3 kwietnia
2009
LONDYŃSKA WYPRAWA MICHAŁKA


Pobudka (pierwsza) dla Szefuńcia miała miejsce już o godzinie czwartej nad ranem. To wynik pospiesznego ustawiania alarmu esemesowego jeszcze w Warszawie. Tak więc pół godziny biedny Szefuńcio czuwał kasując kolejne alarmowe esemesy w swym telefonie. Potem mógł pospać do szóstej, czyli do właściwej, angielskiej godziny. A wszystko po to, by zdążyć na śniadanie i zbiórkę przed recepcją.

Śniadanie było bardzo fajne i smaczne: Michałek wziął sporą porcję jajecznicy i jeszcze jakieś placki ziemniaczane, a pan Jacek wszystkiego po troszku. Pewnym utrudnieniem był brak soli, ale za to cukier był w trzech odmianach. Na śniadanku pojawiła się też Marysia z mamą. I tu pewna spora nawet przykrość: Marysia była bardzo niedysponowana i miała kłopoty żołądkowe.

Trzeba było po śniadaniu poczekać na swoją kolej do transportu do telewizji. Na szczęście nie za daleko. Jednak pan Jacek mógł pospacerować przed hotelem czterogwiazdkowym Marriott... Po drugiej stronie ulicy jest szkoła, a samochody nadal poruszają się po lewej stronie jezdni. To niebezpieczne!

Po drodze można było już za dnia komentować lewostronny ruch uliczny i podziwiać piętrowe autobusy. Bardzo praktyczne autobusy. Nasze są długie i zajmują dwa razy więcej miejsca na ulicach.

Do siedziby MTV EUROPA dojechało się bardzo szybko i sprawnie, pomimo lewego ruchu na ulicach...

Pan Jacek musiał pozałatwiać różne formalności i przypiąć sobie identyfikator gościa MTV. Za to Michałek dostał kopertę, a w niej 30 funtów na obiad po nagraniach. Z rodzicielskim kieszonkowym miał zatem całkiem ładną fortunkę na różne wydatki.

Po krótkich w zasadzie formalnościach rodzice i opiekunowie zostali rozdzieleni od zawodników. Poszli przygotowywać się i zwiedzać studia telewizyjne. Drużyna Marysi i Michałka miała nagrywać jako druga, a nagranie miało skończyć się o godzinie czternastej. Szefuńcio zaplanował więc krótki spacer po sklepach, przed odjazdem na lotnisko na którym powinni znaleźć się około czternastej.
Mama Marysi i pan Jacek nie zostali wpuszczeni na widownię. Jedynie mogli obserwować wszystko w saloniku. Można też było fotografować, ale tylko z dużego ekranu telewizyjnego. Dla tego też fotki są trochę dziwaczne, ale inaczej być nie mogło.

Najpierw trzeba było powtórzyć wspaniałe wejście naszej ekipy bo prowadzący z nieznanych powodów zapowiedział Marysię i Michałka jako rodzeństwo. Potem już tylko przedstawienie uczestników i przyznanie awataru drużyny: niebieskiego filmowego duszka.

Drużyna przeciwna to Justyna i Magda. W pierwszej kolejności tę samą piosenkę po kolei śpiewali najpierw Magda, a potem nasz Michaś.

Tę konkurencję wygrał Michał zdobywając dla naszej drużyny pierwsze punkty. Wszystko (czystość śpiewu, moc głosu, poczucie rytmu) było mierzone przez komputer. A Szefuńcio był szczęśliwy i dumny z Michałka. Trafił na dobrą piosenkę i pokazał, że praca w GSP nie poszła na marne!

Potem inna już piosenkę śpiewały po kolei Justyna i Marysia. Niestety, dolegliwości żołądkowe Marysi dały o sobie znać i odcisnęły swe piętno na jej popisie. W efekcie nasza drużyna zaczęła tracić punkty. Lecz nie był to jeszcze koniec konkursu i całej fajnej zabawy. Odbyły się więc śpiewy w duetach. Najpierw Michał z Justyną, a potem Marysia z Magdą. Michałek tym razem nie miał szczęścia: nie mógł dopasować odpowiedniej tonacji. Podobnie poszło Marysi śpiewającej z Magdą. Zatem różnica zrobiła się już bardzo wyraźna. Ale i to nie był jeszcze wynik ostateczny! Jeszcze można się było zdać na łut szczęścia!

Ostatnią konkurencją był występ tajemniczego gościa sprowadzonego również z Polski. Gość również miał zaśpiewać piosenkę i musiał zdobyć ściśle określoną ilość punktów. Jednak wygrana lub przegrana mogła znakomicie zaważyć na końcowym wyniku każdej drużyny. Trzeba więc było w drużynie zdecydować: wygra czy przegra ten tajemniczy gość. I jeszcze trzeba było obstawić własne, juz zdobyte punkty. Jeśli drużyna źle obstawi to zaryzykowane punkty się odpisuje. Jeśli zaś by sie dobrze obstawiło, to zaryzykowane punkty mnoży się przez dwa i dodaje do już zdobytych. I tutaj nasz Michałek popełnił ostatni błąd matematyczny. Wiedząc, że wynik jest dla jego ekipy fatalny, powinien zaryzykować zdecydowanie więcej niż 50 punktów. Może nawet wszystko!? I dobrze by zrobił, bo tajemniczy gość nie zaśpiewał najlepiej. Biedna dziewczyna musiała udać się do specjalnej kabiny gdzie została polana kolorową mazią. I to trzy razy, za każdym innym kolorem.

I tak okazja prysła jak bańka mydlana i nasza drużyna musiała udać się pokornie do specjalnej kabiny w wiadomym celu. Dołączył do nich prowadzący, który od początku im kibicował. I szczęśliwy swą rolą maziarz wylał na ich głowy trzy kolejne wiadra ciepłej mazi. Za każdym razem w innym kolorze. Paćkanie rządzi!
Na widowni znajdowały się dzieci z pobliskiej szkoły, takiej więcej podstawowej. Znakomicie się bawiły i dopingowały śpiewających zawodników. Widoczne nawet były małe transparenty. Znalazł się też jeden z wiwatami dla Michałka. Cały program był tak realizowany, jakby w ogóle odbywał się w Polsce, a nie w Anglii. Wszystkie komentarze prowadzącej pary były w naszym języku pięknym i ojczystym. Angielskie dzieci nauczyły się kilku polskich okrzyków (Do mazi! Do mazi) i znakomicie dawały sobie radę z naszym językiem. Działaniami dziecięcej widownie kapitalnie kierował znany prezenter telewizji MTV.

I tak nagrania się zakończyły. Marysia i Michaś czekali na pomoc przy porządkowaniu swych wymaziowanych, ale szczęśliwych i rozbawionych osób. Ze zmyciem kolorowej mazi z ciał nie było żadnego problemu. Jednak z tych nerwów pan Jacek zapaćkane spodnie Michałka wdzięcznym i delikatnym ruchem umieścił w worku z zabrudzonymi ręcznikami. W ten sposób Michałek ma jedną parę spodni mniej.

Nagrania skończyły się przed godziną czternastą. Nici zatem z szybkiego spaceru po najbliższych londyńskich sklepach. Jeszcze tylko szybki obiad za dwa otrzymane talony obiadowe. Posiłek był tak tani, że nic nie trzeba było dopłacać, a jeszcze dobrać po kilka batoników.

Na lotnisku Luton musieliśmy przedreptać wielką halę w wielokrotnie zakręconej kolejce. Przy odprawie panu Jackowi zabrano dezodorant i ostatnią buteleczkę coli. Jednak już w strefie wolnocłowej wszystkie straty zostały wyrównane i uzupełnione. Gdy na ekranie informacyjnym pojawiło się wezwanie do odpowiedniego wejścia obaj panowie ruszyli w wyznaczonym kierunku. Troszkę poczekali na otwarcie bramki i szybko znaleźli najodpowiedniejsze dla siebie miejsce w samolocie.

W powietrznej drodze widać było inne samoloty. Michaś nie musiał wysiadać w locie, by sfotografować swój samolot. Potem juz okazało się, że lot jest nudny. Pan Jacek i Michaś pospali się. Aż wreszcie w dole pojawiło się Zalesie Górne (lub coś koło tego), potem jeszcze Aleja Krakowska z rozwidleniem dróg w Jankach i już lotnisko, lądowanie, przyziemienie i takie te...
Szybkie przejście przez różne kontrole na których nie było żadnych kontrolerów i już widać z daleko rodziców Michałka. Powitania, powitania, szast, prast i po krzyku.
I tak Michałkowa przygoda z się wzięła i zakończyła.
Czy ktoś wie, kiedy będzie emisja tego odcinka?
3 kwietnia
2009

Jeśli na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie ich w celu uzupełnienia tych stron.

Napisz do nas.