolka. Spał zawsze na wznak, lekko pochrapując, z szeroko rozrzuconymi
ramionami. "Jak bardzo zmieniły mu się ostatnio rysy - pomyślała matka
- rośnie chłopiec".
Istotnie, Karol wyrósł ogromnie tego lata. Był przy tym bardzo chudy, choć jadł
za trzech. Bardzo wysoki, wysmukły, zwinny przy tym, był ogromnie pazikowaty.
Gucio, który także tego roku bardzo wyciągnął się w górę, nie doścignął jednak
brata. Był niższy od niego o głowę i wszystko wskazywało, że różnica ta już
pozostanie. Nie oznaczało to bynajmniej, że był niski czy niezgrabny. Karol
był po prostu za wysoki, a Gucio właśnie w sam raz. W przeciwieństwie do brata,
Gucio był silnie zbudowany, zarysowywały się już szerokie ramiona, wąskie biodra.
Spał teraz z podkurczonymi nogami, cały przykryty kołdrą. Temu trzeba było zawsze
odkrywać, dokładnie zasłonięty nos. Matka poprawiła jeszcze niebieską lampkę
oliwną, palącą się pod obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej i odruchowo zaczęła
porządkować rzeczy chłopców. Ładu i składu w tym kawalerski pokoju nie było
nigdy. Zawsze nagromadzały się przedmioty zupełnie dziwne: druty, szpulki, resztki
drewna, hebel , kawałki szmergla , farby, nawet majzel.
Wśród porozrzucanych w nieładzie na stole papierzysk, matka znalazła dwie rzeczy,
które ją zastanowiły. W dużym kajecie Karol zaprowadził bardzo porządnie i widać
systematycznie, zielnik. Pod każdą, starannie zasuszoną i przytwierdzoną pasemkami
papieru roślinką, widniał wykaligrafowany podpis.
Wśród farb, pędzelków, zapewne ściągniętych z pokoju ojca, znalazła kawałek
papendekla, na którym Gucio namalował obrazek. Była na nim data sprzed roku.
Obrazek przedstawiał jakieś ruiny, dziką różę i, wysoko, na sterczynie muru,
krzak jarzębiny.
"Tak - pomyślała znowu Teresa - chłopcy rosną, dorastają, a ja im bajki
pana Jachowicza..."
- Jak tu u nas
cicho i spokojnie, Bazylku! Nie umiałabym już żyć w mieście.
Teresa poprawiła nocny czepeczek, wychyliła się, aby zdmuchnąć świecę, a potem
podciągnęła pod brodę kołdrę. Dym zgaszonej świecy napełnił przez chwilę pokój
przyjemną, znaną wonią.
- Śpisz? - spytała cicho męża.
- Nie! Mówisz, duszko, że tu cicho, a psy szczekają dziś niespokojnie. Ze wsi
odpowiadają im inne, zaczyna się nocny koncert.
- Bazylku! Serce moje! Mnie się zdaje, że nasi chłopcy dorastają. Tacy robią
się wielcy, trzeba by pomyśleć o ich edukacji. To, czego nauczyli się w domu,
to za mało.
- Wcale ci się nie zdaje. Oni naprawdę wyrastają. To ich prawo. Oni rosną, my
się starzejemy. Na to nie ma rady. Rzeki życia nie zatrzymasz! Zależy tylko,
kogo się ma przy sobie. Jeśli dobrego, wiernego towarzysza, to i lżej iść przez
życie. A ty jesteś taka dobra dla mnie, taka wyrozumiała. Ile to już lat tak
wędrujemy razem, ramię w ramię? Czekaj, niech no policzę... osiemnaście lat!
Toż to kawał czasu! A zbiegł, nie wiedzieć kiedy i gdzie.
- Bazylku! Trzeba chyba pomyśleć o ich przyszłości. Karolek tak garnie się do
ludzi, do przyrody. Może by Szkoła Rolnicza?
- Nie! Ja go przeznaczyłem na mego następcę. Będzie prowadził hutę. Skończy
przedtem inżynierię, może w Kownie, a może nawet w Warszawie. Porobi ulepszenia,
bo my tu trochę już przestarzale pracujemy, a świat idzie na przód. Lampę naftową
wynaleziono, i to Polak, popatrz tylko, z tych stron rodem. Maszynę parową zbudowano,
która ciągnie wagony po szynach. Już pierwszy odcinek drogi żelaznej zbudowano
z Wrocławia do Oławy. Toż rewelacja w technice.
- Bazylku! A jeśli on będzie wolał wieś?
- Zobaczymy. Własnemu dziecku na przekór nie stanę, ale pokierować rozsądnie
też należy. Zamyśliwałem już, żeby go na jesieni wysłać do szkół do Winnicy.
- A Gucio? Takie ma zdolności do rysunków. I maluje ładnie!
- Gucio to jeszcze dzieciak. Zapisze się go do realnej w Samborze.
Psy uspokoiły się, gdzieś daleko echo niosło po wodzie głosy nawołujących się
rybaków.
Do zasypiającej już Teresy, doszedł cichy szept:
- Jak to nasz mistrz Fredro powiada: "Dawniej rzekła panieneczka, daj mi
luby kanareczka. Teraz, jeśli nie chcesz mojej zguby, moja duszko..."
- Panienko! - tajemniczy
szept Osypa przerwał rozmyślania Teresy.
- Mój Osypie kochany! Tyle razy prosiłam nie panienkować mi! To nie uchodzi!
Teresa bardzo lubi Osypa. Nawet, rzec można, jest on jej ulubieńcem. Jest pewna
jego dawnych przywiązań.
- Co tam nowego? - pyta.
- Ja sanie przygotował, jest derka ciepła. Szubę tylko narzucić i jedziemy.
- Czy ty zawsze musisz, Osyp, tak ni z gruszki ni z pietruszki. W hucie coś
się stało?
- Iiii! Przecie do huty sań bym nie zaprzęgał. Nam trzeba do Różyszcz i to szybko.
- Mówże po ludzku! - Teresa już się niepokoi. Matczyne serce zawsze przeczuje.
- Ja powiem wszystko, jak na świętej spowiedzi. Tylko trzeba obiecać, że pan
się nie dowie. Taki mizerny jakiś, musi choroba za nim chodzi, tfu, tfu.
- Że źle wygląda, to i ja wiem. Ale po co do Różyszcz? Po doktora? Bazyli ani
słyszeć nie chce o lekarzu.
- Nie! Gorzej! Nam trzeba szybko do Gottlieba, do karczmy. Tam niedobrze się
dzieje. Odkąd stary umarł, karczmę prowadzi jego najstarszy syn, też Jakub.
I teraz, panienko, w tej karczmie piją na umór i nasz Karolek z nimi. Jakub
przysłał umyślnego.
Teresa bez słowa wybiega przed ganek. Narzuca wielką szubę, Osyp przypina podbity
futrem fartuch. Odjeżdżają. W głowie Teresy szum i zamęt. Myśli kłębią się.
Jej szyn! Jej oczko w głowie! Taki wstyd! Toż dzieciak prawie! Ileż to on ma?
Piętnaście? Nie! Już siedemnasty mu idzie. Leży tam pewnie pod stołem! Otruli
go siwuchą. Taki wstyd!
Karczma Jakuba
Gottlieba, syna Jakuba, stoi na rozstajach bocznej drogi i traktu, wiodącego
do Włodzimierza. Nowy właściciel nie rozbudował karczmy, wzmógł tylko zakupy
okowity, wódek i rozpijał z powodzeniem, nie żałując kredytu, okolicznych chłopów,
Czechów z pobliskiej kolonii i kogo się dało. Patrzył na to, gdzie zysk i profit,
a nie jak ojciec, gdzie kraj jego.
Karczma był to przysadzisty, parterowy, drewniany, dzielony wewnątrz sienią
budynek. Po lewej była izba mieszkalna, bokówką zwana i kuchnia, gdzie po śmierci
męża rezydowała w peruce, bardzo już podstarzała Rose, pokrzykiwała głośno i
hałaśliwie młoda żona Jakuba, gnieździły się małe, brudne i wrzaskliwe dzieci,
w zagłębieniu zaś pod piecem chowały się kury z przychówkiem.
Po prawej, mieściła się duża izba zajezdna. Od strony frontowej były dwa okna,
na nich, od zewnątrz, okiennice zamknięte teraz na sztaby.
Teresa zatrzymała się u progu. Wewnątrz panował półmrok, rozświetlony jedynie
dwoma lampkami naftowymi, z których jedna zwisała u powały, druga obok szynkwasu.
Obie, dla lepszego odbijania światła, posiadały wmontowane lusterka.
Omiotła wzrokiem izbę. Panował tu ścisk, gwar, kwaśny zaduch, pełno tytoniowego
dymu i wyziewów z wilgotnych baranich kożuchów. Przy stołach, sosnowych krzyżakach,
zbijanych tylko kołkami, siedzieli chłopi. Mignęła jej także twarz znajomego
urzędnika z poczty w Różyszczach.
Za szynkwasem stał właściciel. Wysoki, godnie wyprostowany, w czarnej czapce,
a nie jarmułce, w chałacie, ale bez tradycyjnej brody, modnie ogolony, z ryżymi
pejsami po bokach twarzy. Przy szynkwasie, między słojem z mętnym płynem, w
którym pływały ogórki, a antałkiem piwa, stał jej Karol. Mówił coś głośno do
ludzi, o czymś przekonywał i jakby dla zaakcentowania wagi słów, uderzał raz
po raz o szynkwas aluminiowym półkwaterkiem, przywieszonym na łańcuszku. Nie
był pijany. Trzymał się ładnie, prosto, głos tylko bardzo podnosił, by przekrzyczeć
gwar i być przez wszystkich słyszanym.
- Ludzie! - zawołał i zaraz zrobiło się cicho - nie żyjcie w ciemnocie! Otwórzcie
oczy i uszy na to co się dzieje. Rosja szykuje mobilizację, boją się psubraty
anarchii. We Wiedniu rewolucja, w naszym Krakowie powołano Gwardię Narodową.
Ludzie! Rodacy! Wiosna, która teraz nadchodzi, będzie wiosna wolności! I my
się jednoczmy...
- Karolku! - matka podchodzi do syn - dlaczego ty tu, a nie w szkołach? Dlaczego
Gottlieb przysłał wiadomość, że tu pija na umór, dlaczego. ..
- Za dużo pytań, matko! Chodźmy! Swoje już powiedziałem, wystarczy już na ten
raz.
- Jedźmy do domu! Osyp! Zaprzęgaj do powozu! - woła Teresa.
- Taż zima, wielmożna panienko - przy ludziach Osyp stara się być szarmancki.
- Prawda! Boże! O czym ja myślę!
- Ja nie pojadę do domu, matko. Założyliśmy naradę. Mnie do Krakowa trzeba.
Podrzucicie mnie tylko do Horochowa. Znam tam żyda, Morgulca. To znany przemytnik
i koniokrad, za pan brat ze wszystkimi. On przeprowadzi mnie do Krakowa. Szkołę
rzuciłem! Jak to wszystko się skończy, a mam nadzieję pomyślnie, osiądę na roli.
- Dlaczego Gottlieb?... - Teresa wciąż nie może przyjść do siebie - dlaczego
on mówił o pijaństwie? Ja nic takiego tam nie zauważyłam! Prędzej mi to na polityczne
zebranie patrzyło.
- O! Właśnie! Rebeliantów bał się prawomyślny Gottlieb! Co mówisz o moich planach,
matko?
Teresie miga taka jedna chwila kiedy to, zaraz po ślubie, penetrowała biurko
męża. Obiecała wszak sobie wtedy, że gdy zabrzmi trąbka do boju ona sama wyprawi
syna.
- To twój obowiązek, synu! - mówi cicho. Głos jej więźnie w krtani i drobne,
okrągłe łzy same spadają na policzki. Mimo to próbuje się uśmiechnąć - A ojcu
- dodaje - wytłumaczę. Sam był w trzydziestym pierwszym w powstaniu! I jest
żarliwym patriotą. Zrozumie!
W domu Teresa zastała
chorobę. Bazyli, złożony nagłą ciężką niemocą, leżał bez przytomności. Krzątała
się przy nim Karolowa, Ignacy pognał, co koń wyskoczy, po konowała. Teresa wysłała
umyślnego do Sambora po Gucia.
Bazyli, który nigdy nie chorował, leżał teraz blady jak płótno, rysy miał zaostrzone.
Wracała mu chwi-lami przytomność, ale głosu wydobyć nie mógł. Przybyły lekarz
popatrzył na chorego, cofnął się gwałtownie.
- To cholera! Trzeba władze zawiadomić i do szpitala cholerycznego wieźć. Tu
już nic po mnie. Umrze za dwa, trzy dni.
- Nie! - krzyknęła gwałtownie, z rozpaczą Karolowa - Nie dam, nie pozwolę do
szpitala! On tam zemrze jeszcze prędzej. Sama będę go doglądała. Ja zwyczajna.
Zamknę się z nim w pokoiku za kuchnią, albo jeszcze lepiej w komórce przy hucie.
A względem tego doniesienia do władz, co pan konsyliarz mówił, to ja. . Sięgnęła
po złoty łańcuszek na piersiach.
- Nie! - zaprotestowała gorąco z kolei Teresa - Niech Karolowa zostawi. Ja mam
pieniądze. Może pan doktor pozwoli za mną.
Minęły dwa miesiące,
a Bazyli żył ciągle. Wymizerowany, chudy jak szczapa, próbował już o własnych
siłach wstawać. Lekarz, który może z obowiązku, a może z wyrzutów sumienia,
sam, nie wzywany, przyjechał odwiedzić upartego chorego, zdecydował, że to był
błąd w sztuce lekarskiej, co nawet wyraził ładnie po łacinie. Orzekł, że to
był tyfus.
Wieczorami Teresa siadywała u wezgłowia chorego, opowiadała zasłyszane wieści
lub czytała głośno Kurierka.
- Jedyny chyba kraj w Europie - narzekał Bazyli - w którym gazeta nie podaje
wiadomości z zagranicy.
A wiadomości było sporo. Wiosenny zryw ogarnął Rosję, gdzie ogłoszono mobilizację
"w obawie przed rozszerzaniem się anarchii" - skomentował Bazyli.
W Austrii, wielkim zlepku narodów. Gotowało się jak w tyglu. Wrzenia ogarnęły
też Budapeszt, Pragę, Berlin.
- W Samborze mówili, - opowiada Teresa - że w Berlinie podobno tłum wynosił
na rękach wypuszczonych z więzień Polaków. To piękne, Bazyli! Kraków, Lwów,
ogarnęła fala rewolucji. Ale ja już czuję, że to będzie znowu wszystko na nic.
Żeby tam wszyscy, na raz, podnieśli się, to może by i coś zdziałało. Ale tak!
- Nawet, jeśli się nie uda, to zawsze ten zryw, duszko, obudzi świadomość społeczną,
narodową. A to już dużo!
Jednej tylko sprawy Teresa nie zakomunikowała mężowi, w obawie o jego zdrowie.
Karol wrócił z zagranicy, zajechał do Horochowa na furce, ze strzaskaną nogą.
Margulec nie zawiódł, zawiodły kontakty na granicy. Musieli uciekać. Karol poślizgnął
się na kamieniu, spadł ze znacznej wysokości. Troskę o zdrowie syna zdjęły matce
śliczne panny Teodorowiczówny, które kurowały Karola troskliwie. O jednej z
nich, Zosi mianowicie, Karolowa już się wywiedziała, że bardzo mają się z Karolkiem,
robaczkiem kochanym, ku sobie.
Gustaw zaś spokojnie, rozważnie piął się powoli od jednego sukcesu szkolnego
do drugiego.
- Czy te psy muszą
tak hałasować? - niecierpliwi się Teresa.
- Może ktoś nadjeżdża, duszko. Wyjrzę na ganek. Jest tuman na drodze. Zaraz
tu będą. Ciekawe kto?
- Karolek dawno nie był!
- Posypały się wnuki dobrodziejce! - śmieje się wesoło Bazyli, który już dawno
zapomniał choroby, powrócił do zdrowia i raźno pracował dalej w hucie.
- A dobrodziejowi to niby się nie posypały! - odcina się Teresa - Ładne te nasze
wnuki! Mała Teodorowiczówna, takie to było chucherko, a popatrz! Przez cztery
lata trójkę już Karolkowi wyprowadziła i teraz znowu w błogosławionym stanie.
Zbiegło nam, nie wiedzieć kiedy, te ostatnie dziesięć lat. Był list od Gucia
z Warszawy.
- Poczta przysłał? Co pisze?
- Nie! Przez okazję. Konie pod ganek podjechały. Potem ci powiem co i jak. Trzeba
zobaczyć, kto zajechał.
Rzadko teraz zjawiali się goście pod ich dachem. Tym milej, serdeczniej byli
widziani.
Na progu stanął wysoki, postawny mężczyzna. Zrzucił zakurzony pudermantel i
wolno podszedł do Bazylego.
- Cóż to, nie poznajesz, asan? Zanim oprzytomniejesz Bazyli, pozwól złożyć moje
najniższe uszanowanie twojej pani drobrodzice. Może mnie rekomendujesz?
- Ignacy! Ignaś kochany! Reniu! Duszko! Toż to mój najmilszy towarzysz, Ignacy
Wierusz-Kowalski.
- Do usług! - szarmancko skłonił się gość.
- My, z Bazylim - powiedział - jak bracia. Z jednego kotła jadaliśmy w trzydziestym
pierwszym roku. Pewnie opowiadał?
- Nie, - z zakłopotaniem odpowiedziała Teresa - mąż nie lubi mówić o tamtych
czasach. Niekiedy tylko, co wspomni. Tymczasem proszę do pokojów. Pan pewnie
zdrożony. Zaraz każę podawać. Pan z daleka?
- Z samej Warszawy! Ja, po starej znajomości, a i sprawę mam pewną.
- Trzeba przyznać,
że kuchnia u pani dobrodziki wyśmienita! - mówi Ignacy, wycierając sumiaste
wąsy serwetką. - U nas w Warszawie ani tak świeże, ani tak smaczne. Często i
po restauracjach jadam to wiem.
- Jak to? - dziwi się Bazyli - ożeniłeś się przecież. Słyszałem, że panna posażna
i piękna, z Wasiewiczów się rodzi.
- Ano, mój kochany Bazyli, w tym rzecz, że była, ale już mojej Elżuni nie ma
między żyjącymi. Dobra była i rzetelna kobieta. Zmarło się jej już dawno, ze
czternaście lat temu, przy połogu najmłodszej.
- A dziecko? - interesuje się żywo i życzliwie Teresa.
- Dziecko żyje, moja pani, ale takie to i życie. Nie poszczęściło mi się z dziećmi.
Pozwoli łaskawa pani opowiedzieć? Bo to i pogadać o dzieciach nie ma z kim.
- Proszę bardzo. Słuchamy uważnie.
- Jak powiedziałem, nie poszczęściło mi się z progeniturą. Chciałem bardzo mieć
synów, krajowi na pomoc i chwałę, a tu same córki się posypały. Trzy! I tak
jakoś się nie powiodło. Najstarsza, po matce, jak w zwyczaju, Elżbieta, Lizia
ja nazywamy. Zaraz po urodzeniu usunęła się mamce. Medycy ratowali, ale co z
tego, kiedy cos tam nie tak złożyli i kręgosłup ma zupełnie zgięty poziomo.
Ledwo co może głowę może podnieść. A dobre to, jak anioł, słodkie, krzty goryczy
w niej nie ma. Oczy ma szczególnie piękne, takie wyraziste, jakby całą swoją
krzywdę niezawinioną chciała w nich zamknąć.
- A pozostałe? - przerywa Teresa, widząc rosnący ból w oczach ojca.
- Średnia, Maria, udana nad miarę. Ta wyszła za Haukego . Bardzo szczęśliwie,
cóż, kiedy potomstwa nie widać. On ciągle w rozjazdach.
- Może dlatego nie widać bociana? - żartuje Bazyli.
- Bazylku! Uważaj na to co mówisz! - karci łagodnie męża Teresa.
- A cóż ja takiego, duszko... Ale, ale, ten Hauke, to nie Maurycy von Hauke,
czasami?
- Nie, nie! Wiem, o kim myślisz. Tamten był zdrajcą, sprzedawczykiem. Zabili
go podchorążowie pierwszego zaraz dnia powstania. Ten nasz, to zupełni inna
rodzina. On żaden von, po prostu Hauke-Bossak.
- A trzecia córka, Ignasiu?
- At! Co tam mówić. Trzecia, Aleksandra, jest, jak to nazywają, wcześniakiem.
A na jeszcze większą biedę, matka ją odumarła przy urodzeniu. Hodowałem tą dziecinę,
jak umiałem. Maryjka stale gdzieś za mężem, Lizia sama wymaga opieki, więc musiałem
ja. Sióstr ani krewnych nie mam, mamki bałem się brać, wiec, śmiech powiedzieć,
buteleczką karmiłem, przewijałem, hołubiłem. Dasz wiarę, Bazyli, słoninką niemowlę
okładałem, w futra zawijałem, takie to było mikre. Zginęła by ze szczętem i
ja z nią, ale dopomógł bardzo Śniadecki, Jędrzej Śniadecki, mój dobry znajomek.
Dowiedział się o moich tarapatach i przysłał mi swoją książeczkę pod tytułem:
"Fizyczne wychowanie dzieci". To ten sam Śniadecki, który utworzył
Towarzystwo Szubrawców.
- Żeby dziecko z książką chować! - wyrwało się Teresie. - Teraz inne czasy,
pani dobrodziejko!
- Ja myślę, że na szubrawca swojej najmłodszej nie wychowasz - śmieje się Bazyli.
- Spodziewam się. Na razie Ola, to mizerne, chude, ciągle coś jej się przyplątuje.
No i malutka taka. Ale przy tym i dzielna ogromnie. Nigdy nie płacze, nie narzeka.
Jak może, tak się pracy ima i pomaga innym. Ale my tu gadu, gadu o moich dzieciskach,
a co z waszymi? Wiele tegoż macie przychówku?
- Tylko dwoje! - odpowiada Teresa i zaraz spuszcza głowę, jakby w poczuciu winy.
- Dwóch dryblasów. - uzupełnia Bazyli - Najstarszy, Karol już obabił się, troje
wnuczków doczekaliśmy się i czwarte w drodze. Siedzi na wsi, gospodaruje. A
Gustaw, młodszy. .. A właśnie! Reniu! Duszko moja, miałaś mi powiedzieć, co
pisze. Wiesz, Ignacy, akurat list dostaliśmy.
- No to ja ładnie się ubrałem. Nie wiedziałem w jakim są wieku i zabawkę im
przywiozłem. Najnowszy wynalazek. Mała maszyna, parowóz parowy.
- Nie sumituj się, Ignacy, będzie dla wnucząt.
- Gucio marzył o Szkole Głównej, szczególnie prawo chciał studiować. Uczy się
dobrze, pisze, że korepetycje daje z matematyki i fizyki i w ten sposób odkłada
fundusz na czesne.
- Głośno w Warszawie o tej Szkole Głównej - dodaje Ignacy - mówią, że Wielopolski
przy założeniu tej szkoły dużo zdziałał.
- Wy tu żyjecie - dodaje po chwili, kręcąc machinalnie gałkę z chleba - z dala
od ludzi. Świat zabity deskami.
- Niezupełnie on taki zabity, jak ci się wydaje, Ignasiu! Wieści docierają,
może i z opóźnieniem, ale docierają. Gottlieb, nasz tutejszy totumfacki , dużo
jeździ po świecie, przywozi wiadomości, a i Kurierka czy Tygodnik Ilustrowany,
zdarza się, podrzuci. W Samborze kupcy dużo wiedzą i chętnie mówią. Świat powiadasz,
zabity deskami! Ale, uważasz, ja mam moją hutę. To jest może na małą bardzo
skalę, prowincjonalną, ale to jest przemysł. I ta huta teraz, to jedyna moja
droga.
- A innej nie widzisz?
- W tej chwili nie!
- A gdyby, Bazyli, gdyby taka droga otworzyła się przed tobą, poszedł byś nią?
- Tak! Zdecydowanie odparł Bazyli - Poszedł bym bez chwili wahania!
Gość odjechał,
pozostawiając po sobie dobre wspomnienie. Teresa tylko długo nie mogła, po nocach,
zasnąć. A gdy już przysnęła, budziła się z krzykiem. Jej sny pełne były szczęku
broni, jęków rannych i rżenia koni.
Bazylemu spadł na głowę jeszcze jeden kłopot. Ignacy, na odjezdnym, prosił go
usilnie, w imię starej, powstańczej przyjaźni, aby zechciał być opiekunem nieletniej
Aleksandry, w przypadku, gdyby jemu samemu coś się przytrafiło.
- A czasy - mówił - idą niespokojne, niepewne. Ja wiem, że Sambor daleko od
Warszawy, ale gdyby przyszło co do czego, człowiek wszak nie jest wieczny, spokojniej
by mi było - mówił dalej - wiedząc, że dziecko moje najmłodsze, słabe i chorowite
ma, acz daleko, opiekuna rzetelnego.
- W tej powodzi zła, oszukaństw, szalbierstwa - mówił - jakich nie brakuje w
tak wielkim mieście, jak Warszawa, w tej dżungli ludzkich zawiści, tobie tylko,
Bazyli, mogę zaufać.
Teresa przysiadła
w mężowskim pokoju, na swoim ulubionym fotelu pod oknem, ułożyła wygodnie nogi
na podnóżku. Zamyśliła się. Zbyt wielu powodów do zmartwień nie było ostatnio.
Ot! Zwykłe, domowe kłopoty. Konfitury pleśnią zaszły, trzeba będzie przegotować.
Cukru zaczyna brakować. Ostatnio w Samborze u kupców widziała w kostkach. To
bardzo praktyczne. Trzeba by kupić. Karolowa bardzo niedomaga. Ostatnio narzekała,
że wątroba jej puchnie, ciężko już jej chodzić, kuchni doglądać i obowiązki
wypełniać. Teresa przemyśliwa, czyby nie wziąć młodej jakiejś dziewczyny, przyuczyć.
Z drugiej zaś strony, teraz, kiedy dzieci odeszły, zmniejszyły się też potrzeby
ich domu. Przy wydatniejszej pomocy Teresy, mogłoby pozostać bez zmian. "Nie
lubię zmian - pomyślała - nie lubię wyjeżdżać, ruszać się z tego kąta. Przyzwyczaiłam
się widocznie do miejsc i do twarzy. Nie umiała bym żyć inaczej. Widocznie starzeje
się!" - westchnęła i podniosła się ciężko z fotela. "Pójdę do kuchni
pomóc Karolowej. Niedługo wróci Bazyli z huty, lubi, żeby obiad już czkał".
Powiodła wzrokiem po pokoju. Uwagę jej przyciągnęła pół otwarta jedna z małych
szufladek biurka. Widocznie Bazyli szukał czegoś w pośpiechu, bo i papiery na
biurku były nieładzie. Chciała zamknąć szufladę, ale nie dawała się wsunąć.
Machinalnie poprawiła papiery i wtedy wypadł mały, ceratowy kajecik. Teresa
z kajecikiem w ręku wróciła na fotel. Z pożółkłych już kartek wypadła czterolistna
koniczynka i dwie wyblakłe niezapominajki, trzecia rozkruszyła się, zostawiając
brązową plamkę na papierze. Data: "18 września Anno Domini l832".
Kiedy to było? Jak to już dawno! Prawie trzydzieści lat minęło! Dwóch synów
dochowała się z Bazylim. Karol, najstarszy, umarł na tyfus dwa lata temu. Jego
żona, mała Zosia z Teodorowiczów, drugi raz za mąż poszła, bo i dzieci niedorosłe,
opieki męskiej potrzebujące i mająteczkiem nie miał kto zarządzać. Teresa doskonale
rozumiała, ze Zosia za mężem wyjechała w inne strony. A Gustaw? Też o ożenku
powinien myśleć. Ale on w dalekim, nieznanym mieście, w Warszawie nauki kończy.
Westchnęła ciężko. Przejrzała resztę kartek ceratowego kajeciku. Były tu, zaczęte
a nieskończone, jej nowelki. Widocznie coś jej przeszkodziło wtedy w dokończeniu.
Pewnie obiecała sobie powrócić do pisania, zawieruszyła gdzieś kajecik, potem
zapomniała. "Jakież to było naiwne, to moje pismakowanie. Teraz - rozważała
- zupełnie inaczej bym to zrobiła". Pierwsza z nowelek dotyczyła Karolowej.
"Jak dziecinnie opisywałam jej furkoczące wstążki czepca! A człowieka nie
dostrzegałam. A tu co? "Żydowskie dzieci"! Aha! To były bachórki Gottlieba.
Jakiż to był porządny człowiek i dobry Polak! Ale Jakub Gottlieb i jego żona
Rose, mili karczmę. Byli potentatami na tamte czasy i w brudnych rękach ich
dzieci Teresa nieraz widywała słodycze, pomarańcze nawet. Bawiły ją te dzieci
innością, kędzierzawym i włosami, charkocząca mową. A przecież w Starym Samborze
było wiele małych, brudnych dzieci żydowskich. I wiele walących się prawie ruin,
pełnych kobiet o wielkich, smutnych oczach. A dzieci były natarczywe, wiecznie
głodne, o oczach zaczerwienionych, zaropiałych na skutek egipskiej choroby.
A Huculi? Dlaczego nigdy nie pisała o Hucułach?
Tak. Teraz wiedziała już, jak powinna była pisać: barwnie, żywo, nie tak płasko
i przede wszystkim trzeba było o człowieku, dla człowieka. Tylko teraz już sił
brakowało i ręka też nie wprawna. "Trzeba - pomyślała, chowając ceratowy
kajecik do biurka - zajrzeć wreszcie do kuchni".
- Moja duszko -
mówił pewnego ranka Bazyli do Teresy - To tak, jak umówione. Ty pojedziesz dziś
do Sambora po pieniądze, kupcy mają mieć przygotowane. Ja popracuję w hucie
i przygotuję transport na jutro, bo to pilne i sam z nim pojadę. Pod wieczór
chyba wrócisz? I uważaj na siebie.
Odszedł ścieżką, prowadzącą do furtki, lekko utykając, zawsze jednak wyprostowany,
bez laski. Przez gałęzie złocących się już jesiennie liści, prześwitywało ciepłe
słońce, rzucając jasne, ruchome plamy. Chwilę słychać było pogwizdywanie na
psy, które rade ze spaceru, towarzyszyły panu do furtki. Poszczekiwały radośnie
jeszcze przez chwilę, a potem cisza, prawdziwa wiejska cisza ogarnęła ogród,
dom i Teresę.
Zawróciła do domu i zaczęła przygotowywać się do wyjazdu. W Samborze w stanęli
dopiero na południe. Po drodze jeden z cugowych okulał i trzeba było zboczyć
do kowala. W mieście panował ten sam, co zawsze, ożywiony gwar i ruch, tym bardziej,
że był to dzień targowy.
W powrotnej drodze, która nużyła ja zawsze bardzo, z krótkiej, niespokojnej
drzemki wyrwał ją, słyszalny już z daleka, idący im naprzeciw tętent koni.
- To idą rysaki z Ozdziutycz. - zawyrokował z kozła Ignacy - Tylko czego, ten
durny, tak je gna, jak do pożaru. Zamęczy konie ze szczętem.
Teresie drgnęło nagle serce z nieznanej, niezmiernej trwogi. Wyciągnęła z torby
podróżnej flakonik z walerianą. "Stanowczo starzeję się! - pomyślała, łykając,
wylane na kostkę cukru krople - ciągle mi się teraz wydaje, że coś złego się
przytrafi.
W domu Teresa zastała
rozgardiasz. Płacząca Karolowa z trudem wydukała, że Bazyli dostał przez umyślnego
wiadomość i jak by go giez ugryzł, zaczął pakować rzeczy, wyciągać z lamusa
kosz.
- List Bazyli zostawił - dodała, zanosząc się od płaczu.
Bazyli pisał krótko: "Serca mego ozdobo! Dostałem nagle wiadomość z Warszawy,
że Ignaś umierający, wzywa mnie nie mieszkając, do siebie, w ważnej sprawie.
Jadę tedy, tobie powierzając piecze nad domem i hutą. W Warszawie zabawię krótko.
Stanę u Gucia i zaraz napiszę, choć prędzej mnie się spodziewaj. Niż listu.
Żal mi serce ściska, że tak, bez pożegnania przyszło odjeżdżać, ale widzisz,
duszko, on mnie życie ratował, a teraz mnie potrzebuje. Łasce boskiej Cię polecam
i do rychłego zobaczenia, droga Ty moja! - Twój Bazyli".
- Przeczucie mnie nie omyliło. To bardzo przykre zapewne, kiedy umiera przyjaciel.
Ale dlaczego Karolowa tak płacze? Proszę już tych łez tak nie lać, moja dobra
Karolowo. Wszystkich nas to czeka kiedyś. A może i ozdrowieje pan Ignacy!
- Ja nie przez to płaczę, choć zawsze żal człowieka. Boję się o Bazylka. Czuje
serce moje, że on już na ten próg nie powróci.
- Wróci, wróci, Karolowo! Na pewno! Tu przecież jego dom. Nieraz już, bywało,
wyjeżdżał i na dłużej - stara się przekonać ją Teresa, ale i jej samej jest
też nieswojo. Tak dziwnie pożegnali się dziś rano, jakby wcale prawie. Nagle
przypomniała sobie spotkanie na drodze.
- Karolowo! Czym pojechał? Przecież nasze konie chodziły dziś ze mną do Sambora.
Kiedy pojechał?
- Będzie z dobrą godzinę! O Jezu! Tak żałował, z pani nie ma. Konie z Ozdziutycz
dali. Na Terespol polecili, do stacji drogi żelaznej.
- To ja jego musiałam minąć na trakcie. Mój Boże! Machał tam ktoś i coś krzyczał,
ale trakt szeroki, konie nie nasze, rzeczywiści gnały jak do pożaru to i stawać
nie kazałam.
- Bazyli mówił, że mu pilno do kolei, bo ona, podobno nie czeka. Musiało tak
i być, że Bazyli nasze konie poznał, ale już czasu nie mili, żeby stawać, a
to zawsze zmitrężenie.
- A ja nawet nie wiedziałam, nie przeczułam, że to on jedzie! - powtórzyła cicho
Teresa.
Po kilku dniach
uciążliwej podróży, Bazyli wysiadł na Dworcu Warszawsko Terespolskim. Zmęczony
był bardzo, mimo to w ciekawością prowincjusza, rozglądał się wokoło. Dowiedział
się też zaraz, że na druga stronę Wisły jest bardzo daleko, ale do nowego mostu
Kierbedzia, którego budowę już się kończy, można dojechać wygodnie kolejka konną.
Wysiąść trzeba tylko przy Targowisku Wielkim. Stamtąd już do mostu blisko.
Jadąc kolejką Bazyli obserwował ruch uliczny. Oszołamiał go ten nieustanny turkot,
hałas, stuk. W nozdrza uderzał nieprzyjemny kwaśny zapach, jakby z murów wydobywający
się. Dziwnym mu się wydał widok elegancików, rozpartych nonszalancko w dorożkach
na gumach. Wychudłe chabety dorożkarze okładali bezlitośnie batem. Obok tych
widać, młodych ludzi, pięknie uparasalkowane kobiety. Na rękach niejednej postrzegał
pieski różne. Pinczery o wyłupiastych, jak teleskopy, oczach. Inne, rachityczne
i krzykliwe ratlerki.
- Wszystko pieski salonowe! - mruknął niechętnie. Mijali wozy, kryte płótnem,
ciągnione przez ciężkie, silnie umięśnione perszerony, które wraz z kołami czyniły
na bruku swymi podkowami hałas niemożebny.
- Ratusz, panie, Napolion nam jeszcze w osiemset jedenastym zburzył - poinformował
Bazylego furman kolejki, wskazując na wielki plac targowy.
- Ratusz tu stał kiedyś, panie, okazały. Jeszcze dzieckiem będąc, lubiłem popatrzeć.
Potem Napolion na fortyfikację kazał zburzyć, a teraz plac targowy zrobili.
- ciągnął dalej i przyjrzał się uważnie Bazylemu. - Pan szanowny z daleka? -
przyjrzał się uważnie Bazylemu.
- Z Sambora, - odpowiedział - znad samego Dniestru - dodał. - A tu u was spokojnie?
- A tam! - machnął batem furman - jak ma być spokojnie? Najsampierw, popatrz
pan na tę biedotę, co ulicą idzie. Niby to, panie robociarze, rzemieślniki,
a jakie to wymizerowane, jak ubrane. Cajgi, barchany. A przecież też naród.
- Jak pan szanowny na Warszawę - dodał - to już trzeba wysiadać. Moja kolejka
tylko aby z Dworca do Dworca, znaczy się z Terespolszczaka do Petersburszczaka.
Teraz szanowny pan przejdzie Targowisko do mostu. Ale uważać trzeba! Tu się
dużo różnych ludzi kręci: frajerzy, cwaniaki, szopenfeldziarze i takie tam obieżyświaty.
Okraść w tłoku to dla nich pestka. Zwłaszcza przyjezdnego, zielonego znaczy
się, z przeproszeniem szanownego pana, wyczują.
Most na Wiśle zainteresował Bazylego bardzo. Wysoki, zamknięty z obu boków kratownicą,
nie dozwalał na obejrzenie widoków Warszawy, które z tego miejsca przedstawiały
się wspaniale. Na Wiśle płynęły wiosłowe i żaglowe łodzie, barki flisackie,
niosące na swym grzbiecie małe domki. Flisacy zapewne wywodzili swe pieśni smętne,
ale hałas przejeżdżających mostem wozów tłumił ich głosy. Na drugiej stronie,
okryte lekką różową mgiełką, leżało, szeroko wzdłuż brzegów rozciągnione, miasto.
Błyszczały miedziane kopuły kościołów, rysował się wyraźnie potężny masyw zamku
Królewskiego. Bazyli z uwagą oglądał nowe, widać świeżo postawione, zmyślnie
w kutym żelazie wykonane kratownice mostu.
Syna zastał jeszcze
w domu. Wybierał się właśnie na wykłady.
- Skromnie tu u ciebie, mój synu, - stwierdził ojciec - ale porządek widzę duży.
To ci się chwali. To nie to, co bywało w Samborze. A teraz ad rem . Pozdrowień
od matki nie przywożę, bom się sam z nią nie pożegnał jak należy. Wiadomość
dostałem, mój synu, że przyjaciel umierający, wzywa mnie do siebie. Więc stante
pede się zerwałem. Imaginuj sobie, że matkę spotkałem na trakcie, z Sambora
wracała. Wołałem, machałem, ale wiesz, jak niosą rysaki Odziutyckiego. Rwą,
jak szalone, tak i zatrzymać się nie dało. Teraz odeśpię trochę, a potem ruszę
na Warszawę. Po południu zaś umówimy się, żeby razem pójść do tego biedaka.
- Może ojciec zechciałby zjeść obiad na mieście, bo u mnie na prymusie byłoby
nieporęcznie. Trochę chudopacholsko tu żyję. Żeby tylko ojciec do żadnej garkuchni
nie zachodził, jeszcze co nie daj Bóg, otrują. Najlepiej do...
- Dam sobie rade, chłopcze. Myślisz, że jak ojciec ze wsi, to już żadnej orientacji
nie ma? Sokoła i jastrzębia w locie wypatrzę, a tu dobrej traktierni nie zobaczę?
Zbliżali się do
ulicy Chłodnej. Minęli plac pod Lwem. W czasie drogi Gustaw był niespokojny.
Zdziwiony nieco wizyta u obcych mu osób, nie śmiał jednak pytać o nic ojca.
A ten z werwą opowiadał, co robił i widział.
- Obiadek zjadłem jednak w garkuchni, ale popiłem lampką wina u Simona i Steckiego.
Nawet dobre było, ale drogie. Rozległa jest ta Warszawa, tylko brudne, jak zauważyłem,
miasto. Oświetlenie gazowe widziałem, to bardzo ciekawe, ale tylko na głównych
ulicach, tych okazalszych. Biedoty dużo, żebraków co krok. Na Placu Trzech Złotych
Krzyży obskoczyli mnie tak, że...
- To aż tam ojciec zawędrował?
- A jakże! Cały trakt królewski zszedłem. Na Rynku Staromiejskim Syrenę w wodotrysku
podziwiałem, potem zaszedłem aż na ten plac, com ci mówił. Pałac Belwederski
bardzo chciałem obejrzeć, ale nóg mi już nie starczyło, byłbym je ze szczętem
pogubił na tych warszawskich brukach. A wiesz ty, że ulicą Książęcą płynęła
kiedyś rzeka? Nazywała się Żurawka i był na niej most.
- Bystry ojciec. Skąd ojciec to wie?
- Lubię pogadać z ludźmi. Spotkałem staruszka na placu i z nim uciąłem sobie
pogaduszkę. No, to i doszliśmy do domu Ignasia.
W saloniku nie
zatłoczonym sprzętami, urządzonym ładnie i kokieteryjnie, panował ład i porządek.
W oknach szerokich a niskich, tiulowe firanki zgrabnie podpięte ukazywały bogactwo
roślin na szerokim parapecie. W rogach duże donice z palmą i drzewkiem araukarii
zdobiły nieduży, jasny pokój. Widać, w tym domu ktoś był bardzo rozmiłowany
w kwiatach, bo i biały gerydonik pełen był fuksji, pelargonii białych, czerwonych
i różowych. Na ścianie, za kanapą z jasnej czeczoty, wisiały w doniczkach powoje,
spływając zielona plątaniną na białe ściany.
Kotar, tak modnych obecnie, nie było, natomiast drzwi zasłaniała kretonowa,
w wesołe kwiaty zasłona i takież były dwa pufy i taborecik. Na białej ścianie
tym korzystniej odbijały dwie akwarele Juliusza Kossaka .
- Przepiękne konie! - szepnął Bazyli do syna.
Gustaw nie zdążył odpowiedzieć. Na tle kolorowej zasłony, unosząc ją lekko jedną
ręką, stanęła przed nimi najmłodsza córka Ignacego, Aleksandra.
Była tak mała i drobna, że za dziecko można by ją poczytać, gdyby nie strój.
Talia wąziutka, podkreślała jeszcze bardziej chudość ramion. Sukienka jasna,
w małe kwiatki niezapominajek, o niezbyt sutej krynolinie wyraźnie świadczyła,
że właścicielka, owszem, ubrać się modnie lubi, ale bez zbędnej przesady. Włosy
jasnoblond, nie były upięte wedle wymagań mody, w loki, a zaczesane gładko,
otaczały małą, kształtną główkę dwoma, ciężkimi warkoczami. Nie była urodziwa,
była po prostu bardzo młoda, bardzo mała, acz zgrabna niewątpliwie, szczupła
nad miarę, kruchą się wydawała. Włosy tylko robiły wrażenie za ciężkich do małej
głowy. Gdy jednak podniosła śmiało oczy na dwóch wysokich, barczystych, rosłych
mężczyzn, którzy wstali na jej widok, w dużych jej, zielonkawych oczach Bazyli
wyczytał myśl mądrą i serce prawe.
Uczuł nagle niewytłumaczalną tkliwość dla tego prawie dziecka, choć wiedział,
że Aleksandra ma już osiemnaście wiosen. Może przyczynił się do tego uczucia
spokojny, bardzo ciepły w brzmieniu głos dziewczęcia. Może miły sposób, w jaki
poprosiła ich do pokoju ojca. A może błękitne niezapominajki na jej sukni, tak
podobne do tych, które Bazyli z Renią zbierali kiedyś na łąkach samborskich.
- Guciu! - powiedział
w zamyśleniu ojciec - Guciu! Sam widziałeś i słyszałeś!
Siedzieli znowu w przytulnym, pełnym kwiatów pokoju. Ojciec na kanapie, syn
obok, na niewielkim foteliku. Aleksandra nie pokazała się już więcej, zajęta
doglądaniem ojca. Gustaw odruchowo gładził lśniącą powierzchnię drzewa, jakby
chcąc się przekonać, czy liczne, ukryte pod glazurą politury, sęczki i nierówności
słojów pięknej brzozy karelskiej, dadzą się wydłubać. Schylił głowę i w milczeniu
słuchał słów ojca.
- Przyjąłem to zobowiązanie na siebie, jeszcze wtedy, gdy Ignaś był u nas, w
Samborze. I dziś je utrwaliłem. Ale jedna myśl nie daje mi spokoju. Już jestem
stary, mam pięćdziesiąt lat. Dziś umiera Ignaś, mój rówieśnik, jutro może przyjść
kolej i na mnie. Poza tym czasy są niepewne, jakąś gorączkę wyczuwa się wokół.
Ignaś mówił, że są utworzone stronnictwa... Coś się szykuje i to na dużą skalę.
W razie, gdyby coś się ruszyło, ja pójdę na pewno. Może zginę. Moje zobowiązanie
podejmiesz ty.
- Ojcze, pozwól powiedzieć, co myślę!
- Mów, synu!
- Mieszkając tu blisko dwa lata i obracając się w środowisku studenckim, nie
mogłem nie zauważyć, że coś się dzieje niezwykłego. Owszem, są dwa obozy: czerwonych
i białych. Pierwsi są za powstaniem orężnym, za rewoltą, drudzy idą na ugodę.
Ja chcę się uczyć, dojść do czegoś, a przyszłych losów Polski na buntach, rebeliach,
rewolucjach budować nie można. Uważam, że tylko pracą wśród ludu i dla ludu.
Oświata rolnicza, postęp, a wreszcie i realne warunki. Jestem przeciwnikiem
wszelkich protestów, manifestacji. Już raz pokolenie ojca miało nauczkę, do
czego to może doprowadzić. I ja kocham nasz kraj, ojcze, ale teraz trzeba patrzeć
inaczej, spokojniej na te sprawy.
To primo . A secundo , jak mnie, młodemu, mam wszak dziewiętnasty rok, być opiekunem
młodej panny. A jedyne, co widzę w takim razie, to ożenić się z nią. I tu tertio
. Panny nie znam i powiem szczerze ojcu, nie podoba mi się. Nie przeczę, że
ma dużo wdzięku, ale jest tak mała, widać zdrowia słabego. I cóż ja bym robił
z taką laleczką w Samborze. Wreszcie jest i huta, którą powziąłem zamiar, za
ojca przyzwoleniem unowocześnić. Studia skończę niebawem, potem może z rok za
granicę, dla praktyk. Fundusz już zebrałem. Interesuje mnie budowa maszyn nowoczesnych.
Tak oto widzę moją przyszłość, ojcze.
Ojciec, w milczeniu i z uwagą przysłuchiwał się wywodom syna. Karol, którego
zawsze widział jako swego następcę, nie doczekał lat dojrzałych. Teraz w tym
jedynym, który mu pozostał postrzega myśl jasno wyprowadzoną, ale brak uczuć
serdeczniejszych i jakby przepaść była między nimi. "Zapewne, to moja wina,
- pomyślał - ale tak mnie chowali i ja ich tak wychowałem. Teraz za późno o
tym myśleć!"
- Synu! Ja nie chcę stawać przeciw tobie i twoim planom, nie przeczę, bardzo
rozsądnym. Sam zdecydujesz, bo myśl moja słusznie odgadłeś. Jedynie ślub może
tu sprawę rozwiązać i to ślub szybki, bo Ignaś długo, jak miarkuję, nie pociągnie.
Otworzyła się stara rana, wdała gangrena . Wiem, że on bardzo by sobie tego
związku życzył, choć mi nic nie powiedział. I wiem także, że o całą twoją przyszłość
tu gra idzie. Odwołać się teraz muszę nie do autorytetu ojcowskiego, choć mógłbym
ci i nakazać posłuszeństwo, ale do najlepszych stron twojej duszy. Jesteś młody,
Gustawie. Masz wiele lat przed sobą. Zdążysz jeszcze wiedzę nabyć. A i tak przewiduję,
że chyba będziesz musiał, chciał nie chciał, przerwać nauki, bo obaj wiemy,
że burza dziejowa nadciąga. Czy nie lepiej teraz ustabilizować życie, wiedzieć,
że ktoś na ciebie czeka w domu, że dom ci poprowadzi, bo my z matką, nie sądzisz
chyba, że będziemy długowieczni. Ona też już bardzo życiem zmęczona. Weź też,
proszę, pod rozwagę, co nie jest bez znaczenia, że panna wykształcona na miarę
czasów, a także posażna. Ignaś wielką fortunę wziął po żonie. Sporo poszło na
wychowanie córek, sporo na inne cele, o których nie miejsce i czas tu mówić,
ale domyślamy się obaj. Na jakie...
- Ja o grosz nie stoję, - burknął Gustaw - gdyby tylko o to szło, dawno już
znalazłbym tu partię i to dobrze posażną. Tego towaru tu nie brakuje.
- Wiem, - odpowiedział ojciec - tylko ci mówię, żebyś wiedział, że biedną z
tego domu nie wyjdzie. Ignaś nadzwyczaj ją kocha i ceni. Na dobrą sprawę, tylko
to jedno, małe pisklę mu pozostało.
Gustaw patrzył wciąż w zawiły rysunek czeczoty. Wyobraził sobie szumiący las,
ciepłe popołudnie, nagrzany słońcem piasek. Usłużna pamięć podsunęła mu obraz
sprzed wielu lat. Jakieś ruiny, zabawy z ojcem i szukanie gniazda dla pisklęcia,
które zeń wypadło. Podniósł nagle żywym ruchem głowę, spojrzał na ojca.
- To ty, ojcze, - powiedział - nauczyłeś mnie, jak żyć. Tobie to jestem winien.
Zgadzam się ojcze.
Bazyli długo patrzył na syna. W oku zalśniła mu czułość ogromna, ale, jako się
rzekło, tak już został wychowany, że uczuć swoich, zwłaszcza wobec dziecka,
nawet własnego syna, ukazać nie umiał.
- To ci tylko powiem, żeś poczciwie postanowił, synu. Idę zaraz do Ignasia,
a i ty, wypada, żebyś słów parę powiedział. Potem musisz przygotować wszystko,
co potrzeba, bo ślub powinien odbyć się szybko, ze względu na zdrowie Ignasia.
Szkoda, że matka nie zdąży przyjechać. No i nie zapomnij pannie się rekomendować.
To twoja powinność - dokończył wstając i całując syna ceremonialnie w czoło.
Ignacy dochodził
już dni swoich, mimo to trzymał się nieźle, podtrzymywany tą myślą jedną, że
najmłodsze, najukochańsze jego dziecko znajdzie przystań spokojną, pewną. O
tym, że mąż po ślubie uwiezie ją w dalekie strony, starał się nie myśleć, rozumiejąc
dobrze, że jego wtedy na tym świecie już nie będzie. Ale to pewne było, że los
dziecka w dobre ręce złożył. To mu dodawało sił i spowodowało, że Ignacy, z
uporem małego, rozkapryszonego dziecka, żądał, ażeby ślub odbył się uroczyście,
w kościele Wizytek na Krakowskim Przedmieściu i córkę chciał widzieć przybrana
do ślubu najpiękniej, choć sam na uroczystości zaślubin żadna miarą być nie
mógł. Pobłogosławił tylko, klęczącą u jego łoża w białych tiulach i koronkach
pannę młodą, czule w czoło pocałował, znak krzyża na nim czyniąc. Delikatnie
poprawił welon, upięty koło małej twarzyczki, której bladość podkreślała jeszcze
bardziej biel pięknej toalety ślubnej.
- Powiedz ty mi, drogie dziecko, czy ty aby na pewno gwałtu sobie nie czynisz?
Czy ci sumienie nic, względem Romualda, nie wyrzuca?
- Nie, ojcze! To były mrzonki młodości. Ja się w Traugutcie tylko durzyłam,
podkochiwałam, a on miał zawsze oczy zwrócone ku innej gwieździe, daleko ode
mnie ważniejszej, dla której życie poświęca. Ty wiesz, ojcze, o czym mówię?
- Tak. Wiem. I dumny jestem z ciebie. Tak ślicznie dziś wyglądasz! Ty nie wiesz,
co dla mnie znaczy ta chwila! A teraz dość mazgajstwa! Idź już! Tam w salonie
czeka człowiek, który od tej pory ojcem ci będzie, jak mnie nie stanie i drugi,
z którym przyjdzie ci odtąd wieść szczęśliwe. Oby tak było!
Otwarty powóz,
specjalnie na ten cel najęty, przybrany był wstążkami i kwiatami. Ciągnące go
dwie pary koni, równie pięknie przybrane były białymi butonami z pęków wstążek.
Drobniutka panna młoda ginęła nieomal wśród powodzi koronek, tiulów, a welon
olbrzymi, długi na dziesięć metrów, zwinięty na tekturowym rulonie, leżał za
nią, odciągając nieco ku tyłowi jej małą główkę.
Przed kościołem Wizytek zebrał się tłum gości, gapiów i ciekawej gawiedzi. Już
od drzwiczek pojazdu ciągnął się czerwony chodnik. W otwartych szeroko drzwiach
kościoła migotały liczne świece, pomnażając błyski złoceń w świątyni, słychać
było ciche dźwięki organów i płynął ciężką smugą zapach kwiatów i kadzideł.
Pannę młodą prowadzili z jednej strony Gustaw, z drugiej zaś jego ojciec, co
licznie tu zebranym dziwnym bardzo się wydawało. Za tą trójką postępowało sześć
par drużek i drużbów.
Drużki nosiły suknie z powiewnych muślinów o jednolitym kroju krynolin ale różnych
kolorów. Przy cienkich, mocno zesznurowanych taliach, wyglądały jak barwne kwiaty,
a żywe kwiaty drżały lekko we włosach panien. Takież same bukieciki przypięte
były do surdutów drużbów, wzbogacone tylko pękami wstążek w kolorze sukien partnerek.
Welon niosło dwoje małych dzieci. Chłopczyk miał aksamitne ubranko i suty żabocik.
Dziewuszka zaś w szerokiej krynolince, białych rękawiczkach, kapelusiku z budką
z powodzeniem udawała damę.
Istotnie widowisko to był obrazek. W tłumie słychać było ciche rozmowy, komentarze,
uwagi: "...jaki śliczny ślub, moja pani, suknia zapewne z Wiednia sprowadzana!
Ależ skąd, moja kochana, ja wiem najlepiej! Ślub zdecydował się w niecały tydzień,
uważa pani, w tydzień! Coś w tym jest! Pan młody piękny mężczyzna i ojciec choć
w latach, podobać się jeszcze może! Nic mu nie brakuje! Obydwaj okazali. Panna
młoda za breloczek od zegarka mogłaby im być. Ja tam nie uważam, żeby na szczęśliwych
wyglądali. I taki śpieszny ślub? O moją Justysię narzeczony trzy lata się starał.
Cukry nosił, kwiaty przynosił! I uważa pani, matka młodej umarła dawno, ale
dlaczego nie ma matki młodego? Słyszałam, że matka młodego jest przeciwna i
przez to, moja pani. .. Oj! nie wróżę ja długiego i szczęśliwego pożycia dla
tego stadła..."
Po uroczystości zaślubin młoda para, wciąż powodująca zadziwienie specjalnie
kontrastem sylwetek, ukazała się w drzwiach kościoła. Ulica tonęła w słońcu,
zmrużyli więc oczy od nagłego, aż bolesnego blasku. Panna młoda, a właściwie
już pani Aleksandra z Wierusz-Kowalskich Dębicka, sięgająca głową mężowi do
pół ramienia, prawą swą rękę położyła na dłoni męża. Promienie słońca, odbite
w szerokich, złotych obrączkach obojga, wystrzeliły jakby z jednego punktu dwiema
słonecznymi smugami.
W tydzień po ślubie
Gustawa umarł jego teść. Na nowym, bo zaledwie siedemdziesiąt lat temu założonym
cmentarzu za Rogatkami Powązkowskimi, z kaplicy pogrzebowej, położonej po drugie
stronie szerokiej, wiejskiej drogi, przeprowadzono doczesne szczątki Ignacego
Kowalskiego do pokaźnego, nowego grobowca z kamienia, aby spoczął obok swej
ukochanej żony, Elżbiety z Wasiewiczów.
Zaraz po pogrzebie młodzi wyjechali do domu, do Sambora, gdzie oczekiwała ich
niecierpliwie, uprzedzona telegrammą , matka. Bazyli zaś, nie chcąc przeszkadzać
młodym w ich pierwszych tygodniach akomodacji i mając pilne, polityczne sprawy
na oku, został na czas jakiś w Warszawie. Najstarsza córka Ignacego, Lizia,
została pod opieką Maryjki Haukowej, coraz częściej osamotnionej bowiem mąż
jej, po podaniu się do dymisji w armii rosyjskiej, pracował dla bliskiego już,
jak wszyscy przeczuwali, zrywu narodowego. Nie szczędził sił i zdrowia, rozjeżdżając
po kraju, osobliwie w krakowskiej i sandomierskiej stronie.
- Jadą! - krzyknęła
Teresa - Karolowo! Jadą! Już widać kurz na drodze i słychać konie! Chleb, gdzie
jest chleb i sól, Karolowo! Sól koniecznie w tej małej, srebrnej solniczce!
Co Karolowa tam jeszcze robi? Karolowo! Oni już zajeżdżają!
- Zaraz, zaraz. - wymamrotała kobiecina, wstając z klęczek i ciężko popierając
się o krzesło - Przecież w gołych rękach chleba i soli nie poda się!
- Na tacce, Karolowo! Na tej, co karafka z wodą zawsze stoi.
- Ale tam! - żachnęła się lekceważąco Karolowa - Na ręczniku trzeba! Koniecznie
na lnianym. Znalazłam akurat dobry, taki jak należy.
Gustaw ułamał kawałek
chleb, jak każe obyczaj, dotknął nim soli i zjadł. Jego żona zrobiła to samo.
Ale Teresa musiała schylić się, żeby ucałować Aleksandrę, tak mała była ona
mała. "Boże! - pomyślała - i to ma być moja synowa? Przyszła matka moich
wnuków, matka następnych pokoleń! Przecież sama jest jak dziecko! Owszem, ładna
i zgrabna, ale krucha jak figurka z saskiej porcelany".
Młoda pani Dębicka, w czarnej, jeszcze bardziej ją wyszczuplającej, żałobnej
sukni, podniosła swe piękne, zielonkawe oczy na świekrę i ciepłym swym głosem
powiedziała:
- Chlebem i solą ludzie ludzi niewolą, matko!
KONIEC
CZĘŚCI PIERWSZEJ
|
1
BAZYLI I TERESA 1832-1862 |