|
|
29
kwietnia
2006
|
|
III
WIOSENNA WYPRAWA NA TURBACZ
Dzień drugi, sobota.
Od samej
północy w dalszym ciagu jechaliśmy sobie pociagiem pośpiesznym relacji stąd
do tamtąd...

W zasadzie było bardzo sympatycznie i wesoło... Tylko na korytarzu panował ścisk
niesamowity i potworny...

Wreszcie, po jakimś kolejnym przystanku, do pociągu dosiadło się jeszcze więcej
ludzi i wszyscy (jedenaście osób) znaleźliśmy się w jednym przedziale. W dalszym
ciagu było miło i sympatycznie, a niekiedy nawet zbyt przytulnie...

I w taki oto sposób znaleźliśmy się niespodziewanie w samym Nowym Targu.

Zaraz też przygotowaliśmy się do marszu, bo w wyniku dyskusji, doszliśmy do
zgodnego wniosku, że jak zjemy teraz dobre śniadanie w tym Nowym Targu, to po
nieprzespanej wszakże nocy, już nigdzie dalej nie pójdziemy...

Pan Jacek znalazł przy dworcu jakiegoś mikrobusińskiego pojazda i pojazdem tym
szumnie pojechaliśmy przez cały Nowy Targ, do osiedla Kowaniec, na samo miejsce
startu trasy rajdowej naszej, czyli trafił na nas szlak którym mieliśmy trafić
na Turbacz na którym jest schronisko w którym mieliśmy coś jeszcze dzisiaj zjeść
i ewentualnie przespać się...

Pierwszy postój zarządzony został w okolicy Dziubasówek. Kawa, herbata, napoje...

Julka już zaczęła trenować pogodne spojrzenia na Turbacz (i okolice) przez sławne,
różowe okulary (stanowiące integralną własność Olci).


Zaraz, gdy wyruszyliśmy radośni i "wypoczęci" na następny odcinek zaplanowanej
drogi, zza zakrętu wyłonił się niespodziewanie pojazd czterokołowy z napędem
na cztery koła, gnający z rykiem silnika szlakiem pod górkę, czyli w odpowiednią
dla nas stronę. Pojazd ten był (i zapewne w dalszym ciągu jeszcze jest) własnością
samego kierownika i właściciela schroniska na Turbaczu. Szefuńcio nasz z wrodzonym
wdziękiem zamachał szefowską dłonią i pojazd zatrzymał się. Bez zbędnych ceregieli
okazało się, że pan kierownik pamięta naszą skromniejszą gongową ekipkę jeszcze
z II Zimowej Wyprawy na Turbacz, ze stycznia bieżącego roku... I z radością
zaproponował podwiezienie naszych plecaków gdzieś wyżej...

Szybko więc zapakowaliśmy swe graty do pojadu terenowego i mieliśmy je odebrać
"tam dalej, po lewo"... Z naszymi plecakami pojechał Staś jako sprytniejszy
i starszy... Pan schroniskowy od razu nadał mu nowe imię: Młody... Więc Młody
pojechał z naszymi bambetlami i z naszymi prowiantami... Tak było...

Dalej poszliśmy więc wesoło i lekko, bo bez tych ciężarów na plecach...
Po drodze zaczęły się tu i ówdzie pojawiać coraz rozleglejsze płachcie jeszcze
zimowego śniegu...
I kilka osób zostało tym niesamowicie zaskoczonych... Bo i po co śnieg w kwietniu?

Nie licząc śniegu napotkaliśmy kwiatowe oznaki nadciągającej nieubłaganie wiosny
w coraz liczniejszych kwiatkach zwanych powszechnie krokusami, a podobno widziane
były w okolicy nawet przebiśniegi...

Nie będzie dla nikogo zaskakującą informacją, że po każdym kolejnym przystanku,
trzeba było maszerować dalej, bo ten tam Turbacz wcale nie chciał przyjść do
nas... No to szliśmy i szliśmy...

W niektórych miejscach śniegi były jeszcze tak głębokie, że brak ostrożności
często skutkował zapadaniem się głęboko w złośliwe zaspy...

Dotarliśmy wreszcie do Kaplicy Papieskiej... Wcześniej zabraliśmy nasze plecaki
z owego górskiego pojazdu czterokołowego (z napędem na cztery koła) stojącego
faktycznie "po lewo", tam w górze. Zabraliśmy też Młodego, czyli Stasia...


Z Kaplicy Papieskiej już tylko drobna, mała godzinka, i już jednak wyszedł nam
na przeciw sam szczyt Turbacza wraz ze schroniskiem...
Szefuńcio szybko pozałatwiał niezbędne formalności i udaliśmy się do wyznaczonego
i zarezerwowanego dla nas pokoju nr 6 na piętrze...

Szybko poprzebieraliśmy się w suche skarpetki, umyliśmy rączki i poszliśmy na
kolację. Każdy zamawiał co chciał, a pan Jacek płacił...

Po kolacji generalne mycie, natrytski i takie te (takie tam inne)...

I okazało się, że jest jeszcze sporo czasu i energii by obejrzeć film (EPOKA
LODOWCOWA II) na gościnnym łóżku pana Jacka. Na łóżku Młodego Stasia spał Staś.
Ktoś tam sobie czytał i słuchał muzyki, aż wreszcie film sie skończył i około
dwudziestej (pietnaście - jak zeznała dokładna i precyzyjna Martusia) Szefuńcio
zgasił światło i powiedział "Dobranoc"... Odpowiedziała mu już tylko jedna osoba...
I tak pierwszy prawdziwy dzień naszego turbaczowania zakończył się. Przed naszym
pokojem, na podłodze spało pokotem kilkadziesiąt osób w swych śpiworach...
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.