SKARBOWA
MAJOWA MAJÓWKA
Spotkaliśmy
się z rana (8:20) na peronie stacji Warszawa Rakowiec. A stawili się: Marysia
Stępniak, Weronka Orłowska i Michałek Kawa. Zatem powinno zapowiadać się spokojne
i kameralne wycieczkowanie. O ile pogoda się nie zepsuje. Bo poranek raczej zachęcający
nie był. Jednak, jak się okazało, obie panienki zapewniły troszkę rozrywek...
Zaczęło się od kłopotów z kupnem biletów przez Weronkę. Jak już kupiła sobie dokładnie
to, co było potrzebne i już przyjechał pociąg, to mała postanowiła nietypowo i
troszkę odmiennie zacząć wycieczkę. Wnosząc swój rower do pociągu niedokładnie
postawiła stopę i nie trafiła na stopień wagonu. W efekcie spadła w dół, pomiędzy
wagon a peron. jednak ani roweru, ani kupionych biletów nie puściła. Na szczęście
pan Jacek stał przy niej i zaraz wyciągnął ją na jedynie słuszną powierzchnię
peronową. I niech kto powie, że Szefuńcio niepotrzebnie się przejmuje wchodzeniem
i wychodzeniem z pociągu, a szczególnie z rowerami! Gdyby nie on, Weronka miała
by poważne kłopoty.
I mogliśmy pojechać w nieznane okolice zalesia prawie szczęśliwie.
Kolejna niespodzianka czekała nas w samym pociągu. Dorosłe towarzystwo krótkiej
podróży okazało się zapijaczone i wulgarne, aż pan Jacek się zdenerwował i zwrócił
głośno uwagę na niestosowne zachowanie. Pomogło tylko na troszkę, ale na szczęście
już zajechaliśmy do Piaseczna, gdzie zaczynała się oficjalnie nasza wiosenna,
skarbowa, majowa, rowerowa majówka.
Tym razem wyjątkowo sprawnie wszyscy wysiedli
bez żadnej wpadki.

Po
wyjściu z peronów piaseczyńskiej stacji Szefuńcio poustawiał odpowiednio wszystkie
ważne funkcje w nowym aparacie GSP i mogliśmy ruszyć. Troszkę był przejęty, jak
mianowicie nowe urządzenie spisze się na trasie wyprawy. Przyzwyczaił się do poprzedniego
straconego wraz z rowerem w wyniku włamania do własnej piwnicy. Jednak nowe urządzenie
miało okazać się lepsze od poprzedniego. Na to przynajmniej liczył pan Jacek.
Na wszelki jednak wypadek Szefuńcio nas uprzedzał, że zanim przyzwyczai się do
nowości i na nowo nauczy się odczytywać wskazania aparaciku, może poprowadzić
ekipę w troszkę mylne kierunki.
Pierwsza nasza skrytka znajdowała się na terenie
zabytkowego dworca piaseczyńskiej kolejki wąskotorowej. Pomimo ostrzeżeń i niepokojów
trafiliśmy na miejsce jak po sznurku.

Niegdyś
ta kolejka łączyła Warszawę z kilkoma podwarszawskimi miejscowościami, a kończyła
trasę w Gorze Kalwarii. Sama skrytka miała być ukryta w starym wagonie stojącym
na bocznicy. Znaleźliśmy ten wagon bez trudu i wdrapaliśmy się na zaśmieconą wagonową
platformę. Jednak, gdy pod panem Jackiem zarwała się podłoga, czym prędzej czmychnęliśmy
z tego miejsca, by nikomu więcej coś takiego się nie przytrafiło. Pan Jacek wygrzebał
się z powstałej dziury i stwierdził, że nic mu się nie stało. Jednak z poszukiwań
skarbu zrezygnowaliśmy. W ten sposób, z "ciekawymi przygodami" zaczęła
się nasza wyprawa. Pan Jacek trochę obawiał się kolejnych...
I tak, z małym
zawodem, ruszyliśmy w dalszą, z góry zaplanowaną trasę. Kolejna skrytka ze skarbami
czekała na nas już poza Piasecznem.

Trafiliśmy
do niej w zasadzie bez problemów. W zasadzie, bo pan Jacek oczywiście kiepsko
odczytał wskazania nowego GPS-a i pognał nas dwa razy pod górę tych samych torów.
I to z rowerami. I jeszcze wszystko po to, by łatwo i bezproblemowo trafić na
skrytkę z czekającymi na nas skarbami.
Jadąc na miejsce skrytki co rusz trafialiśmy
na trasę jakiegoś krosowego wyścigu rowerowego. Ale rowerzystów wielu nie było,
nie licząc nas samych.
Skrytka: 37.
MOST NAD JEZIORKĄ ( OP0B74 - GWAREK) - to pierwszy
skrytkowy sukces dzisiejszy (10:27), a znalazł ją sam Szefuńcio. Natomiast skarby
były nasze: Weronka zabrała scyzoryczek szwajcarski, a Marysia zdobyła luksusowe
perfumy. Zostawiliśmy na miejscu gongowy medal jubileuszowy, plecionkę i małego
krecika. I zaraz ruszyliśmy dalej coraz lepiej orientując się w terenie i nowym
GPS-ie.

Kolejna
skrytka: 38.
GÓRKI SZYMONA (OP0B74 - MARCONI) - również nie przedstawiała
większego problemu (10:50). Jednak zastaliśmy ją kompletnie zdewastowaną i tylko
naklejka na pustym pudełku świadczyła o przerwanej w tym miejscu zabawie. Ktoś
głupi się tutaj dostał i świadomie popsuł zabawę. Ale skrytkę jednak zaliczyliśmy!
Po
skrytkowym polowaniu mogliśmy coś podjeść, a Weronka miała okazję poprzewracać
się (znowu) na swym rowerze. Takie hobby widać...

A
jak już zaspokoiliśmy różne większe i mniejsze głody ruszyliśmy w trasę, przez
rzeczki i stawy, by dotrzeć (12:00) do skrytki 39.
CMENTARZ ŻOŁNIERZY 1916 ROKU (OP0DC9 - WLF224) -
bardzo uroczo położonej w Lasach Chojnowskich. Tym razem skrytka była cała, a
znalazł ją oczywiście pan Jacek. Weronka zabrała łuskę karabinową, a Szefuńcio
zostawił nasz medal.
Potem przez całą godzinę jechaliśmy do następnego skarbu,
przez lasy i pustawe drogi leśne...

Aż
dojechaliśmy (13:00) do skrytki 40.
KAPLICZKA POWSTAŃCÓW STYCZNIOWYCH (OP11BA - OLAF)
- umiejscowionej w pełnej uroku i historycznej pamięci miejscu. Okoliczna ludność
stale dba o pamięć związaną z tą kapliczką. Codziennie są tu świeże kwiaty, jest
czysto i bardzo uroczyście.
Jednak Weronka po licznych przewrotach rowerowych
mogła się zrehabilitować i znalazła swą pierwszą skrytkę ze skarbarmi. Marysia
zabrała z niej mini karty do gry i znaczek Hondy dla Weroniki, a Szefuńcio zostawił
medal. I ruszyliśmy sobie dalej.
Aż dojechaliśmy na miejsce doskonale znane
wielu gongowiczom z bardzo licznych wycieczek i majówek. I to nie zawsze rowerowych.
I tam, koło wielkiej wiaty na kilkadziesią nawet osób, z równie wielkim paleniskiem
na ognisko, kolejny raz Weronka trafiła (13:25) skrytkę 41.
ZIMNE DOŁY (OP0D0F - STARY POP). W nagrodę Michałek
zarekwirował scyzoryczek z drewnianą okładziną, a pan Jacek dostał całe 100 złotych,
ale w jednej monecie, już nieaktualnej. Zostawiliśmy zaś czerwony
samochodzik. No! I jeszcze oczywiście medalik gongowy!!!

I
ruszyliśmy z jednego końca dawnych gongowych biwaków w zupełnie przeciwny... minęliśmy
basen sezonowy, zabudowania przystania (tam nagrywa się różne sceny do odcinków
telewizyjnego serialu "Plebania"...

A
jak już dojechaliśmy na wskazane sprytnie przez GPS miejsce, to Weronka zabrała
się za szukanie. I znalazła! Znowu... Michałek towarzyszył jej z innym aparacikiem
w którym były zmagazynowane opisy i fotki. I tak wspólnymi siłami... Jednak Weronka
biła wszelkie rekordy. Skrytka 42.
POMNIK SZARYCH SZEREGÓW (OP136B - FILIPS) - należała
do niej (14:10). Zabraliśmy małego misiaka dla Weronki, elektryczny breloczek
z czaszkami dla Michałka i kolekcjonerską monetę dwuzłotową dla pana Jacka. Zostawiliśmy
dla innych długopis i nasz medal... Przy okazji podpytaliśmy pana Jacka o takie
różne rzeczy związane z szarymi Szeregami. Okazało się, że wie całkiem sporo,
bo sam przecież jest harcmistrzem i harcerzem od bardzo dawna, od samego zuszka...
Tam
też zrobiliśmy sobie kolejny większy popas. Tym razem Wercia nie ćwiczyła się
w przewrotach rowerowych...
A jak już ruszyliśmy dalej, to umyślnie ominęliśmy
jedną taką skrytkę, co się ona znajdowała na wyspie. Nie mieliśmy ze sobą łódek,
więc przeprawa była niemożliwa.
I tak pojechaliśmy dalej i dojechaliśmy gdzie
było zaplanowane...

Skrytka
43.
DUCH STEFANA (OP1944 - FIBRO) - (14:49) )to kolejna
pamiątka po tutejszym leśniku pochodzenia węgierskiego, Wiktora Stephana, pracującego
w Lasach Chojnowskich w latach 1892 - 1923. Na sporym głazie ledwo widoczny napis
głosi: „1892 – 1923 Tu czuwa duch mój Wiktor Stephan 1865
– 1923”. Podobno nocami, koło północy duch starego leśnika krąży nad swoimi
lasami...

Pogoda
coraz bardziej nam sprzyjała. I choć z rana się nawet zanosiło na deszcz, to chmury
z wolna ustępowały i zaczęło się pojawiać więcej słoneczka, aż nawet zrobiło się
na tyle ciepło, że można było to i owo pozdejmować. A niektórym to nawet umysł
z lekka się zagrzał, bo (za plecami Szefuńcia) wyczyniali na rowerze różne wygibasy
i wygłupy...

Przedostatnia
już skrytka znowu wpadła (15:20) w ręce Weronki: 44.
LEŚNE JEZIORKA (OP09C1 - FILIPS). Wercia zabrała
sobie krem perłowy na podreperowanie urody gdy dopadnie ją przedwcześnie jakaś
niezapowiedziana starość, a Michałek breloczek z jakimś symbolem. Zostawiliśmy
zaś medal nasz i samochodzik.
Z tą skrytką jednak mieliśmy sporo kłopotów.
Po pierwsze: sporo komarów. Po drugie: w opisie było, że skrytka była serwisowana
przez samego założyciela i została przeniesiona w nowe miejsce. i w zasadzie to
nam się zgadzało ze wskazaniami w GPS-ie. Tylko że w miejscu zgodnym ze współrzędnymi
były dwa drzewa (w tym jedna wskazywana w opisie brzoza) ze spory mrowiskiem między
korzeniami. Za to w opisie były fotografie wskazujące zupełnie inne miejsce. Pan
Jacek to już zwątpił w możliwość odnalezienia tego skarbu i już zaczął nas wzywać
do odjazdu. A tu nagle uparta Weronka znalazła widoczek z fotografii i zaraz potem
samą skrytkę. Pan Jacek nie mógł się nadziwić i gratulował Werci kolejnego sukcesu!
Czekała
nas jeszcze jedna skrytka, już ostatnia. było do niej jednak parę ładnych kilometrów
lasami i nie tylko leśnymi drogami.


Trafiliśmy
nawet na kładkę pamiętającą jeszcze słynny w gongowej kadrze Rajd Samorządowy.
Przy okazji przeprawy przez nią, pan Jacek opowiadał różne zabawne historie z
dawnych lat naszego zespołu. Aż dojechaliśmy w cywilizowane okolice samego Zalesia
Górnego, gdzie pracowicie szukaliśmy jednej takiej skrytki, ale wskazania zapisane
w opisie były tak mylne, że zrezygnowaliśmy i pojechaliśmy dalej. Może innym razem
się uda...

Próbowaliśmy
po drodze też zaprzyjaźnić się z wyjątkowo sympatycznym i wesoły psem pilnującym
ogrodu...

Wstąpiliśmy
do przydrożnego sklepiku by nabyć to i owo oraz jeszcze coś innego...

Minęliśmy
też stadninę koni i pogadaliśmy o różnych znajomych, co mogli z nami jechać, ale
nie pojechali, bo coś tam i ojtam, ojtam...
Aż wreszcie cokolwiek zmęczeni
trafiliśmy na tę ostatnią skrytkę zaplanowaną na niedzielę dzisiejszą: 45.
MOSTEK (OP1023 - MIKE). Tym razem nasz Michałek popisał
się nie wygłupami na rowerze, a odnalezieniem skrytki bardzo sprytnie umieszczonej
pod jeszcze jednym wąziutkim mostkiem. Nawet na początku nie był pewien, czy to
na pewno jest skrytka, bo jakąś folią owinięte, i jeszcze brudne od ziemi i piasku.
Jakby nie widział, że wszystkie poprzednie wyglądały bardzo podobnie. Ale skorzystał
z zachęty Szefuńcia i przytargał zawiniątko na rowerowopostojowy brzeg. W skrytce
zostawiliśmy medal, ale nic nie zabraliśmy.
Potem skrytka powędrowała na swoje
miejsce, a my mieliśmy sporo czasu na odpoczynek i jedzenie + picie.

Dany
nam łaskawie przez pana Jacka czas wykorzystaliśmy uczciwie. Zjedliśmy wszystkie
resztki i pozostałości wałówek i rowery stały się lżejsze. Tylko, nie wiedzieć
czemu, Marysia zawzięła się, by przeskoczyć rzeczkę Czarną... I oczywiście wylądowała
w samym środku rwącego nurtu mając wodę po same kostki. Baliśmy się nawet, że
nurt ją porwie... I kto by nam opowiadał wstrząsające historie z życia marysiowej
klasy i szkoły? Na szczęście, niestety, nie porwał. Ten nurt... Marysi nie porwał...
Cóż, musieliśmy to jakoś przeżyć...



Aż
"nadejszła wiekopomna chwila" i ruszyliśmy w kierunku Czachówka, by
tam poczekać na pociąg. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze koło całkiem ładnej
szkoły. Tutaj Szefuńcio opowiedział, jak to dawno temu w tej właśnie szkole, wówczas
brzydkiej i zapuszczonej, był ze swą drużyną harcerską "DUSZKI" na kilkudniowym
biwaku. Od kierowniczki szkoły dostali zgodę na nocleg i chcieli gotować obiad,
ale komin zatkany był przez gniazda ptasie i kuchnia strasznie się zadymiła. To
któryś z harcerzy znalazł drabinę i za pomocą cegłówki uwiązanej do liny komin
został przetkany. A dach całkiem spory, wysoki... Potem ta sama lina jeszcze raz
się przydała. Z łańcucha urwało się wiadro i spadło do szkolnej studni. Trzeba
więc było spuścić najmniejszego druha parę metrów pod ziemię by wydobył ze studziennych
czeliści bezcenne szkolne wiadro... Takie to kiedyś bywały harcerskie biwaki.
Dzisiaj ta szkoła jest piękna, odremontowana i pewnie ma wodę w prawdziwych kranach.
A i komin na pewno też jest sprawny.

Przed
samą stacją jeszcze nasza słodka Marysia dała popis wyjątkowej sprawności rowerowej
i przywiązania do telefonu...

No znaleźliśmy się na stacji gdzie spędziliśmy ponad godzinę czekając na pociąg.
Zaczęły się więc spacery, pogaduszki, ploty i ploteczki.

Można
też było pofotografować różne mniej lub bardziej ciekawe obiekty...

A jak już nadjechał, to był bardzo fajny: nowy i piętrowy. Tym razem nikt
nam nie "umilał" podróży.

Jeszcze
po drodze, z okna wagonu, pan Jacek dla potomności utrwalił ulotne piękno pogodnego
zachodu słoneczka i już zatrzymaliśmy się na stacji Rakowiec.

Przez
chwilkę czekaliśmy na niektórych rodziców, a inni mogli nawet pojechać do domów
sami. Bo mieli blisko.
Jeszcze ostatnia dzisiejsza fotka i do następnej wycieczki!
Znaleźliśmy
dzisiaj 9 skrytek z przeróżnymi skarbami. Dwie nam umknęły, a jedną celowo ominęliśmy.
Przejechaliśmy
razem równo 33 kilometry.
Przeciętna prędkość w czasie jazdy to coś około 4
kilometrów na godzinę.
Na postojach spędziliśmy ponad cztery godziny...

Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.
