23 stycznia
2006
Dzień drugi.
DRUGA ZIMOWA WYPRAWA NA TURBACZ


Do Częstochowy dojechaliśmy już w zasadzie bez problemów. Tylko to opóźnienie... Ale na miejscu okazało się, że kolejny pociąg, ten do Nowego Targu też jest opóźniony. Najpier jakieś 40 minut. Potem na elektronicznej tablicy informacyjnej pojawiła się informacja o opóznieniu 100 minut...


Po kolejnej godzinie oczekiwania wszyscy zaczęli lekko fiksować. Pan Jacek trenował wytrwale wszelkie możliwe konfiguracje ocieplające i zabezpieczajace na własną głowę: jedna podwójna wełniana czapka na specjalny kapturek zakładany bezpośrednio na głowę. Na to bandamka skutecznie zasłaniająca usta przed wiatrem. Na to te dwie wspomniane czapki. W ostateczności w odwodzie przy kurtce jest jeszcze schowany i zrolowany kaptur kurtkowy. Będzie dobrze...
Gdy na elektronicznej tablicy informacyjnej ukazała się szokująca informacja, że pociąg do Nowego Targu ma już 240 minut opóźnienia, pan Jacek postanowił coś z tym zrobić. Najpierw zamierzał napisać dla PKP nowy rozkład jazdy. Gdy to ambitne zadanie przerosło jego artystyczne możliwości, zaczął pertraktacje z bileterkami i informatorkami kolejowymi. Po pewnym czasie osiągnął ten wynik, że dowiedział się, że do Krakowa zaraz będzie inny zupełnie pociąg, zupełnie osobowy. Z Krakowa jakoby ma być więcej możliwości normalnego dojazdu do Nowego Targu...
Nawet zaistniał na krótki czas pewien dramatyczny pomysł, by do Nowego Targu dostać się PKS-em, ale na dworcu tegoż nie szło z nikim się dogadać, więc panowie kadrowi wrócili wśród zawieji do dworca kolejowego i udaliśmy się do Krakowa.


No i pociąg nadjechał i odjechał z nami na pokładzie. Było jednak bardzo zimno, bo gdzieś tam jakieś drzwi się zacięły, zamarzły i nie chciały się zamknąć. Pomimo tych niedogodności nawet można było kapkę się przespać...
W Krakowie byliśmy bardzo krótko.
Nie zdążyliśmy ani na Wawel, ani do smoka wawelskiego, bo zaraz po naszym przyjeździe nadjechał ten opóźniony pociąg, na który czekaliśmy w Częstochowie. Dogonił nas w Krakowie, ale z 300 minutowym opóźnieniem.

Co tam opóźnienie, nawet 300 minut. Było ciepło, do dyspozycji mieliśmy dwa przedziały i każdy spał, na ile mu pozwolono. Panu Jackowi Ola Krupa nie pozwoliła spać, bo zaczął chrapać i ona z tego się śmiała (razem z Karolinką) i Szefuncio się obudził...
I tak wśród żartów i facecji dojechaliśmy do zamrożonego Nowego Targu jak najbardziej właściwym pociągiem. Według naszych optymistycznych planów (i rozkładu jazdy PKP), mieliśmy tu być o 6:27. Wylądowaliśmy o 11:30...

Zaraz też okazało się, że autobus który mógł nas ewentualnie zawieść do Kowańca (takie góralskie osiedle w Nowym Targu) w którym jest start szlaku na Turbacz - odszedł zgodnie z rozkładem jazdy - o godzinie 11:15...

Ale zaraz nawinął się sprytny góral z taksówką który za 20,- zł zawiózł nas bez przeszkód już pod sam kościół w Kowańcu.

I tak zaczęliśmy z pięciogodzinnym opóźnieniem naszą turbaczową wędrówkę po górach Gorcach...

Pierwszy odcinek przeszliśmy nadspodziewanie szybko i bystro: z Kowańca do Dziubasówek - szliśmu sobie Małopolskim Szlakiem Papieskim. W tych to Dziubasówkach spotkaliśmy jakieś fajne dziewczyny z Warszawy, które właśnie szły po zakupy do Nowego Targu, a mieszkały sobie w czasie ferii gdzieś w tych Gorcach, na stokach Turbacza, w prywatnej chacie w Bukowinie (ale nie Tatrzańskiej). Pan Krzyś nie omieszkał zatrzymać dziewczyn na dłużej, na fotogarfiach... Och, ten pan Krzyś...


Potem, jeszcze wyżej, spotkaliśmy góralskie małżeństwo pracujące na Turbaczu, w schronisku. Też schodzili na zakupy. Chwilę porozmawialiśmy o pogodzie: kiedy to tu padało śniegiem, jakie to tu wiatry wiały i jakie to tu temperatury panują rano, w nocy czy za dnia.


Wędrując oczywiście co jakiś czas były postoje na różne sprawy, przede wszystkim na jedzenie. Pan Jacek miał wielki zapas czekolady i po kawałku każdy musiał jeść. Najbardzie stawiała się Karolinka Karczewska, że niby już nie może. Ale pan Jacek był nieubłagany. Ta czekolada to przecież energia...

Pan Krzyś pożyczył od Oli Krupy jej różowe okulary by patrzeć na świat bardziej optymistycznie. Swym optymizmem podzielił się z nami robiąc fotki odległych stoków Turbacza.




Pierwsze poważne oznaki zmęczenia (noc w podróży, nudne oczekiwanie na pociąg i marsz pod górę) dały o sobie znać w połowie trasy, czyli u zejścia szlaków czarnego i naszego żółtego. Tam, przy małym obelisku ku pamięci zaginionych myśliwych zrobiliśmy postój i gorącą herbatą, kanapkami i czekoladą reperowaliśmy nadwątlone siły i nastroje. A trzeba było mocno reperować, bo to dopiero połowa drogi... Pod górę i pod wiatr, wschodni... Do tej pory szliśmy raczej lasami które skutecznie nas chroniły od mroźnego wiatru ze wschodu. Teraz czekały nas bardziej odkryte przestrzenie Gorców.


Kolejny postój wypadł tuż przed słynną Kaplicą Papieską do któej jednak nie mogliśmy dojść bez kolejnego podbudowania morale u co młodszych uczestników naszej wyprawy. Okazywało się, że jednak siły zostały lekko przecenione...


Przy Kaplicy Papieskiej nie zatrzymywaliśmy się. Spod śniegu wystawały tylko dzwonnica i dach. Reszta zasypana śniegiem.
Od tego miejsca mieliśmy do schroniska na Turbaczu "tylko" jedną czwartą całej trasy licząc od dołu, od Kowańca w Nowym Targu. Ale był to najtrudniejszy odcinek, bo często trzeba było iść pod ten wschodni wiater po otwartych łąkach i halach, a i wieczór (jak to w górach) szybko już zapadał. W końcu była już godzina szesnasta z minutami... No i wędrowało się na resztkach energii zadanej nam w kolejnych szybkich kostkach coraz twardszej czekolady. Temperatura gwałtownie spadała i ta koncówka była bardzo ciężka. Dla wszystkich. A wszyscy byli zapłakani, i to nie z powodu braku sił, ale z tego ostrego lodowatego wiatru wschodniego co łzy wyciskał nieubłaganie.
Nawet samo najostatniejsze podejście do schroniska (jakieś 10 metrów!) było prawdziwą drogą przez mękę: w absolutnej już ciemności nie widać było lekko utwardzonej śnieżnej drogi, pełno było nawianego śniegu. Tylko światła z okien schroniska nas kierowały i wabiły ciepłem tak bliskim. Dobrze, że śnieg nie padał, bo jeszcze moglibyśmy i te światła przegapić w śnieżnym tumanie...

Jeszcze na koniec trzeba obeść cały budynek, bo wejście jest po przeciwnej stronie i już: zrobiło się cicho, ciepło i bezpiecznie...
Pan Jacek szybko pozałatwiał niezbędne formalności i ruszyliśmy do naszego pokoiku.



Na koniec wielkie żarcie (żurek z pieprzem i czosnkiem i różnymi mięsnymi wkładkami) oraz naleśniki z serem i herbata z sokiem malinowym. Karolinka żurku nie chciała, bo w żurku było jajko na które jest uczulona. To jajko zjadł pan Jacek na spółkę z panią Sylwią, a i tak tego jajaka to była tylko połowa. Reszty żurku Karolinka też nie chciała, to zjadł go pan Jacek, co nie mógł się najeść. Karolinka też nie chciała naleśników z serem, to dostała z dżemem, ale zjadła tylko jednego. Drugiego zjadł pan Jacek, bo ciagle nie mógł się jakoś najeść. Na szczęście herbatę Karolinka wypiła całą.
Potem to już tylko mycie (a woda tak wspaniale paży i ożywia całe zmęczone i udręczone ciałka) i spać. Jakoś nikt nie marudził i nasza wyprawowa cisza nocna zapadła lekuchno po dwudziestej godzinie.
Szliśmy więc na Turbacz tyle ile pan Jacek jeszcze w Warszawie wyliczał, czyli około pięć godzin. Tyle że drugie pięć godzin mieliśmy opóźnienia przez te pociągi. Wszyscy dotarli na górę, z kłopocikami, ale dotarli. I wszyscy są dzielni, i są kolejnymi gongowymi zdobywcami zimowego Turbacza!
I jeszcze na koniec tego zapiska pamiętnikarskiego pozdrawiamy Martę Ole!sińską, co całą wyprawę wymyśliła i pana Jacka namówiła, ale sama nie poszła, bo nie jest alpinistką.
Jak zostanie alpinistką, to zabierzemy ją na górską wyprawę na Gubałówkę... Kolejką linową!

23 stycznia
2006
Dzień drugi.

Jeśli na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie ich w celu uzupełnienia tych stron.

Napisz do nas.