
LONDYŃSKA
WYPRAWA MICHAŁKA

Pobudka
(pierwsza) dla Szefuńcia miała miejsce już o godzinie czwartej nad ranem. To wynik
pospiesznego ustawiania alarmu esemesowego jeszcze w Warszawie. Tak więc pół godziny
biedny Szefuńcio czuwał kasując kolejne alarmowe esemesy w swym telefonie. Potem
mógł pospać do szóstej, czyli do właściwej, angielskiej godziny. A wszystko po
to, by zdążyć na śniadanie i zbiórkę przed recepcją.

Śniadanie było bardzo fajne i smaczne: Michałek wziął sporą porcję jajecznicy
i jeszcze jakieś placki ziemniaczane, a pan Jacek wszystkiego po troszku. Pewnym
utrudnieniem był brak soli, ale za to cukier był w trzech odmianach. Na śniadanku
pojawiła się też Marysia z mamą. I tu pewna spora nawet przykrość: Marysia była
bardzo niedysponowana i miała kłopoty żołądkowe.

Trzeba
było po śniadaniu poczekać na swoją kolej do transportu do telewizji. Na szczęście
nie za daleko. Jednak pan Jacek mógł pospacerować przed hotelem czterogwiazdkowym
Marriott... Po drugiej stronie ulicy jest szkoła, a samochody nadal poruszają
się po lewej stronie jezdni. To niebezpieczne!

Po drodze można było już za dnia komentować lewostronny ruch uliczny i podziwiać
piętrowe autobusy. Bardzo praktyczne autobusy. Nasze są długie i zajmują dwa razy
więcej miejsca na ulicach.

Do
siedziby MTV EUROPA dojechało się bardzo szybko i sprawnie, pomimo lewego ruchu
na ulicach...

Pan
Jacek musiał pozałatwiać różne formalności i przypiąć sobie identyfikator gościa
MTV. Za to Michałek dostał kopertę, a w niej 30 funtów na obiad po nagraniach.
Z rodzicielskim kieszonkowym miał zatem całkiem ładną fortunkę na różne wydatki.

Po
krótkich w zasadzie formalnościach rodzice i opiekunowie zostali rozdzieleni od
zawodników. Poszli przygotowywać się i zwiedzać studia telewizyjne. Drużyna Marysi
i Michałka miała nagrywać jako druga, a nagranie miało skończyć się o godzinie
czternastej. Szefuńcio zaplanował więc krótki spacer po sklepach, przed odjazdem
na lotnisko na którym powinni znaleźć się około czternastej.
Mama Marysi i
pan Jacek nie zostali wpuszczeni na widownię. Jedynie mogli obserwować wszystko
w saloniku. Można też było fotografować, ale tylko z dużego ekranu telewizyjnego.
Dla tego też fotki są trochę dziwaczne, ale inaczej być nie mogło.

Najpierw
trzeba było powtórzyć wspaniałe wejście naszej ekipy bo prowadzący z nieznanych
powodów zapowiedział Marysię i Michałka jako rodzeństwo. Potem już tylko przedstawienie
uczestników i przyznanie awataru drużyny: niebieskiego filmowego duszka.

Drużyna
przeciwna to Justyna i Magda. W pierwszej kolejności tę samą piosenkę po kolei
śpiewali najpierw Magda, a potem nasz Michaś.

Tę
konkurencję wygrał Michał zdobywając dla naszej drużyny pierwsze punkty. Wszystko
(czystość śpiewu, moc głosu, poczucie rytmu) było mierzone przez komputer. A Szefuńcio
był szczęśliwy i dumny z Michałka. Trafił na dobrą piosenkę i pokazał, że praca
w GSP nie poszła na marne!

Potem
inna już piosenkę śpiewały po kolei Justyna i Marysia. Niestety, dolegliwości
żołądkowe Marysi dały o sobie znać i odcisnęły swe piętno na jej popisie. W efekcie
nasza drużyna zaczęła tracić punkty. Lecz nie był to jeszcze koniec konkursu i
całej fajnej zabawy. Odbyły się więc śpiewy w duetach. Najpierw Michał z Justyną,
a potem Marysia z Magdą. Michałek tym razem nie miał szczęścia: nie mógł dopasować
odpowiedniej tonacji. Podobnie poszło Marysi śpiewającej z Magdą. Zatem różnica
zrobiła się już bardzo wyraźna. Ale i to nie był jeszcze wynik ostateczny! Jeszcze
można się było zdać na łut szczęścia!

Ostatnią
konkurencją był występ tajemniczego gościa sprowadzonego również z Polski. Gość
również miał zaśpiewać piosenkę i musiał zdobyć ściśle określoną ilość punktów.
Jednak wygrana lub przegrana mogła znakomicie zaważyć na końcowym wyniku każdej
drużyny. Trzeba więc było w drużynie zdecydować: wygra czy przegra ten tajemniczy
gość. I jeszcze trzeba było obstawić własne, juz zdobyte punkty. Jeśli drużyna
źle obstawi to zaryzykowane punkty się odpisuje. Jeśli zaś by sie dobrze obstawiło,
to zaryzykowane punkty mnoży się przez dwa i dodaje do już zdobytych. I tutaj
nasz Michałek popełnił ostatni błąd matematyczny. Wiedząc, że wynik jest dla jego
ekipy fatalny, powinien zaryzykować zdecydowanie więcej niż 50 punktów. Może nawet
wszystko!? I dobrze by zrobił, bo tajemniczy gość nie zaśpiewał najlepiej. Biedna
dziewczyna musiała udać się do specjalnej kabiny gdzie została polana kolorową
mazią. I to trzy razy, za każdym innym kolorem.

I
tak okazja prysła jak bańka mydlana i nasza drużyna musiała udać się pokornie
do specjalnej kabiny w wiadomym celu. Dołączył do nich prowadzący, który od początku
im kibicował. I szczęśliwy swą rolą maziarz wylał na ich głowy trzy kolejne wiadra
ciepłej mazi. Za każdym razem w innym kolorze. Paćkanie rządzi!
Na widowni
znajdowały się dzieci z pobliskiej szkoły, takiej więcej podstawowej. Znakomicie
się bawiły i dopingowały śpiewających zawodników. Widoczne nawet były małe transparenty.
Znalazł się też jeden z wiwatami dla Michałka. Cały program był tak realizowany,
jakby w ogóle odbywał się w Polsce, a nie w Anglii. Wszystkie komentarze prowadzącej
pary były w naszym języku pięknym i ojczystym. Angielskie dzieci nauczyły się
kilku polskich okrzyków (Do mazi! Do mazi) i znakomicie dawały sobie radę z naszym
językiem. Działaniami dziecięcej widownie kapitalnie kierował znany prezenter
telewizji MTV.

I
tak nagrania się zakończyły. Marysia i Michaś czekali na pomoc przy porządkowaniu
swych wymaziowanych, ale szczęśliwych i rozbawionych osób. Ze zmyciem kolorowej
mazi z ciał nie było żadnego problemu. Jednak z tych nerwów pan Jacek zapaćkane
spodnie Michałka wdzięcznym i delikatnym ruchem umieścił w worku z zabrudzonymi
ręcznikami. W ten sposób Michałek ma jedną parę spodni mniej.

Nagrania
skończyły się przed godziną czternastą. Nici zatem z szybkiego spaceru po najbliższych
londyńskich sklepach. Jeszcze tylko szybki obiad za dwa otrzymane talony obiadowe.
Posiłek był tak tani, że nic nie trzeba było dopłacać, a jeszcze dobrać po kilka
batoników.

Na
lotnisku Luton musieliśmy przedreptać wielką halę w wielokrotnie zakręconej kolejce.
Przy odprawie panu Jackowi zabrano dezodorant i ostatnią buteleczkę coli. Jednak
już w strefie wolnocłowej wszystkie straty zostały wyrównane i uzupełnione. Gdy
na ekranie informacyjnym pojawiło się wezwanie do odpowiedniego wejścia obaj panowie
ruszyli w wyznaczonym kierunku. Troszkę poczekali na otwarcie bramki i szybko
znaleźli najodpowiedniejsze dla siebie miejsce w samolocie.
W powietrznej drodze widać było inne samoloty. Michaś nie musiał wysiadać
w locie, by sfotografować swój samolot. Potem juz okazało się, że lot jest nudny.
Pan Jacek i Michaś pospali się. Aż wreszcie w dole pojawiło się Zalesie Górne
(lub coś koło tego), potem jeszcze Aleja Krakowska z rozwidleniem dróg w Jankach
i już lotnisko, lądowanie, przyziemienie i takie te...
Szybkie przejście przez
różne kontrole na których nie było żadnych kontrolerów i już widać z daleko rodziców
Michałka. Powitania, powitania, szast, prast i po krzyku.
I tak Michałkowa
przygoda z
się wzięła i zakończyła.
Czy ktoś wie, kiedy będzie emisja tego odcinka?
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.
