

LETNIA ROWEROWA WYPRAWA NA BORNHOLM
Dzień czwarty, poniedziałek.

Noc minęła nam bez sensacji, tak jak i poprzednia. Wszyscy się porządnie wyspali i nie było wielkich problemów ze wstawaniem. Pogoda nam zaczęła dopisywać i było bardzo ciepło. Nawet zapowiadało się, że będzie gorąco. Zaplanowaliśmy sobie na dzisiaj zmianę kempingu, więc do przebycia mamy około dwudziestu kilometrów. Zacząć trzeba jednak od śniadanka i pakowanka. I tu wyszło na jaw, że Zuzia nie posiada kubeczka i łyżki. I w ogóle, żadnych sztućców nie posiada ona Zuzanna.

Przy pakowaniu trzeba było naszej słodkiej Zuzi pomóc przy mocowaniu bagażu do bagażnika. To, co Zuzia miała nijak nie chciało sztywno i bezpiecznie siedzieć w czasie jazdy. Więc poszukało się w naszych zapasach i Zuzia dostała specjalne gumy na bagażnik. A śniadanko przebiegło w wesołej i apetycznej atmosferze. Po nim raźno ruszyliśmy w zaplanowaną trasę.

Przejechaliśmy jakieś pięć czy sześć kilometrów gdy nagle, na wysokości jakiegoś starego kurchanu LILE LOFTSGÅRD, Zuzia przerażona oświadczyła, że zostawiła w kempingu swój plecak z podręcznymi gratkami i całą swoją kasą. Po chwili konsternacji i dramatycznej ciszy w całej ekipie, Zuzia ruszyła w drogę powrotną do DUEODDLE pod niezadowoloną opieką Michałka. Przecież sama nie mogła pojechać, nie trafiłaby ani tam, ani z powrotem.

Na miejscu, koło tego prehistorycznego kurchanu LILE LOFTSGÅRD (jest ich w zasadzie dwa) pozostał Szefuńcio, Zosia i Weronka. Było miło, cicho i ciepło. Weronka z Zosią, z nudów zaczęła przygotowywać specjalne zestawienie obrazujące, kto czego nie zabrał z obowiązkowego sprzętu, a przecież mieć powinien. Kompletne zestawienie zostanie pokazane na przedostatniej stronie wyprawy.
Pan Jacek też zaczął się nudzić i z tych nudów zaczął liczyć, ile czasu powinna zająć droga tam i z powrotem. Jak już skończył liczyć, to akurat na horyzoncie zamajaczyły dwie rowerowe sylwetki. Prowadził Michaś i ze zdenerwowania chciał koniecznie pomylić drogę powrotna: z rozpaczy minął właściwą drogę. Na szczęście Szefuńcio posiadał swą rowerową kwaczkę i dramatycznie tą kwaczką kwakał, aż Michałek usłyszał i skręcił we właściwym kierunku. No i tak ta przygoda Zuzi skończyła się tylko dodatkowymi kilometrami dla niej i dla Michałka.

Jadąc cały czas w kierunku AAKIRKEBY kilkakrotnie zatrzymywaliśmy się dla miłego odpoczynku. Raz zatrzymaliśmy się przy sklepie w pustawej miejscowości PEDERSKIRKE. I tym razem wszystkim jakoś jeszcze brakło odwagi do dokonywania poważniejszych zakupów spożywczych. Chyba tylko Michałek zafundował sobie loda. Cóż, trzeba przy wiekszych zakupach dokładniej przyjrzeć się tutajszym cenom.

Na kolejnym postoju przy jakiejś ławeczce, Zuzia postanowiła poważnie zadbać o cerę, a to w obliczu wspaniałego słońca. Jednak w jej wykonaiu wyglądało to przekomicznie. Fajnie, że Szefuńcio był na miejscu ze swym aparatem i utrwalił zuzine zabiegi na wieczność.

No i na specjalne prośby wszystkich dziewczynek zrobił też fotki kwiatków...

I tak to jadąc, to wracając, to odpoczywając, dotarliśmy do kapitalnego i bardzo drogiego muzeum motoryzacyjnego.

Jednak warto było wydać więcej kasy, bo wnętrze kryło prawdziwe motoryzacyjne skarby! Znaleźliśmy tam nawet bardziej rodzime perły: SYRENKĘ i TRABANTA. Zrobiliśmy też sobie całą sesję fotograficzną przy wspaniałym przedwojennym (i jeszcze całkowicie sprawnym!) ROLLS ROYS-ie i kilka innych wspaniałych maszyn. Na pamiątkę wpisaliśmy sie do pamiatkowej księgi.

Przy fajnym wozie strażackim Zuzia miała własną sesję zrealizowaną specjalnie dla zuzinego dziadka.

Przed wejściem do muzeum stały jeszcze inne pojazdy: pługi śnieżne i inne dziwadło na trzech kołach. Jak już wszystko zobaczyliśmy, mogliśmy śmiało ruszyć dalej.

Już prawie dojeżdżając do AAKIRKEBY zatrzymaliśmy się przy dziwnej pompie posiadającej dwa krany do wody. Jeden bardzo wysoko, wyżej od Michałka, a drugi dużo niżej. Niestety, na zdjęciu Michałek skutecznie zasłania ręką dolny kran.

Szybko odnaleźliśmy nowy kemping, który był po drodze do AAKIRKEBY, tuż przed miastem. Jak tylko rostawiliśmy nasz namiot, musieliśmy pilnie pojechać na większe zakupy dla wyprawy, miedzy innymi zapomnianą przez Szefuńcia herbatę na smyczach. Kemping był pusty, a na polu namiotowym miał teraz stać tylko nasz namiot. Szefuńcio musiał jeszcze załatwić w recepcji pilną sprawę nie działającej elektryki namiotowej.

Szybko uporaliśmy się z zakupami i jeszcze zostało trochę czasu na szybkie obejrzenie tylko z zewnątrz fajnego kamiennego kościoła. Niestety, był szczelnie zamknięty i nie można było wejść do środka. Zostało nam więc do podziwiania romańskie okienko przy wejściu i uczona rozmowa na temat charakterystycznych cech różnych porządków kolumn greckich i rzymskich oraz części składowych każdej klasycznej kolumny.

Po sporym późnym obiedzie Zuzia dorwała się do zmywania garów (podobno lubi i w domu sama wszystko zmywa).

Zaś po obiedzie całą resztkę dnia można było przeznaczyć na wspaniałą zabawę na kempingowej trampolinie.
No, to jednak dzień nam się udał, pomimo zapomnienia tego i owego przez taką jedną...

Tego dnia przejechaliśmy ok. 20 km. |
Wszyscy uczestnicy wyprawy otrzymają pamiątkową płytę CD ze wszystkimi fotografiami z całej wyprawy.
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.
