30 czerwca
2010
LETNIA ROWEROWA WYPRAWA NA BORNHOLM
Dzień szósty, środa.


W pobliskiej okolicy naszego biwakowania w AAKIRKEBY znajduje się słynne na Bornholmie kapitalne muzeun historii naturalnej tej wyspy, NATURMUZEUM. Postanowiliśmy tam pojechać. Bo i blisko, i wczorajsze wyczyny rowerowe dały nam się troszkę we znaki. Zatem do Naturmuzeum!

Z dojazdem nie było najmniejszych problemów. Przy kasie troszkę zmroziły nas ceny biletów, ale jakoś jednak przełknęliśmy tę gorzką pigułkę finansową i po małym namyśle ruszyliśmy w przestronne wnętrza muzealne.

Jakież było nasze zdumienie, gdy wyszła do nas pewna pani witając nas z daleka i to w najczystszej polszczyźnie! Powiedziała nam, że czekała na nas, bo już jesteśmy na Bornholmie sławni. A wszystko dzięki naszym jednakowym, wyrazistym strojom. W końcu w czerwonych czapkach, kurtkach czy bluzeczkach jeździmy drogami i ulicami od kilku dni i mieszkańcy nas widzieli, i nasze polskie flagi przy rowerach też. No i podobno same stroje wzbudzają ogólną sympatie. A że ludzie potrafą czytać, to i ze strojów doczytali się, kim i skąd jesteśmy. Czyli pomysł i wykonanie naszych strojów sprawdziło się z nadwyżką! I tak poznaliśmy przemiłą panią Hannę Piorską, pracowniczkę Naturmuzeum i jeszcze jednocześnie polską przewodniczkę tej placówki. Pani Hanna uświadomiła nam kapitalną rolę reklamową naszych strojów. Podobno też w którymś z odwiedzanych przez nas miast sama widziała nas na rowerach i miała nadzieję na nasze odwiedziny w jej muzeum. I się doczekała.

I zaczęła się wędrówka po muzeum. Zaczeliśmy od zabawy na kraterze z płynną, czerwoną lawą. Można było jej dotykać, gnieść, miętosić i kłaść się na niej, a lawa nic nie mogła zrobić, bo była sztuczna.

Potem oglądaliśmy autentyczne odciski łap prastarych dinozaurów jakie zostały przypadkowo odnalezione na Bornholmie. Pani przewodniczka pokazała nam jeszcze plan wędrówki po plenerowych ekspozycjach wydrukowany oczywiście po polsku. Jednak tę wędrówkę mieliśmy odbyć trochę później. Najpierw musieliśmy pójść do sali kinowej na film o całej naturalnej historii wyspy.

Jednak całego filmu nie dane nam było ogladać. Oto zaraz na początku seans (po polsku!) przerwano i poproszono nas o wyjście przed budynek w celu odbycia pilnej sesji fotograficznej. I tu okazało się, że jedna jedyna Zuzia nie posiada żednego wiekszego elementu reklamowego wyprawy, nie licząc czerwonej czapki. I Zuzia jakoś nam tak odstawała od reszty naszej gromadki. Jednak zaczęliśmy fotografowanie. Pan fotograf ustawiał nas w różnych pozach i sytuacjach, na różnych tłach muzealnych. Raz więc było fotografowanie od frontu muzeum, a następnym od tylnej strony, gdzie kawiarenka i przejscie do ekspozycji plenerowych. I właśnie w czasie tej "tylnej" części sesji, okazało się, że nasz kemping prawie sąsiaduje z terenem muzeum i Zuzia z łatwością mogłaby uzupełnić swe braki w czerwonej, organizacyjnej garderobie. Szybko więc pojechała po swe wdzianko i jeszcze szybciej wróciła! I sesję fotograficzną dla Naturmuzeum dokończyliśmy już pięknie umundurowani.

Po tych niespodziawanych fotograficznych działaniach (ach, ta sława!...) mogliśmy wrócić do sali kinowej. Pożegnaliśmy sie więc z panią Hanią na czas seansu.

Po fajnym filmie pokazującym wędrówki Bornholmu po powierzchni kuli ziemskiej na przestrzeni miliardów lat i na przestrzeni kolejnych wielkich epok geologicznych, mogliśmy ruszyć na dalsze zwiedznie kolejnych ekspozycji.

A wystawy były raz bardzo żywe i pełne różnych zwierząt i zwierzątek, a raz pełne okazów minerałów i innych tego typu eksponatów. Były też takie ekspozycje, gdzie można było samodzielnie poruszać różnymi dźwigniami by zobaczyć mechanizm powstawania gór, pofałdowań terenu czy wręcz ruchy skorupy ziemskiej. W innych można było maleńkim refletorkiem sterować ruchem modeli kolejki elektrycznej, dzieki specjalnym ogniwom. Można też było sprawdzić swoją siłę zapalając kolejne diody pod wpływem narastającego pedałowania. I jeszcze wiele, wiele innych ciekawych prezentacji związanych z geologią Bornholmu jak i z jego fauną czy florą.

Jak już wszystko pooglądaliśmy wewnątrz budynku, poszliśmy w plener, by zobaczyć szczególne eksponaty i ekpozycje znajdujące się w plenerze, na tyłach muzeum.

Zaczęliśmy od bardzo fajnego miejsca. To skamieniałe morskie dno sprzed milionów lat. Morze w tym miejscu było bardzo płytkie i lekko pofałdowane łagodnym falowaniem morskich wód. Dzisiaj to twarda, lita skała. Jednak, gdy stoi się na tym morskim dnie, wygląda to tak, jakby się stało na samej wodzie. Takie może powstać złudzenie optyczne.
Po drodze zbieraliśmy dziki czosnek przeznaczony do wieczornej lazanii.

Doszliśmy też do odsłoniętego uskoku tektonicznego, gdzie spotykają się dwie bardzo odległe epoki geologiczne. Dzieje Ziemi sprawiły, że te odległe w czasie i przestrzeni płyty tektoniczne spotkały się nasuwając się jadna na drugą. Kolejne zjawiska geologiczne najpierw starannie ukryły miejsce tego spotkania, a potem odsłoniły. by wreszcie ukazać je naszym oczom. I tak każdy z nas mógł stanąć na dwóch krawędziach płyt których wiek dzielą miliony lat.

W czasie całej wędrówki stale napotykaliśmy wiekie głazy narzutowe będące pozostałością nie tak odległej wielkiej epoki lodowcowej.
Napotkaliśmy też drzewa, a na jedno postanowiliśmy wejść. Wszyscy się zmieścili. Tylko Szefuńcio nie. Ktoś przecież musiał fotografować.

Ta plenerowa, rozległa ekspozycja, znajduje się częściowo na prywatnym pastwisku. Właściciel udostępnił je zwiedzającym pod warunkiem dokładnego zamykania wszelkich furtek. Z tymi furtkami to było za każdym razem bardzo łatwo, bo celowo każda z nich była tak pochyło zbudowana, że zawsze zamykała się właściwie samodzielnie, pod wpływem samej grawitacji.

Zatem, oprócz narzutowych głazów, spotykaliśmy i miejscowe bydło. Tym razem był to całkiem spory byk. Mieliśmy trochę stracha, gdy w czerwonych czapkach i kurtkach musieliśmy przejść bardzo blisko tego byka. Byk jednak nami w ogóle się nie interesował. Pewnie gardził taką drobnicą...

Aż wreszcie nasza wędrówka się musiała zakończyć. Wędrówkę prowadziła sama Zuzia. Albo udawała, że prowadziła. Bo najczęściej to była niezdecydowana i trzeba było za nią podejmować decyzje, czy w prawo, czy w lewo, czy jeszcze gdzie indziej. Znacznie też urósł nasz zbiór dzikiego czosnku. Wieczorna lazania będzie na pewno bardzo smaczna!

Na koniec poszliśmy do kawiarenki. Tam dopadła nas pani Hania i obdarowała wszystkich pierwszymi wydrukami z naszą sesją fotograficzną. I nie jest wykluczone, że w przyszłości dorobek sesji zostanie wykorzystany w publikacjach reklamowych i informacyjnych Naturmuzeum. Już jesteśmy z tego bardzo dumni!
Po zwiedzaniu tej wyjątkowej atrakcji wróciliśmy na nasz kemping. Po drodze zrobiliśmy zakupy.
Kolacja zaś była wyjątkowa! Mieliśmy wspaniałą lazanię z dzikim czosnkiem zebranym w plenerze muzealnym.
Wszyscy uczestnicy wyprawy otrzymają pamiątkową płytę CD ze wszystkimi fotografiami z całej wyprawy.
30 czerwca
2010

Jeśli na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie ich w celu uzupełnienia tych stron.

Napisz do nas.