30 grudnia
2009

Schronisko na Turbaczu. Schronisko na Starych Wierchach
VI ZIMOWA WYPRAWA TURBACZOWA
ŚRODA, DZIEŃ TRZECI I W ZASADZIE OSTATNI, CHOĆ NIE NA PEWNO
Pobudka była o godzinie szóstej. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, jak bardzo jest to niestosowna pora dla dzieci i młodzieży, a nawet dla samej kadry z Szefuńciem włącznie i na czele. Jednak większych kłopotów nie było i nikogo specjalnie nie trzeba było poganiać. Każdy wiedział sam, co ma robić i zwolna wszystkie dokładnie spakowane plecaki znalazły się pod ścianą w stołówce. Przy dokładnie i starannie obfitym śniadaniu napełniliśmy wszystkie termosy gorącą herbatą. Po śniadaniu jeszcze były ostatnie poprawki, na przykład dodatkowe pastowanie butów marszowych, nasmarowanie kremem twarzy...

I oto tuż przed dziewiątą godziną, zgodnie z wczorajszymi planami, już staliśmy przed schroniskiem i ruszyliśmy na trasę. Następny poważny przystanek w schronisku na Starych Wierchach gdzie czekać będzie nas obiad.

Pierwszy odcinek marszu biegł przez szczyt Turbacza, gdzie wczoraj była część naszej ekipy. Dzisiaj przybyliśmy tu wszyscy, ale tylko na chwilkę, by zrobić kilka fotek i tyle.

Kolejny kawałek szlaku wiódł przez dawny wiatrołom gdzie szlak czasem trudno określić. Jednak wprawne oko prowadzącego Stasia wypatrzyło każdy znak.

Czasem na kilka chwil zatrzymywaliśmy się by napić się herbatki i troszkę odsapnąć. Schodziło się bardzo dobrze, bo najczęściej było z górki. Aż doszliśmy do starego szałasu góralskiego, po naszemu nazywanemu Chatką Puchatka. Zawsze się tutaj zatrzymywaliśmy na popas i troszkę fotek. Tak stało sie i tym razem. Na zewnątrz było wietrznie, a wewnątrz cicho i przytulnie, choć ta chałupina nie sprawiała takiego wrażenia. Ale odnotował je aparat fotograficzny odpowiednio reagując na zmianę temperatury - część zdjęć jest lekko zamglona.

Postój trwał tyle, by wypocząć i wesoło ruszyć do bliskich już Starych Wierchów.

Po drodze zaczęły się licytacje, kto ile razy zaliczył glebę, czyli jak boleśnie uczył się poprawnie wybierać drogę i omijać ukryte miejscowe drogowe zlodowacenia. No i ktoś tam okazał sie mistrzem i rekordzistą upadków. Aż w taki wesoły sposób dotarliśmy do Starych Wierchów. Tam wyskoczył do nas młody, ale wielki psiak szalejący z radości. Musiał on z każdym się przywitać, a że nasza Aśćka jest najmniejsza, więc psiakowi najbliżej było do jej buzi, by okazać psią radość ze spotkania. Psia miłość i radość była tak wielka, że Aśćkę najpierw na ręce wziął Szefuńcio, a potem zmienił go Staś.

Wewnątrz psia miłość już nikomu nie zagrażała, ale za to rozpłakał się aparat fotograficzny i fotki są zupełnie zamglone (ze wzruszenia). nasze plecaki poustawialiśmy porządni pod ścianą, przygotowaliśmy opróżnione termosy i zaserwowaliśmy sobie obiad. Stare Wierchy to schronisko troszkę biedniejsze i mniej komercyjne od Turbacza. No i o wiele mniejsze. jest tu kilka miejsc noclegowych, ale nigdy tu nie mieliśmy noclegów. Może jednak kiedyś będą. Tym czasem pojawił się żurek z kiełbasą, pomidorowa, kiełbasa z rożna, bigos, naleśniki z serem i z dżemem i wielkie ilości herbaty z cytryną, również do termosów.
Na kominku płonęły grube bierwiona i było bardzo miło. Do czasu...

Za dobrze by nam wszystkim było, gdyby coś się nie wydarzyło. Oto nagle w kurtce pana Jacka odezwał się telefon. Okazało się, że dzwoniono z pracy, z Domu Kultury "RAKOWIEC", że nasz Szefuńcio jest właśnie poszukiwany przez policję. I nikt nie wiedział, w jakiej sprawie. Pan Jacek przeraził się nie na żarty: pomyślał o swoim mieszkaniu (pożar, zalanie, włamanie?) i o swojej rodzinie (jakiś wypadek samochodowy siostry lub brata?). Pani doktor Kinga, mama Aśćki, zaczęła się obawiać o zdrowie pana Jacka bo blady się zrobił jak ten śnieg za oknami. Już szukała czegoś odpowiedniego w apteczce.
Szefuńcio zdecydował się zadzwonić do naszej centrali, czyli do Ośrodka Kultury Ochoty. Tam też niczego nowego się nie dowiedział. No i miał zatem powody do dalszego zdenerwowania. Wreszcie jeszcze raz zadzwoniono z "Rakowca" i okazało się, że poszukiwania prowadzi ochocki wydział kryminalny policji i że sprawa ma jakiś związek z naszym zespołem, z "Gongiem".
Teraz z jednej strony Szefuńcio się znacznie uspokoił, ale z drugiej nie mógł zrozumieć, co takiego mogło się stać z zespołem w Warszawie, o czym nikt nic nie wie w Domu Kultury "RAKOWIEC" ani w Ośrodku Kultury Ochoty. Zatem zadzwonił do wspomnianego wydziału kryminalnego by ustalić, o co chodzi i co właściwie się stało.
Udało się połączyć i w rozmowie z naczelnikiem wydziału dowiedział się, że jest poszukiwany w związku ze skierowanym do ochockiej prokuratury doniesienia o podejrzeniu o dokonaniu przestępstwa poprzez narażenie nas na utratę zdrowia lub życia w czasie naszej obecnej wyprawy turbaczowej. Szóstej Zimowej Wyprawy Turbaczowej. Pan policjant telefonicznie wypytywał pana Jacka o noclegi, o żywienie bowiem w tamtym doniesieniu miało stać, że nie mieliśmy gdzie spać, że nie mieliśmy co jeść, że nikt się nami nie opiekował. Szefuńcio wszytko dokładnie opowiedział: trzy osoby dorosłe w tym jeden lekarz, szóstka dzieci (czyli nas) w tym nasza Aśćka najmłodsza ale pod opieką mamy, właśnie pani doktor jednocześnie. Naczelnik był trochę zdziwiony donosem, a raczej chyba jego bezpodstawnością, bo przecież nikt wcześniej do pana Jacka nie dzwonił i nic nie sprawdzał. No i przy okazji dowiedzieliśmy się, że doniesienie wystosowała jakaś fundacja, ale nie można się było dowiedzieć jaka mianowicie.
Pan Jacek i my wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, że w Warszawie nic poważnego się nie stało z rodziną Szefuńcia a i my przecież właśnie wszyscy żyjemy, obiad jemy i mamy się zdrowo, spaliśmy dwie noce na Turbaczu w ciepłym schronisku we własnych ciepłych łóżkach i mamy cały czas trzy osoby opieki przy sobie, w tym jednego lekarza.
No i zaczęliśmy dociekać, co to za fundacja tak serdecznie zajęła się naszym losem, nie zaglądając wcześniej na nasze strony internetowe i nie sprawdzając, kto jedzie, jaka jest opieka, program, noclegi... Doszliśmy więc do zgodnego wniosku, że taka troska jest niczym więcej jak podłym pomówieniem i oszczerstwem i zasługuje na napiętnowanie. Inną sprawą są pobudki owej "troski". Sądzimy więc, że jest to jakże podła i podstępna działalność jakiejś osoby (lub osób) czującej niechęć do naszego zespołu. Bo przecież ktoś taki nie sprawdzony w szczegółach donos (paszkwil) musiał w imieniu tajemniczej (t)fu-ndacji podpisać.
Wcześniej czy później dowiemy się, kto aż tak bardzo nienawidzi "Gongu" by pisać tak podłe oszczerstwa.
Szefuńcio czekał jeszcze na jeden telefon, ze słowami troski, ciepłym słowem i wsparciem psychicznym, ale się nie doczekał...

I tak reszta obiadu minęła nam w posępnych nastrojach i poczuciu wielkiej krzywdy.
Tymczasem powyżej mapka zejścia z Turbacza do Starych Wierchów, a poniżej wykres pionowy, jak zawsze.

Po zakończeniu kwaśnego obiadu ruszyliśmy w dalszą drogę.

W czasie marszu ciągle komentowaliśmy obiadowe zdarzenie, ale jednak trzeba było uważać i skupić się na samej drodze. Czasem zdarzały się nowe upadki w ramach zawodów gleboznawców.

Na jednym z postojów jeszcze mogliśmy popatrzeć na już bardzo odległy Turbacz z dobrze widoczną Halą Długą.

I tak, o zmierzchu, o godz. 16:45 dotarliśmy na przystanek autobusowy. Nawet nie mogliśmy się za bardzo rozsiąść w celu wygodnego oczekiwaniu na pojazd ten miejskiej komunikacji, a on już zajechał i po kilku minutach byliśmy na rynku w Nowym Targu.

Powyżej mapka, poniżej wykres...

W restauracji aparat zdecydowanie odmówił współpracy z powodu zaparowania obiektywu. Nie przeszkadzało to w zamawianiu i jedzeniu pizzy, spaghetti, frytek i innych frykasów, włącznie z herbatą (z cytrynką) i innymi napojami w wielkich ilościach dla wyrównania bilansu płynów ustrojowych naszych organizmów.

W czasie posiłku do restauracji wtargnęli młodzi kolędnicy miejscowi. Było to jeszcze jedno traumatyczne przeżycie tego dnia bowiem fałszowali niemiłosiernie, a śpiewane kolędy mieszali, co dwie linijki zmieniając kolędę, a refreny dając z jeszcze innej. W sumie bardzo przykre przeżycie artystyczne nas spotkało.
Po zakończeniu jedzenia trzema taksówkami zajechaliśmy na dworzec. Szefuncio w kasie potwierdził nasze bilety i dowiedział się o nasz wagon. Tym razem okazało się, że nie ma żadnej zmyłki. Konduktor zabrał nam co trzeba, ale zaraz przyszedł do przedziału i kazał Stasiowi podpisać legitymację, bo bardzo nowa ona i Staś jakoś zapomniał.

Jak tylko pan Jacek ze Stasiem poustawiali nasze bagaże i rozlokowali nas na półkach (jak jakieś paczki). zaczęliśmy tradycyjne wspominki i opowieści z dawnych i bardzo dawnych czasów gongowych, anegdoty z różnych wyjazdów większych i mniejszych. A w ciągu dwudziestu ośmiu lat było ich bardzo dużo, a i dzieci zawsze w "Gongu" pełne były fantazji i pomysłowości.

Na peron wysiedliśmy sprawnie i po kolei. Rodzice czekali na nas bardzo zaciekawieni wrażeń ale i zaniepokojeni naszymi telefonicznymi meldunkami o zdarzeniu, jakie dopadło nas w Starych Wierchach. Pan Jacek wszystko co wiedział opowiedział rodzicom, a ci nie kryli oburzenia i zbulwersowania.
Jednak było bardzo późno (wcześnie?) - godz. 5:30 - i musieliśmy się rozejść. Jeszcze tylko Szefuńcio przyjął kilka ustnych zgłoszeń do kolejnej, siódmej już wyprawy (najlepiej żeby była od razu sylwestrowa) i musieliśmy się rozstać.
I tak wyprawa się zakończyła i przeszła do gongowej historii...
VI ZIMOWA WYPRAWA TURBACZOWA
Udział wzięli:
pan Jacek, Stanisław Aleksiński, p. Kinga Mali, Michałek Kawa, Aśćka Mali, Marysia Stępniak, Weronka Orłowska, Kaja Karczewska i Renatka Dziubiak.
Trasy:
28 grudnia: Nowy Targ - Kowaniec (660 m.n.p.m.), Dziubasówki (840 m.n.p.m.), Kaplica Myśliwych (1120 m.n.p.m.), Bukowina Miejska (1143 m.n.p.m.), Kaplica Papieska (1190 m.n.p.m.), Schronisko na Turbaczu (1270 m.n.p.m.) - 8,5 km.
29 grudnia: Schronisko na Turbaczu (1270 m.n.p.m.), Ołtarz Polowy (1230 m.n.p.m.), Czoło Turbacza (1259 m.n.p.m.), Ołtarz Polowy (1230 m.n.p.m.), Schronisko na Turbaczu (1270 m.n.p.m.), Turbacz (1307 m.n.p.m.), Schronisko na Turbaczu (1270 m.n.p.m.) - 4,4 km.
30 grudnia: Schronisko na Turbaczu (1270 m.n.p.m.), Turbacz (1307 m.n.p.m.), bacówka "Chatka Puchatka" (1080 m.n.p.m.), Obidowiec (1106 m.n.p.m.), Gronki (1027 m.n.p.m.), Schronisko na Starych Wierchach (970 m.n.p.m.), osiedle Obidowa (800 m.n.p.m.), osiedle Kowaniec (620 m.n.p.m.) - 14,5 km.
Łącznie w ciagu trzech dni przebyto 27,4 kilometrów.
30 grudnia
2009

Jeśli na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie ich w celu uzupełnienia tych stron.

Napisz do nas.