PIĄTA
WIOSENNA WYPRAWA TURBACZOWA
Piątek, dzień trzeci.
Złośliwa i podstępna kadra
zrobiła nam pobudkę o godzinie szóstej! Co za czarna niewdzięczność. Podobno
z powodu że dzisiaj sporo kilometrów do przejścia... A już o siódmej śniadanie...
Pogoda na cały dzień zapowiadała się zimna, więc ciepłe ciuszki się przydały.
Szczyty dookoła tonęły w chmurach, a pewnie i Luboń mało widoczny z dolin.




Z pewnymi kłopotami i ociąganiem, jednak wszystkim udało się wstać. I najprawdopodobniej,
po myciu, mogliśmy udać się na śniadanie.



Nikt sobie nie żałował jedzenia, bo w zasadzie to nie było wiadomo, kiedy w
ogóle będzie obiad. A apetyty i tak wszystkim dopisywały!

Aż wreszcie Szefuńcio uczynił wymowny znak, że niby już czas na nas, na wymarsz.
Zatem wymaszerowaliśmy.




Początkowo droga zejściowa wydawała się łatwa i prosta...



Aż trudności zaczęły się przed nami piętrzyć. Małe, średnie i wielkie kamienie,
powalone pnie i wielkie kłody. Bardzo fajne zejście. Dobrze, że nie usieliśmy
tędy wczoraj wchodzić. Ten północny czerwony szlak był zdecydowanie łatwiejszy
od żółtego, dzisiejszego. A poniższe fotki niech opowiedzą same, jakie trudności
pokonaliśmy.






Wreszcie najtrudniejszy odcinek trasy zejściowej pozostał za nami. Na polance
mogliśmy odsapnąć na pierwszym dzisiejszym popasie i zająć się wytężonym podziwianiem
wędrującego wśród liści nagiego ślimaka. Bezwstydny, skorupkę zostawił w domu...


Trasa dalej biegła sobie w dół i w dół, do kolejnego popasu...



Wszystkim zrobiło się ciepło, więc trzeba było dokonać pewnych korekt w ubiorach.
Jak zapewne każdy się prawidłowo spodziewa, po popasie ruszyliśmy dalej... W
dół... Po drodze, jakby niechcący przeszliśmy przez kawałek Rabki Zaryte. Tam
postój był tyci, bo na przystanku PKS-u nie było ławeczek i nie było gdzie przysiąść
czy nawet postawić plecaka.



Marcelinka zaglądała w obiektyw i wypatrzyła kolejny postój pod opieką przydrożnej
kapliczki...


I tak dotarliśmy do miłej miejscowości Olszówka. Koło przystanku autobusowego
był sklepik. A dobry sklepik, to zaatakowany sklepik. Więc zaatakowaliśmy i
zdobyliśmy. Za gotówkę. Natomiast nasz wspaniały, niezastąpiony Szefuńcio też
zaatakował i też zdobył... Mały transport dla nas. Niby tylko kilka kilometrów
w górę, ale zawsze! Jednak fakt, że i tak wszystkim wydawało się, że jada małą
przyczepką po tarcicy była bardzo krótka. Bo ledwie zaczęliśmy się cieszyć,
a już była granica Gorczańskiego Parku Narodowego i koniec jazdy. Ale co nasze,
to nasze. I tylko za trzydzieści złociszów! Dojechaliśmy do miejsca zwanego
Do Kusiaków.








Tutaj znowu był popas. A dokładniej to dokończenie popasu zaczętego na przystanku
PKS-u w Olszówce. A przed nami zaczęły roztaczać się coraz piękniejsze widoki.
Ruszyliśmy więc granicą Parku Narodowego, małymi drużkami i duktami, by skrócić
drogę do Starych Wierchów. Pan Jacek miał mapę i urządzenie GPS, więc prowadził
śmiało i pewnie.






Wytrwale dreptaliśmy coraz to węższym korytem wartko płynącego strumienia, aż
dotarliśmy do miejsca kolejnego krótkiego odpoczynku.

Przed nami był już tylko mały kawałek do samego schroniska na Starych Wierchach,
a tam zapewne... Obiadek...

I faktycznie, wyszliśmy z lasów wprost na szlak prowadzący do schroniska, a
tam obiadek...



Tym razem wszyscy, absolutnie wszyscy, stali się smakoszami i ekspertami od
żurku z kiełbaską i jajkiem! Smakowało wszystkim, nikt nie kaprysił, nikt nie
narzekał, humory cały czas wspaniałe! Tylko pan Jacek zaczął się martwić, bo
policzył sobie godziny dojścia do Turbacza i wyszło mu, że dojdziemy tam około
godziny dziesiątej. W nocy.

Monika już nawet się zaofiarowała z masarzem, ale wiele to nie pomogło. Trzeba
było sie zbierać... Na resztkę wypoczynku mieliśmy tyle czasu, co wszystkie
formalności związane z płaceniem za obiad.


Jednak twardo ruszyliśmy w drogę, bo przed nami ostatnie trzy godziny marszu
na Turbacz...


Po drodze zahaczyliśmy o znaną już prawie wszystkim starą kolibę, czyli Chatka
Puchatka - jak ją nazwaliśmy przy poprzednich wyprawach. Tam mieliśmy już ostatni
popas. Już robiło się lekko szarawo. Jednak Staś musiał się jeszcze popisać
wspinaczką na belkę.


Ostatni odcinek przebyliśmy w szybko zapadających ciemnościach. Dla większego
bezpieczeństwa prowadził Staś, a ostatni szedł pan Jacek, by nikogo nie zostawić
przez omyłkę na drodze. Jednak najtrudniejszy odcinek był przy samym schronisku,
gdzie szlak ostro skręca w prawo i zaczyna się nie za ostre podejście pod sam
szczyt Turbacza, a od niego do schroniska. Właśnie ten krótki odcinek do samego
szczytu wiódł przez stary wiatrołom. Po ciemku więc trzeba było ostrożnie stawiać
każdy krok, by nie nadziać się na jakąś gałąź czy konar. Drogę utrudniał dodatkowo
najprawdziwszy śnieg, w który co chwilka ktoś się zapadał po same kostki...


Nie przeszkodziło to jednak dostrzec w tych ciemnościach ślicznych, kwitnących
krokusów. Pierwszy do schroniska dotarł Staś z pierwszą grupką. Zaraz za nim
pojawił się Szefuńcio z resztą. I tak wszyscy dotarliśmy na miejsce zgodnie
z wyliczeniami pana Jacka. Niestety, bar był już zamknięty, ale w plecaku Szefuńcia
były wspaniałe PRINCESSY i coca-cola, nie wspominając o herbacie z termosu jeszcze
z Lubonia Wielkiego! Każdy dostał po łyku i do mycia, a potem spać, spać, spać!

Poniższy diagram pokazuje całą naszą drogę z Lubonia Wielkiego na Turbacz, wzdłuż,
wniż i wzwyż...
Na dobranoc Szefuńcio zarządził, że nie zarządza jutro pobudki.
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.