| | 28 grudnia
2009
 | |
VI ZIMOWA WYPRAWA TURBACZOWA
PONIEDZIAŁEK, DZIEŃ PIERWSZY
Na wszelki wypadek nasza zbiórka wyjazdowa wyznaczona została na pół godziny przed północą pomimo zaplanowanego odjazdu na godz. 0:31. Szefuńcio tak zdecydował, bo do ostatniej chwili nie wiedział, czy wszystko z tymi pociągami będzie się nam zgadzało. I nie bez powodu: na bilecie widniała odjazdowa godzina 23:45 jeszcze w niedzielę, przed północą; numer pociągu na bilecie to 53202, a w informacji powiedziano, że będzie to numer 53203. Te wszystkie zmiany mocno więc niepokoiły pana Jacka. Przyjechał zatem na Centralną już o godz. 22:00 by ewentualnie jakoś przeorganizować na miejscu cały wyjazd, gdyby zaszła taka konieczność. Nerwów dodawały czasem komunikaty z dworcowych megafonów o zmianach peronów w innych pociągach, o opóźnieniach i w ogóle, o sporym bałaganie w kolejnictwie krajowym naszym. W dworcowej informacji jednak wszelkie zmiany zostały potwierdzone, a nawet dokładnie wskazano kolejność wagonów i miejsce tego nas najbardziej interesującego.

Zatem, gdy nadeszła stosowna chwila, wszyscy zebrani na zielonej (ze sztuczna zieloną roślinnością) wyspie pośrodku głównej hali warszawskiego Dworca Centralnego ruszyli na III peron (tor 2) jedną dworcową kondygnację niżej, korzystając z czynnych schodów ruchomych. Jednak nasza radość wyjazdowa troszkę przygasła, gdy dopadł nas komunikat megafonowy, że nasz pociąg ma 20 minut opóźnienia ("... opóźnienie może się powiększyć lub zmniejszyć... podróżnych przepraszamy...") i wcale nie startuje z Warszawy Wschodniej, a jedzie aż z Gdyni. Ta ostatnia wiadomość podziałała na starszych, bardziej doświadczonych w wojażach polskimi kolejami bardzo deprymująco. Mogliśmy się spodziewać prawdziwego dnia apokalipsy wyjazdowej...

Jednak tym razem apokalipsa nas nie dotknęła albowiem byliśmy szczęśliwymi posiadaczami całego przedziału z kuszetkami, czyli miejscami do leżenia. I choć miejsc leżących było sześć, a nas dziewięć sztuk, wiedzieliśmy już, że nikt nie będzie stał w korytarzu przez całą podróż. Zatem, gdy tylko pociąg zajechał, z tym dwudziestominutowym opóźnieniem, czekaliśmy spokojnie w wyznaczonym sektorze peronu II. I jeszcze raz spotkała nas "zabawna" niespodzianka. "Nasz" wagon był zupełnie w innym miejscu całego składu i trzeba było troszkę przebiec się po peronie. Po drodze jednak z satysfakcją widzieliśmy apokalipsę innych podróżnych bez kolejowych leżanek...
Natychmiast wsiedliśmy do wagonu, nasze bilety i legitymacje zostały rozpoznane, sprawdzone, zaakceptowane i zabrane. Znaczyło to, że mamy spokój do samego Nowego Targu. My żegnaliśmy się z rodzicami, machaliśmy przyrządami do machania pożegnalnego, a pan Jacek i Staś sprawnie rozmieścili nasze bagaże, rozłożyli miejsca leżące i pomogli każdemu kolejno zainstalować się na wskazanym posłaniu. I podróż się zaczęła na dobre.
Po wstępnych wieczornych (nocnych) rozmówkach Szefuncio zarządził ciszę nocną i cichy stukot kół oraz miękkie kołysanie wagonu na łagodnych zakrętach pomogło wszystkim szybko zapaść w kolejowy sen przeciętnego polskiego podróżnika.
Nikt nas nie budził ani służbowo, ani inaczej. Naszego spokojnego snu strzegła wszak potężna kłódka wisząca u drzwi do wagonów z miejscami stojącymi. A tam tłum rozsmarowany na tych zamkniętych drzwiach.
Zostaliśmy delikatnie i łagodnie obudzeni dopiero przy zmianie lokomotywy w Chabówce. Pan Jacek, zgodnie z wcześniejszą umową, zadzwonił do naszego starego znajomego (jeszcze z rowerowej wyprawy do Chorwacji) i podał umówione hasło (ściśle tajne!) w efekcie czego przed dworcem w Nowym Targu
miał czekać bus...

Sprawnie i bez przeszkód (oraz niczego nie zapominając w przedziale) wyszliśmy z pociągu (którego opóźnienie wzrosło już do prawie całej godziny) i bardzo szybko odnaleźliśmy "nasz" busik. Było do niego kilku obcych chętnych, ale zostali spokojnie acz zdecydowanie odprawieni z kwitkiem przez Szefuńcia.

Szybko przejechaliśmy przez budzący się Nowy Targ i wylądowaliśmy na bardzo dobrze znanym przystanku, a właściwie pętli autobusowej w nowotarskim osiedlu Kowaniec. Tam od zawsze zaczyna się szlak którym mieliśmy podążać ku górze. Po zmianie obuwia z pociągowego na górskie, po innych doposażeniach i po obowiązkowej kontroli ubioru, Szefuńcio uruchomił swój wspaniały aparacik GPS i wydał na świat (podobno) ulubioną komendę: "Zapoprężyć!" Z kopyta ruszyliśmy w trasę żółtym, papieskim szlakiem.

Pierwsze metry, dziesiątki metrów, nie należały do łatwych: trzeba było przecież obudzić swe śpiące jeszcze ciałka i organizmy. Jednak z czasem humorki zaczynały się zaróżawiać. I zwolna każdy odszukiwał własny, spokojny rytm wchodzenia. Ci starsi, obeznani już z tą trasą, wiedzieli, że tylko jej pierwsza ćwiartka jest bardzo ciężka. Potem będzie łagodniej i spokojniej. Aby tylko dojść do tak zwanej Kaplicy Myśliwych.

Zatem szliśmy i szliśmy. Od czasu do czasu mieliśmy zarządzane postoje na większy lub mniejszy popas. Wszyscy jednak bardzo podziwiali małą naszą gongowiczkę Aśćkę, która dzielnie przebierała swymi drobnymi nóżkami u boku mamy. Szefuńcio, który tradycyjnie zamykał pochód naszej grupy (Staś na początku zaś) stale bacznie obserwował poczynania małej. Jego największym kłopotem w czasie podejścia były kilkakrotne wymiany baterii w swym genialnym aparaciku GPS.

Było zimno, tak jakieś -7 - -5 stopni C. Ale śnieg pojawił się leżący na trasie dopiero w jej wyższych partiach. Nie było błota, nie świeciło jaskrawe słoneczko, było szaro i smutno. Ale w ekipie nastoje wspaniałe. Na postojach sypały się żarty i dziwaczne opowieści Marysi, naszej gongowej centrali wywiadowczej życia towarzyskiego ochockich (niektórych) gimnazjalistów.

Przy Kaplicy Myśliwych mieliśmy zrobić dłuższy wypoczynek. Do schroniska na Turbaczu mieliśmy tylko połowę trasy i to już raczej łatwej, prawie płaskiej. Jednak miejsce to jest położone na skraju otwartej polany i jest narażone na działanie wiatru. Dopóki szliśmy lasem wiejący wiatr nie dawał się we znaki. Jednak na tej otwartej przestrzeni hulał do woli i mroził wszystko w swym zasięgu. Marzło więc wszystko: kanapki, herbata, zmęczone już ciałka.

Zatem Szefuńcio skrócił postój do niezbędnej koniczności i nakazał wymarsz, po wydaniu na świat słynnej komendy: "Zapoprężyć!" I zapowiedział, że następny, już solidniejszy przystanek będzie przy Kaplicy Papieskiej.
Jak powiedział, tak się stało! Taki jest ten nasz Szefuńcio! Jak coś obieca, to tak będzie. Więc poszliśmy, a zimny wiatr wiał w plecy, a właściwie w plecaki i popychał nas do następnego postoju. Padał też drobny, kaszowaty śnieg.

No i faktycznie, jak pan Jacek obiecał, tak się stało. Doszliśmy do Kaplicy Papieskiej akurat gdy znikł opad i troszkę podniosła się szara chmura zza której ledwo widać było zarysy kaplicy. Również popas, zgodnie z obietnicą, był dłuższy i poważniejszy bo i miejsce bardziej poważnie osłonięte od wiatru. Marysia od razu zademonstrowała z dumą swe zamarznięte włosy wyglądające kokieteryjnie spod czapki z pomponem. Znalazła się też czekolada od p. doktor, czyli od mamy naszej gongowej Aśćki. I w ogóle, wszyscy się wszystkim częstowali i było bardzo serdecznie, przyjemnie i nawet wygłupiasto. Nawet pan Jacek w tej radosnej atmosferze nie zauważył, że cały czas ma swą czapkę zimową zainstalowaną na głowie w nieprawidłowy sposób, tak troszkę tył na przód... I dla tego wcześniej narzekał, że zimno mu w kark od tego wiatru...
Do schroniska na Turbaczu mieliśmy już tylko dwadzieścia minut, ale dosyć ostrego podejścia.

I po około 30 minutach już byliśmy na miejscu!

Tak, to właśnie to słynne schronisko! Czekają na nas łóżka z czystą i ciepłą pościelą, natryski i stołówka! Czegóż chcieć więcej?
Poniższy wykres pokazuje naszą trasę w pionie, czyli jakie to wzniesienia musieliśmy pokonać. Jeśli przejedziesz myszką po wykresie, odszukasz ważniejsze miejsca na naszej trasie. Jak widać, miała ona 8,5 kilometra.
Zamówiony pokój już na nas czekał i natychmiast go zajęliśmy rozpakowując tym czasem najpotrzebniejsze rzeczy. Szefuncio zarządził zmianę obuwia na schroniskowe, mycie rąk i obiad. Bo była wszak godzina odpowiednia, czyli 14:50.

Obiad był wspaniały! Każdy zamawiał co chciał, byle by było dużo i treściwie. Taki był warunek Szefuńcia. Więc jedliśmy pierogi z mięsem, naleśniki z serem, jakieś kotlety z oscypków, żurek z kiełbasą, kiełbasa (bez żurka) z rusztu i mnóstwo herbaty już nie z termosu a z cytryną. A jak już wszyscy się najedli i napili, to...

...To Szefuńcio odznaczył wszystkich specjalną odznaką turbaczową, okrągłą i bardzo fajną.

Po obiedzie był czas na uporządkowanie swej osobistej odzieży po marszu, na dokładniejsze mycie i na oglądanie filmu na przenośnym DVD przeniesionym na Turbacz przez pomysłową Marysię. Pan Jacek w tym czasie porządkował zdjęcia z pierwszego dnia na swym komputerze oraz zabezpieczał dane z niezastąpionego urządzenia GPS. Aż nagle nadszedł czas na kolację do której wykorzystano kanapki z drogi i zakupione potrawy (patrz: lista powyżej).
Już po kolacji, po wieczornych toaletach, mieliśmy niespodziewaną, ale bardzo miłą i pouczającą wizytę prawdziwie legendarnego człowieka Gorców, stałego mieszkańca schroniska na Turbaczu, księdza Krzysztofa Krakowczyka. Daliśmy naszemu gościowi mały koncert kolędowy, a ksiądz dziwił się, że znamy wszystkie zwrotki. Potem porozmawiał z nami o zespole, o Gorcach i Turbaczu i o wojennej jego historii. Była też opowieść o słynnym i tragicznym partyzancie "Ogniu" i o wielu innych sprawach. Ksiądz Krzysztof jest takim współczesnym pustelnikiem i bardzo rzadko schodzi w doliny przedkładając nad nie góry i ich majestatyczny spokój pozwalający rozmyślać i zbliżać się do Boga. Nie stroni jednak od ludzi i ich towarzystwa, ale też o nie nie zabiega. Pierwszy raz spotkaliśmy go w czasie IV Wiosennej Wyprawy Turbaczowej kiedy to odprawiał pierwszomajową mszę w Kaplicy Papieskiej.
Po wizycie miłego księdza nie pozostało nam już nic innego, jak tylko udać się spać. Tylko od czasu do czasu trzeba było kogoś szepcącego uciszać. I prawie zawsze padało na Kaję, choć w zasadzie to nie była winna. I jeszcze w nocy Szefunciowi się wydawało, że Marysia ogląda, tym razem na telefonie, jakiś kolejny film. Ale były to tylko słuchowe omamy wynikające z wycia wiatru za oknem schroniska. A rozpadało się na dobre.
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.
