

LETNIA ROWEROWA WYPRAWA NA BORNHOLM
Dzień piąty, wtorek.
Nasz nowy kemping okazał się "w praniu" bardziej sympatyczny od poprzedniego. Prysznic jest tutaj za dwie korony na całe trzy minuty. Od teraz monety dwukoronowe będą w sporej cenie... Po nauce szybkiego mycia w poprzednim miejscu, teraz zostaje sporo czasu na bonusowe pławienie się w ciepłych strugach. Jest tu też odkryta wczoraj trampolina i fajna kuchnia zaopatrzona we wszystko, co potrzebne do przygotowania posiłków. Zatem: żyć, nie umierać! I gotować! Postanowiliśmy zostać tu kilka dni.

W naszym namiocie, co stał się gongową kwaterą wakacyjną, śpi sie coraz lepiej. komary nam nie dokuczają. Tylko nader często odwiedzają nas kleszcze. A już najbardziej to Zosię. Ma dziewczyna powodzenie... Wtedy Szefuńcio odnajduje w apteczce specjalny aparat i sprawnie usuwa intruza z ręki czy kolana. Jeden kleszcz trafił się też Weronce. Każde wieczorne mycie musi więc być okazją do kontroli antykleszczowej. Jak coś sie znajdzie, to kłusem do pana Jacka. Jego maszynka antykleszczowa jest za każdym razem chowana coraz bliżej. By łatwiej było ją odszukać, by zawsze była pod ręką.

Po śniadaniu i zmywaniu, już bez bagaży na bagażnikach więc lekko i swobodnie, pojechaliśmy w świat szeroki, w świat daleki. Postanowiliśmy odwiedzić stolicę Bornholmu, czyli RØNNE. Po drodze zaplanowaliśmy odwiedzenie różnych ciekawostek.

Zaczęliśmy od kamiennego kościoła widzianego wczoraj, w czasie zakupów. Tym razem był otwarty. Naszą uwagę zwróciła kilkusetletnia kamienna chrzcielnica pochodząca chyba z XIV wieku.

Potem pomknęliśmy do NYLARS. Tam zwiedziliśmy starą, romańską rotundę. Dawniej pełniła ona funcję kościoła katolickiego, ale obecnie jest to światynia protestancka. Pośrodku okrągłej nawy stoi jedna jedyna potężna kolumna podpierająca kamiennoceglane sklepienie. Głowica kolumny zdobiona jest starymi freskami przedstawiającymi całą historią Adama i Ewy, aż do wypędzenia z biblijnego raju. Nasze rowery spokojnie stały sobie przed kościołem i nikt się nimi nie interesował.

Jadąc kapitalną, asfaltową ścieżką rowerową, biegnącą jakieś sto metrów od samochodowej szosy, natknęliśmy się na kilka malutkich stawików. Dokoła nich umieszczone były bardzo liczne głazy z wyrytymi na nich przeróżnymi postaciami. Zalazł się też spory kamienny stół z kamiennymi ławeczkami. To dobra okazja na odpoczynek i picie.

Potem zaś przyszło nam jechać pieknym zielonym tunelem, aż zatrzymaliśmy się i Szefuńcio poprowadził nas ku jakiejś kolejnej nieodgadnionej ciekawostce, zaznaczonej tylko na Automapie. Ale nijak nie można było na ciekawostkę natrafić, więc jak niepyszni wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje. Z nich, po kolejnym odpoczynku, ruszyliśmy w ostatni kawałek drogi do RØNNE.

Głównym naszym celem jazdy do RONNE był przedziwny domek dla kaczek spokojnie zacumowany w miejscowym porcie jachtowym. Kaczy domek ma zarezerwowane własne miejsce. Inne jachty nie mogą tam cumować. Trochę też trwało poszukiwanie tego miejsca, ale jakoś sie udało.

Gdy nadszedł czas powrotu, trzeba było szukać dogodnej drogi, by wracając zahaczyć jeszcze o zaplanowane muzeum wojskowe. Droga do muzeum okazała sie bardzo pod górkę, aż trzeba było wnosić swoje pojazdy po ostro stromych schodach. Ale jakoś wszyscy dali sobie świetnie radę.

Przy muzealnym czołgu nastroje w ekipie troszkę skapcaniały. Czas najwyższy był na jakiś wiekszy odpoczynek i choć najskromniejszy posiłek. Upał był nieznośny i dokuczliwy. A tu jak raz ani ławeczkiw cieniu, ani choć małego sklepu czy innego baru.

Zatem o pierwszą potrzebę zadbaliśmy przy pierwszej cienistej okazji już kawałek za stolicą Bornholmu.

Potrzebą drugą zaspokoiliśmy (również dbając i o cień) przy pierwszym napotkanym przydrożnym sklepie, jeszcze dalej za RØNNE. Na nasz kemping wracaliśmy inną trasą, bardziej zbliżoną do morza (naszego, bałtyckiego). Aż wreszcie dotarliśmy na miejsce zmęczeni, ale jednak zadowoleni. Sporo dzisiaj przejechaliśmy, a po powrocie nie trzeba było stawiać namiot, tylko leniwie przygotować coś poważniejszego do jedzenia.

Po posiłku przyszło nam poznać ciekawą osobę. Oto zasiadł z nami do coca-coli pewien pan, Polak, o bardzo turystycznym zacieciu i to też rowerowym. A przysiadając się sprezentował nam wspaniały waflowy torcik czekoladowy. Częściowo już nas znał z naszej oficjalnej tablicy urzędowej przytwierdzonej tym razem do namiotu. Opowiadał o swoich rowerowych dokonaniach i ile to dziennie kilometrów wyrabia i co już udało mu się na Bornholmie zobaczyć. Nasze wyczyny były słabiutkie i wątlutkie przy jego sześćdziesieciu, osiedziesięciu kilometrach przebytych każdego dnia.

Świeżo poznany
polski turysta musiał też wysłuchać opowiadań o naszych skromnych dokonaniach. Pomógł też odpowiednio przystosować rower Zuzi do jej wzrostu. Zamienić jednak roweru na bardziej odpowiedni (mniejszy) już mu się nie udało. Nareperował też dętkę w rowerze Zosi. Na awarię Zosia zwróciła już uwagę wcześniej, ale zdecydowaliśmy, że naprawy dokonamy na kempingu. I tak Zocha co jakis czas musiała troche dopompować przednie kolo i w miarę spokojnie dojechała. Zatem pomoc była jak najbardziej w samą porę!
I tak kolejny dzień nam minął bezpowrotnie, choć pełen
wrażeń.

Tego dnia przejechaliśmy ok. 40 km. |
Wszyscy uczestnicy wyprawy otrzymają pamiątkową płytę CD ze wszystkimi fotografiami z całej wyprawy.
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.
