

LETNIA ROWEROWA WYPRAWA NA BORNHOLM
Dzień drugi, sobota.
I tak jechaliśmy przez całą noc, aż około trzeciej porannej godziny dotarliśmy do docelowego Kołobrzegu. Sprawna już automapa wdzięcznym damskim głosem informowała najczęściej o ewentualnych radarach czy czekających zakrętach, aż doprowadziła nas na same nabrzeże portowe, a samochód z przyczepką zajął wdzięcznie miejsce przy burcie statku JANTAR czekającego na nas przy kei...

Mieliśmy do zaokrętowania kilka godzin, więc pracowicie i całkiem spokojnie zamontowaliśmy na bagażniki wszelkie bagaże, dokończyliśmy dokonywania podziału wspólnego sprzętu pomiędzy uczestników i zaczęliśmy rowerowe ćwiczenia sprawności w kierowaniu własnym pojazdem z pełnym już i docelowym obciążeniem. W ten sposób zwiedziliśmy okolice portu, przejechaliśmy się po kołobrzeskim molo tam i z powrotem. Tylko Zuzia wypoczywała w wdzięcznej pozie na straganie z miejscowymi pamiątkami...

Aż wreszcie na kei pojawiło się całe stado pasażerów, pokazał się też w kasowym okienku pan od wydawania biletów, a jeszcze inny stanowczym głosem poinformował, że od rowerów wszystko trzeba poodpinać, a szczególnie sakwy. I tak, radzi nie radzi, poodpinaliśmy wszystko, co wcześniej poprzypinaliśmy. W ten sposób mogliśmy rozpocząć nasz rejs.
Szefuńciowi bardzo spodobała się kapitańska komenda: "Obsady manewrowe na stanowska, proszę!" I w tym momencie okazało się, że w pewnej wieloosobowej wycieczce brakuje jednej osoby, kierowcy autokaru. I staek "JANTAR" musiał odpłynąć bez niego. A to pech! Może dobije do swojej wycieczki jakimś przygodnym kajakiem...

W czasie ponad czterech godzin rejsu to przysypialiśmy, to zwiedzaliśmy pokład statku i jego najbliższych okolic. Czyli oglądaliśmy morze (nasze morze). Szefuńcio nie odnalazł swego znajomego z maszynowni statku, bo załoga "Jantara" całkowicie uległa wymianie. Aż nareszcie, zupełnie niespodziewanie dopłynęliśmy do NEXØ...

Całkiem już sprawnie wyładowaliśmy nasze wszystkie rowery i całą stertę bagaży rowerowych. Pracowicie kolejny raz mocowaliśmy wszystko na bagażnikach, a Szefuńcio dodawał różne dodatkowe gumy, by pakunki bezpiecznie utrzymały się na swoich miejscach na każdym rowerze. I wreszcie mogliśmy ruszyć w pierwszą zaplanowaną trasę.

Zaczęliśmy od zwiedzenia małej plenerowej przentacji militarnej miejscowej armii. Mogliśmy zająć miejsce w wojskowym gaziku marki Marcedes.

Zwiedziliśmy też okręcik wojenny. Pan Jacek dostał w prezencie długopis firmowy.

Zachaczyliśmy jeszcze o stoisko z bronią palną i innym ekwipunkiem. O! I nawet dostaliśmy po cukierku, a jeszcze sam Szefuńcio dostał fajny armijny breloczek, w sam raz do wszelkich wózków w sklepach. Przyda się pewnie...

Zwiedzając rowerowo miasto NEXØ zatrzymaliśmy się przy miejskiej fontannie zwanej wdzięcznie Ciurkadełkiem. Podobno to jest naturalne źródełko w pokaźnej kamiennej oprawie. Obok Ciurkadełka jest stara pływająca mina morska, jak opowiedział nam sam Szefuńcio, mina jast z II Wojny Światowej, jest magnetyczna i stykowa. Cokolwiek to znaczy, na pewno ma rację. No i brzmi bardzo groźnie.
W miejscowym sklepie NETTO dokonaliśmy pierwszych zakupów aprowizacyjnych. Zatem mogliśmy sobie przygotować śniadanie na tle przyrodniczym osnute. Uroczyście spożyliśmy też sporą część zapasów przeznaczonych na drogę.

Po śniadanku (wszyscy się najedli po pachy i do syta) pojechaliśmy sobie w naszą trasę do miejscowości DUEODDE, na najbardziej na południe wysunienty kraniec wyspy. Przy tej okazji Weronka podpadła Matce Zemi, bo Matka Ziemia oddała Weronce w pyszczydełko, zostawiając pewne czerwonawe ślady na bladych ze strachu policzkach i na czółku. Cóż, za brak szacunku wobec Matki Ziemi trzeba czasem zapłacić utratą twarzy.

Po drodze zatrzymaliśmy się na pozostałościach stanowiska niemieckiej artylerii morskiej z czasów II Wojny Światowej. Bornholm w tym czasie był pod niemiecką okupacją i stały tutaj najcięże morskie działa. A z tego bunkra już całkiem blisko do zapalanowanego campingu.

Gdy zajmowaliśmy wskazane miejsce pod namiot, oczom zdumionej widowni pokazały się stada dzikich zejęczych bestii i króliczych kanibali. Na nasz widok zbiegły do swych rozlicznych norek, a my w spokoju rozstawiliśmy pierwszy raz nasz namiot. W zasadzie obyło się bez kłótni i połajanek. Tylko Zuzi ciągle przewracał się rowerek, bo nie chciało się Zuzi odpowiednio go ustawić. Aż wreszcie udało się naszej koleżance tak postawić swój pojazd, że upadając kolejny raz, zdewastował żelowe siodełko Zosi. Roweru Zosi. Siodełko roweru Zosi. I ten żel z siodełka Zosi się wylewał strumieniami rzewnymi.
Na kolację zjedliśmy wszystkie sześć zupek surowych od taty Weronki i inne "drogowe" wiktuały. Przy okazji tej kolacyjnej okazało się, że Szefuńcio zapomniał z Warszawy herbaty na smyczach. Zatem do kolacji mieliśmy goracy sok malinowy.

Po kolacji poszliśmy na spacer na plażę. Plaża wielka, piaszczysta i od krańca do krańca. Podobno tego piasku przez bardzo długie lata używano do produkcji starodawnych zegarków, czyli klepsydr.
Po powrocie wzięliśmy kąpiel w ciepłej wodzie za dwie korony na dwie minuty.
I poszliśmy spać. Do samego rana.

Tego dnia przejechaliśmy ok. 12 km. |
Wszyscy uczestnicy wyprawy otrzymają pamiątkową płytę CD ze wszystkimi fotografiami z całej wyprawy.
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.
