
Piękna
i fantastyczna, słoneczna pogoda witała nas na dzisiejszym, niedzielnym koncertowym
spotkaniu w "Gongu". Aż nawet nasz Szefuńcio błyskał humorem i wesołością,
że zaraził nią wszystkich obecnych i zebranych. Nawet niektórych rodziców. A tych
dzisiaj nie brakowało, a nawet obrodziło nam samochodami. Wszystko dla tego, że
nie wszyscy zgłosili wcześniej gotowość szlachetnej pomocy transportowej. I wyszło
na to, że rodzicielskich wozów było nawet za dużo. Jednak z tym kłopotem daliśmy
sobie znakomicie radę.

Potem,
już w czasie jazdy do warszawskiego ZOO, pan Jacek coś mocno narozrabiał z tym
swoim humorek i wywołał deszczyk. A im bardziej był wesoły, tym bardziej padało.
Ale po przyjeździe przed bramę wjazdową, okazało się, że w ZOO nie pada. Tylko
się zanosi na padanie. Więc zabraliśmy nasze cenne rekwizyty i poszliśmy zwartą
i wesołą gromadą w kierunku sceny.

Znaleźliśmy
ją bez trudu w przeciwnym krańcu ogrodu zoologicznego, ale to w zasadzie nic nie
szkodzi. Trafił się mały niedzielny spacerek. Zaraz też nadszedł Szefuńcio i zarządził
co trzeba. Poszukał też organizatorów, czyli przedstawicieli Radia Dla Ciebie.
A zespół zaczął się dyskretnie przebierać. Dyskretnie, bo w zasadzie na otwartej
łące, obok małego namiociku z aparaturą.
Aż tu nagle...
Jak nie trzaśnie...
Jak
nie huknie...
I z nieba jeszcze parę minut wcześniej jasnego i czystego, runęły
w dół strugi ulewnego deszczu. Publiczność z miejsca i w popłochu wymiotło. A
było jej sporo, a nawet dużo. Radio Dla Ciebie zadbało o reklamę!
Pan Jacek
próbował w namiociku akustyka odczyniać różne gusła i czary na ten niespodziewany
deszcz. Nawet podłączył naszego laptopa i puścił kilka gongowych piosenek, ale
zaraz deszczowa woda dostała się do aparatury i w ogóle wysiadł prąd i skończyło
się czarowanie nieba piosenkami zoologicznymi wprost w Afryki.
W tym czasie
cały prawie zespół zebrał się w namiocie sponsora imprezy, czyli w banku. I tam
zaczął się koncert deszczowy, akustyczny, bez podkładów, bez układów tanecznych,
bez rekwizytów. Nie! Rekwizyty przecież były! Grzecznie czekające w trzech torbach
na swoją kolej. Tym razem się nie doczekały. Tylko nasz Dziabąg oglądał mokry
świat zoologiczny mocząc swój kudłaty tyłek na deszczu.

Aż
wreszcie Szefuńcio przyniósł nam wieść, że "kancierta nie budziet"
i czas nam do domów.
To nasi kochani gongowi Rodzice wzięli się i zebrali w sobie, i podreptali
w ten deszcz do samochodów, by przyprowadzić je jak najbliżej sceny, a właściwie
pod ten namiocik sponsora bankowego.
A podróż powrotna była nie mniej radosna
i wesoła. Pan Jacek ciągle był wesoły i stale wynajdywał nowe powody do pożartowania.
A że towarzystwo rodzicielskie było arcyodpowiednie i skore do wesołości, więc
powrót na ulubiony Rakowiec przeszedł bardzo szybko. I oczywiście bardzo, bardzo
wesoło. No, dawaliśmy przecież czadu...
No i w ogólnych oraz zasadniczych zarysach nasza koncertowa niedziela właśnie
tak się przedstawiała i się niedzielnie miała. Oczywiście, nie licząc drobnych
incydentów na stoku zoologicznej widowni i w okolicach pewnej kałuży... Ale o
tym sza!
Acha, to właśnie "ten" samochód, co to ten tego...
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.
