PIĄTA
WIOSENNA WYPRAWA TURBACZOWA
Czwartek, dzień drugi.
Tak zaraz po północy kadrowa
niezastąpiona i wspaniała Olcia zdobyła dla Szefuńcia kawałek miejsca siedzącego,
cały czas w tym pierwszoklaśnym korytarzu. I Szefuńcio był jej niepomiernie
wdzięczny. A to wszystko dla tego, że Monisia i Zosia spały smacznie na jednym
miejscu w przedziale. Też pierwszej klasy.


No i tak jakoś pokonywaliśmy kolejne kolejowe odcinki zaplanowanej drogi. Gdy
już zaczęliśmy zbliżać się do naszej stacji docelowej, telefonicznie zgłosił
się bardzo solidny kierowca z mikrobusem. Rada w radę zaproponował nam, żebyśmy
wysiedli w Chabówce, a nie w Nowym Targu. To o ponad pół godziny wcześniej!
Tak też zrobiliśmy i sympatyczny kierowca mercedesa już na nas czekał w tej
Chabówce. Razem z nami z zabarykadowanego wagonu wysiadły "sympatyczne
" osoby ze swymi bezcennymi rowerami... My zaś zapakowaliśmy się sprawnie
i ruszyliśmy w drogę na Przełęcz Glinne w wiosce Glisne. Tam zaczynał się nasz
szlak czerwony prowadzący na sam szczyt Lubonia Wielkiego. A pogoda wspaniała!

Dla kadrowej Olci była to świetna okazja do cyfrowego utrwalania mijanych widoków,
widoczków oraz twarzy i twarzyczek rozlicznych.


Nie od razu udało nam się trafić boczną drogą na samą przełęcz Glinne. Prosiliśmy
więc jedną tutejszą panią o pomoc i w zasadzie to zaraz dojechaliśmy na miejsce.


Zanim ruszyliśmy w trasę czerwonym szlakiem, zrobiliśmy sobie mały śniadaniowy
popas i przygotowaliśmy wszystko do marszu: buty, kilki, aparacik GPS i parę
innych...



Droga na szczyt (1023 mnpm) jest w zasadzie krótka. Początek bardzo równy, ale
po niejakim czasie zrobiło się bardzo stromo i ostro. Jednak całą trasę pokonaliśmy
spokojnie. I z kilkoma postojami dotarliśmy na miejsce jeszcze przed godziną
trzynastą!










Na jednym z postojów doszło do drastycznych nieporozumień w łonie wyprawowej
kadry... Cóż, dali sobie po razie i było w porządku! Czyli śmiesznie. Bo nasza
kadra udawała specjalnie dla dyżurnego fotografa...

I tak sobie doszliśmy na Luboń Wielki. A poniższy diagram przedstawia całą naszą
trasę wzdłuż i wzwyż, od samej Chabówki aż na sam Luboń. Ten Wielki wielki...





Nie spodziewano nas się tak szybko i nie mogliśmy od razu zająć naszego wspaniałego
pokoju z widokiem na cztery strony świata, na szczycie schroniskowej wieży.
Zatem zajęliśmy się obiadem na który było wszystko, co każdy sobie zażyczył,
pod warunkiem, że był to żurek z kiełbaską i jajkiem oraz smażona kiełabska,
nie wspominając o herbacie, gorącej i słodkiej herbacie, z cytrynką.


Po obiedzie mogliśmy zająć nasz pokój i przygotować sobie spanie. Był też czas
na podumanie nad rozmaitymi sprawami... Pan Jacek popracował sobie troszkę na
komputerze i z radości (nad ściągniętymi z aparatu fotkami) podśpiewywał sobie
na góralską nutę wprowadzając w ten sposób spore zamieszanie piętro niżej, w
kawiarence schroniska. Podobno zaczęto się tam zastanawiać, czy nasz Szefuńcio
to prawdziwy góral, czy malowany... Czy jeszcze zaśpiewa coś, czy też nie. A
pan Jacek śpiewał tylko od czasu do czasu... Ale za to śpiewał potężnie.



Potem, w uznaniu zasług wspinaczkowych, Szefuńcio odznaczył wszystkich specjalnym
medalem! Szefuńcio też dostał...






Ponieważ jutro mamy wstać bardzo rano, więc dzisiaj mieliśmy zasnąć wcześnie.
Jednak różnym zabawnym rozmówkom nie było (prawie) końca. Były też żarty i dowcipy...
Na przykład, Michałek przysnął sobie kapkę, a jak się obudził, dał sobie wmówić,
że już jest następny dzień i trzeba się myć, pakować i maszerować na Turbacz.
Poszukał więc przyborów do mycia i zaczął się wypytywać o umiejscowienie natrysków...
Bardzo był zdziwiony, gdy okazało się, że dał się nam wszystkim wkręcić... Oczywiście,
autorem pomysłu wkręcenia był wstrętny i okropny pan Jacek, ale potem pokazał
Michałkowi w Pamiętniku Gongowym, jak to kiedyś podobnie wkręcił Martę Olę!
i Stasia gdy ci przyszli do Szefuńcia z pewną "bardzo ważną osobistą sprawą"
Działo się to przed laty, na Letnich Warsztatach Artystycznych w Chorwacji,
w Novim Vinodolskim... I jak wtedy, tak i dzisiaj, wszyscy śmiali się z tamtego
i dzisiejszego wkręcenia. Przyjdzie czas, że i Michałek zacznie wkręcać i będzie
się śmiał do łez z kolejnych nieszczęsnych ofiar...
Potem chcieliśmy jeszcze troszkę pospacerować po okolicy szczytowej, ale nie
dało się...



Jednak jak nie kombinować, koło godziny dwudziestej prawie wszyscy już spali,
pochrapywali, a nawet pośpiewywali przez sen.


Tymczasem na szczyt Lubonia opadła gęsta chmura. Deszcz nie padał, ale cały
świat zniknął...
No, a potem to jeszcze tylko szybka kąpiel, bajka i piosenka na dobranoc i spatuni.
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.