
LONDYŃSKA
WYPRAWA MICHAŁKA

Michałkowa przygoda londyńska
zaczęła się, kiedy to został (jako jedyny z "Gongu" zakwalifikowany
do udziału w nowym programie STARAOKE, kanału telewizyjnego CARTON NETWORK. Było
trochę czasu na przygotowanie się do finału, jednak najpiękniejsze było to, że
nagrania miały odbyć się w Londynie, do którego trzeba by lecieć samolotem. I
tak samo wracać! Ale do samego wyjazdu (fundowanego w całości przez organizatorów)
było jeszcze kilka prób z przydzieloną Michałkowi partnerką o wdzięcznym imieniu
Marysia. Marysia okazała się tak samo wdzięczna jak jej imię. Jak to w przypadku
wszystkich Maryś.
Aż wreszcie nadeszła właściwa data i o umówionej godzinie 16:00 można było
spotkać się na warszawskim lotnisku Fryderyka Chopina, czyli na Okęciu. Michałka
odprowadzała jego mama, a pana Jacka odprowadzały wspomnienia. Tylko nie wiadomo
czyje.

Oczekiwanie
na możliwość wejścia do samolotu Michałek i pan Jacek poświęcili na rozpamiętywanie
przebytej kontroli. Michałkowi skonfiskowano dezodorant, choć pan Jacek miał większy.
A panu Jackowi chciano zabrać colę, ale szybko razem z Michałkiem ją wypili. Druga
butelka coli jakoś przeszła przez kontrolę. Ponadto można było pofotografować
to i owo, jak to na lotnisku.

Zaraz
też nadeszły Marysia ze swą mamą i po krótkiej rozmowie wszyscy wsiedli do samolotu
i zajęli z góry przypisane miejsca. Jednak sam odlot sporo się opóźnił, bo maszyna
nie została na czas przygotowana do lotu.

Michałek
pierwszy raz leciał samolotem, więc wszystko go interesowało. Od wysokości lotu,
przez temperaturę na zewnątrz, po wszystko co widać za maleńkim okienkiem w kabinie.
Pan Jacek liczył, o której godzinie będzie w hotelu i wyszło mu, że po godzinie
jedenastej, czyli po 23:00. Czyli że nici z nawet krótkiego spacerku kilkoma uliczkami
przy hotelu.

Dopiero
po wylądowaniu Michałek mógł poznać innych uczestników jutrzejszych nagrań. Powoli
też, w miarę rozmów, wszyscy zaczęli rozumieć całą imprezę. W jutrzejszych nagraniach
ma uczestniczyć sześć dwuosobowych drużyn (timy), po dwie drużyny na jeden nagrywany
program. Te dwie drużyny mają między sobą ostro rywalizować na śpiewanie. Ale
to dopiero jutro. Tym czasem czekał na wszystkich specjalny posłaniec z plakacikiem
imprezy który poprowadził wszystkich do autobusu. W gwarze i tłoku lotniska Heathrow
szybko poprowadził całą gromadkę dzieci z rodzicami. Za szybko, bo zaraz zniknął
skręciwszy niepostrzeżenie w bok, gdy tym czasem część spokojnie maszerowała dalej,
już bez przewodnika. Po krótkiej naradzie i sprzecznych pomysłach postanowiono
wrócić troszkę i zaraz przewodnik się odnalazł. Zapakowano wszystkich i wszystko
do busa i w drogę do hotelu.
Droga do hotelu trwała koło jednej godziny, więc Michałek przysnął, co nikogo
dziwić nie powinno. Jadąc oczywiście lewą stroną kolejnych ulic dojechaliśmy do
londyńskiego czterogwiazdkowego hotelu Marriott, gdzie w recepcji dostaliśmy kartę
otwierającą drzwi pokoju i inne powitalne drobiazgi. Sporo trzeba było się nagłowić
nad otwarciem zaczarowanych wrót, bo karta nijak nie chciała zadziałać. I Michał
i pan Jacek wkładali kartę w odpowiednią szczelinę, a drzwi nie chciały ustąpić.
Dopiero gdy Szefuńcio szybko kartę włożył i zaraz wyjął z tej szczelinki, drzwi
nareszcie ustąpiły. Pokój dwuosobowy zawierał w sobie dwa wielkie łoża małżeńskie,
że można by na nich spać w poprzek i zapewne nic by nie wystawało. W łazience
zepsuty był kran z zimną wodą, więc można było wykąpać się tylko na gorąco. A
potem to już tylko spać, bo koło północy już jeść się nie chciało. Tylko pan Jacek
poustawiał jeszcze budzenie w kilku budzikach, by rano zdążyć na śniadanie i na
zbiórkę.
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.
