1 maja
2008
PIĄTA WIOSENNA WYPRAWA TURBACZOWA
Czwartek, dzień drugi.


Tak zaraz po północy kadrowa niezastąpiona i wspaniała Olcia zdobyła dla Szefuńcia kawałek miejsca siedzącego, cały czas w tym pierwszoklaśnym korytarzu. I Szefuńcio był jej niepomiernie wdzięczny. A to wszystko dla tego, że Monisia i Zosia spały smacznie na jednym miejscu w przedziale. Też pierwszej klasy.


No i tak jakoś pokonywaliśmy kolejne kolejowe odcinki zaplanowanej drogi. Gdy już zaczęliśmy zbliżać się do naszej stacji docelowej, telefonicznie zgłosił się bardzo solidny kierowca z mikrobusem. Rada w radę zaproponował nam, żebyśmy wysiedli w Chabówce, a nie w Nowym Targu. To o ponad pół godziny wcześniej! Tak też zrobiliśmy i sympatyczny kierowca mercedesa już na nas czekał w tej Chabówce. Razem z nami z zabarykadowanego wagonu wysiadły "sympatyczne " osoby ze swymi bezcennymi rowerami... My zaś zapakowaliśmy się sprawnie i ruszyliśmy w drogę na Przełęcz Glinne w wiosce Glisne. Tam zaczynał się nasz szlak czerwony prowadzący na sam szczyt Lubonia Wielkiego. A pogoda wspaniała!

Dla kadrowej Olci była to świetna okazja do cyfrowego utrwalania mijanych widoków, widoczków oraz twarzy i twarzyczek rozlicznych.


Nie od razu udało nam się trafić boczną drogą na samą przełęcz Glinne. Prosiliśmy więc jedną tutejszą panią o pomoc i w zasadzie to zaraz dojechaliśmy na miejsce.



Zanim ruszyliśmy w trasę czerwonym szlakiem, zrobiliśmy sobie mały śniadaniowy popas i przygotowaliśmy wszystko do marszu: buty, kilki, aparacik GPS i parę innych...



Droga na szczyt (1023 mnpm) jest w zasadzie krótka. Początek bardzo równy, ale po niejakim czasie zrobiło się bardzo stromo i ostro. Jednak całą trasę pokonaliśmy spokojnie. I z kilkoma postojami dotarliśmy na miejsce jeszcze przed godziną trzynastą!










Na jednym z postojów doszło do drastycznych nieporozumień w łonie wyprawowej kadry... Cóż, dali sobie po razie i było w porządku! Czyli śmiesznie. Bo nasza kadra udawała specjalnie dla dyżurnego fotografa...

I tak sobie doszliśmy na Luboń Wielki. A poniższy diagram przedstawia całą naszą trasę wzdłuż i wzwyż, od samej Chabówki aż na sam Luboń. Ten Wielki wielki...





Nie spodziewano nas się tak szybko i nie mogliśmy od razu zająć naszego wspaniałego pokoju z widokiem na cztery strony świata, na szczycie schroniskowej wieży. Zatem zajęliśmy się obiadem na który było wszystko, co każdy sobie zażyczył, pod warunkiem, że był to żurek z kiełbaską i jajkiem oraz smażona kiełabska, nie wspominając o herbacie, gorącej i słodkiej herbacie, z cytrynką.


Po obiedzie mogliśmy zająć nasz pokój i przygotować sobie spanie. Był też czas na podumanie nad rozmaitymi sprawami... Pan Jacek popracował sobie troszkę na komputerze i z radości (nad ściągniętymi z aparatu fotkami) podśpiewywał sobie na góralską nutę wprowadzając w ten sposób spore zamieszanie piętro niżej, w kawiarence schroniska. Podobno zaczęto się tam zastanawiać, czy nasz Szefuńcio to prawdziwy góral, czy malowany... Czy jeszcze zaśpiewa coś, czy też nie. A pan Jacek śpiewał tylko od czasu do czasu... Ale za to śpiewał potężnie.



Potem, w uznaniu zasług wspinaczkowych, Szefuńcio odznaczył wszystkich specjalnym medalem! Szefuńcio też dostał...






Ponieważ jutro mamy wstać bardzo rano, więc dzisiaj mieliśmy zasnąć wcześnie. Jednak różnym zabawnym rozmówkom nie było (prawie) końca. Były też żarty i dowcipy... Na przykład, Michałek przysnął sobie kapkę, a jak się obudził, dał sobie wmówić, że już jest następny dzień i trzeba się myć, pakować i maszerować na Turbacz. Poszukał więc przyborów do mycia i zaczął się wypytywać o umiejscowienie natrysków... Bardzo był zdziwiony, gdy okazało się, że dał się nam wszystkim wkręcić... Oczywiście, autorem pomysłu wkręcenia był wstrętny i okropny pan Jacek, ale potem pokazał Michałkowi w Pamiętniku Gongowym, jak to kiedyś podobnie wkręcił Martę Olę! i Stasia gdy ci przyszli do Szefuńcia z pewną "bardzo ważną osobistą sprawą" Działo się to przed laty, na Letnich Warsztatach Artystycznych w Chorwacji, w Novim Vinodolskim... I jak wtedy, tak i dzisiaj, wszyscy śmiali się z tamtego i dzisiejszego wkręcenia. Przyjdzie czas, że i Michałek zacznie wkręcać i będzie się śmiał do łez z kolejnych nieszczęsnych ofiar...
Potem chcieliśmy jeszcze troszkę pospacerować po okolicy szczytowej, ale nie dało się...



Jednak jak nie kombinować, koło godziny dwudziestej prawie wszyscy już spali, pochrapywali, a nawet pośpiewywali przez sen.


Tymczasem na szczyt Lubonia opadła gęsta chmura. Deszcz nie padał, ale cały świat zniknął...

No, a potem to jeszcze tylko szybka kąpiel, bajka i piosenka na dobranoc i spatuni.
1 maja
2008

Jeśli na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie ich w celu uzupełnienia tych stron.

Napisz do nas.