

LETNIA ROWEROWA WYPRAWA NA BORNHOLM
Dzień trzynasty (czyżby feralny?), środa.
Szefuńcio uraczył nas dzisiaj kolejną trasą wymyśloną na poczekaniu, przy śniadaniu. Zatem, po szybkim przestudiowaniu mapy ruszyliśmy nadmorską trasą (pełną wzgórków, wzniesień i podjazdów) w kierunku SVANEKE.

Po drodze zrobiliśmy krótki postój przy miejscowym przedrożnym zabytku z czasów prechistorycznych. Były to pozostałości po skromnych zabudowaniach z epoki brązu i ze śladami pochówku (czyli grobu) być może właściciela tychże zabudowań. Wszystko zachowało się do dzisiejszych czasów dzięki kamieniowi którego użyto jako budulec.

Kolejny przestanek, również bardzo edukacyjny, wypadł nam w przydrożnej hucie szkła artystycznego. Mogliśmy podziwiać wspaniałe rękodzieło oraz jeszcze wspanialsze ceny za w zasadzie wszystkie wystawione eksponaty. Przez jakiś czas mogliśmy poobserwować jak pracowniczka huty samodzielnie, na naszych zdumionych oczach, wyczarowuje z kawałka roztopionej masy śliczną i bardzo ozdobną butelkę o karbowanych bocznych ściankach i z krótką szyjką.

Potem nasz Szefuńcio bezwzględnie pognał nas w dalszą drogę. Na szczęście zafundował nam też odpoczynek, tym razem bez atrakcji, nie licząc coca-coli wyżebranej za pomocą podstępnego przymilania z powodu upału.

Przejeżdżając przez miejscowość RANDKLOVE zatrzymaliśmy się by dokładnie przyjrzeć się dwóm wronom sterczącym przy drodze i pewnie kłucącym się o kamienne ziarno leżące między nimi na tle typowego pruskiego móru.

Obie wrony były drewniane i łańcuchami przykute do bruku.

Aż wreszcie dotarliśmy do celu naszej dzisiejszej jazdy, czyli do SVANEKE. Już wjeżdżając na rynek naszym zdumionym oczom ukazał się najprawdziwszy konny omnibus ciągnięty przez dwa wspaniałe perszerony. My jednak, jak na razie, wszelkiej jazdy mieliśmy kapkę dosyć, bowiem naszym celem w tym mieście była mała i tycia fabyczka cukierków. Jeszcze stojąc przy niej pan Jacek opowiedział małą gongową anegdotkę związaną z tą ciekawoską:
Kilka lat wcześniej (16 do 25 lipca 2006 r.), gdy Szefuńcio był na Bornholmie z inną gongową ekipą (Staś Aleksiński, Krzyś Kisiel, Ola Krupa, Julia Kudła i Karina Kudła - wtedy bez rowerów), też szukali tej fabryczki. Początkowo stali bardzo blisko niej, ale nie znając języka duńskiego, nie mogli porozumieć się z życzliwymi mieszkańcami. A ci pokierowali ich przez przedmieścia chyba dookoła całego miasta. I kiedy już tamta ekipa była zniechęcona i chciała już wracać na miejsce swoich noclegów, okazało się, że ponownie stoją przed domem, od którego zaczęli poszukiwania. W czasie krótkiego odpoczynku przypadkowo zauważono, że w tym właśnie domu mieści się poszukiwana słodka fabryka.

Zachwytom nie było końca! Można było obserwować cały proces powstawania cukierków. Cukiernicy wprawnymi ruchami najpierw przygotowywali słodką, gorącą masę, potem mieszali ją z inną o innym kolorze i smaku, rozciągali, gnietli, ubijali i skręcali we wszystkie możliwe i niemożliwe strony. Gdy wszystko osiągnęło pożądaną formę i zamienione zostało w bardzo długiego węża który powoli był połykany przez maszynę do cięcia na pojedyncze kawałeczki będące już cukierkami. Od czasu do czasu starszy cukiernik ze znudzoną miną nabierał na szuflę pewną porcję słodkiego towaru i częstował (po jednym!) całą zebraną widownię.

Od obserwowania słodkiego procederu fabrycznego nie oderwał nas nawet zaokienny kolejny przejazd konnego tramwaju. Dopiero ponaglanie pana Jacka odniosło jaki taki skutek, bo tylko zmieniliśmy lokal na sklep ze wszystkimi produkowanymi tutaj smakami i kolorami. Każdy nabył troszkę i troszkę zapłacił. Jednak niezbyt syci słodkich wrażeń pognał nas Szefuńcio w ciąg dalszy dzisiejszej eskapady po SVANEKE.

Udaliśmy się zatem na przedmieście miasta, za portem, do dziwnego i wielkiego drzewa. Drzewo co prawda martwe od dawna, w dalszym ciągu służyło żywym. I ludziom i ptakom. Dla ludzi, szczególnie młodych, dwie liny do bujania. A dla ptaków kilkadziesiąt domków lęgowych rozmieszczonych fantazyjnie na wszystkich konarach. Pan Jacek chciał, byśmy te ptasie budki policzyli, ale brak koordynacji w tej statystycznej materii spowodował, że stwierdzono jedynie, że skrznek jest dużo, a nawet chyba raczej bardzo dużo!

Potem sprawnie przemieściliśmy się na przeciwny kraniec miasta, przez port, na przeciwne przedmieścia. Tam była stara działobitnia ze starymi działami. Ze znaków słabo zachowanych na armatach odcyfrowaliśmy z trudem rok 1745. Doszliśmy więc do wniosku, że jest to rok odlania dział przez dawnych ludwisarzy, a nie numer seryjny.

Obok działobitni była wędzarnia słynnych i tłustych bornholmskich śledzi. Nic nie stało na przeszkodzie byśmy mogli uraczyć się tym przysmakiem. Zatem uraczyliśmy się i było gites marines, a nie jakieś tam ten tego tam tego ten, sralis mazgalis.
Drogę powrotną
naznaczono nam zupełnie inną niż w tę stronę... To tak dla urozmaicenia i rowerowej rozkoszy realizowania coraz to innych podjazdów...

Krótki postój wypadł nam koło fajnego młyna przed miejscowością OSTERMARIE.

Kolejny przystanek ze zwiedzaniem mieliśmy już w mieścinie. Obejrzeliśmy tutaj nowy kościół w styli neoromańskim oraz imponujące pozostałości dawnego kościoła, już prawdziwie romańskiego. Szefuńcio opowiadał o technice budowy takich obiektów w dawnych czasach i było fajnie.

Kolejną mieścinę OSTERLAS minęliśmy szybko. Zatrzymaliśmy się tylko przy miejscowej małej reatauracji, bo Szefuńcio w porywie wyrzutów pedagogicznego sumienia zapragnął napoić nas i nakarmić. Niestety, restauracja w całości była wynajęta na prywatną imprezę i takich jak my gości z drogi nie przyjmowano. Pojechaliśmy dalej przed siebie. Na szczęście już było więcej z górki, niż pod.

Tuż przed wiazdem na nasz camping policja zastąpiła nam śmiało drogę. A to z powodu właśnie trwającego wielkiego biegu dookoła GUDHJEM. Poczekaliśmy więc spokojnie na jakąś okazję by przemknąć się z rowerami pomiędzy grupami biegaczy. Nie było to łatwe, bo było ich podobno ponad póltora tysiąca. I wszyscy to mieszkańcy tego fajnego miasta. Naszą uwagę zwróciły małe dzieci biegnące na równi z dorosłymi oraz jedna wiekowa babcia.

No a potem to już tylko kolacja, mycie i namiotowy koncert życzeń z piosenek różnych kabaretów z lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku. Oczywiście najpopularniejszymi utworami okazała się piosenka MUCHA PLUJKA I ŻUCZEK GNOJAREK oraz inna ponura ballada z optymistycznym zakończaniem OBRONA TREMBOWLI.
Wszyscy uczestnicy wyprawy otrzymają pamiątkową płytę CD ze wszystkimi fotografiami z całej wyprawy.
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.
