MAJÓWKA-STYCZNIÓWKA
w ZALESIU G.
To wszystko wina Marty Ole!sińskiej! To ona to wymyśliła, a naiwny pan Jacek
dała się nabrać. Jak i cała reszta naszej naiwnej kadry...

No a więc tak...
Spotkaliśmy się na jakże znajomym z różnych wiosennych, letnich i jesiennych
wypadów peronie stacji PKP Warszawa Rakowiec. Marta od razu zaprezentowała oszałamiajacą
kurtkę nabytą przez całą jej rodzinę (mama, tata, ciocia, babcia, brat i styjek
oraz znajomy stryjka, znajomy jeszcze z przedszkola oraz pies co szczeka), a
Marcelinka przy pomocy pani Sylwi zaczęła szukać własnej legitymacji szkolnej,
jakoby zapomnianej... Tak przynajmniej stwierdził jej tatuś.

Jednak pan Jacek podejżewał, że tata Macelinki bardzo nie lubi chłodnych pożegnań,
bo biegiem ruszył do domu pod pretekstem odszukania owej legitymacji marcelinkowej...
A tymczasem pociąg nadjechał i pan tata Marcelinki nie musiał już męczyć się
machaniem chusteczką na pożegnanie córki. Tym bardziej, że w pociągu okna nie
otwierają się. W końcu jest zima. A jak zima, to zimno. No i zimne zimowe pożegnania
na mrozie. Jak to zimą, ten tego. To i po co na mrozie okna otwierać?

I tak radośnie dywagując na tematy takie właśnie i różne inne też, dojechaliśmy,
ale nie do Zalesia, a do Ustanówka, co jest o jeden przystanek dalej za ulubionym
Zalesiem.

Zaraz też zaczęły sypać się, nie, nie, nie płatki śniegu, a radosne wspomnienia
z Pierwszego Rajdu Samorządowego co odbył się na tej trasie jesienią ubiegłego
roku. W prawdzie z całego Samorządu obecne były tylko Marta Ole!sińska i Oleńka
Krupa, ale za to kadra była oczywiście w pełnym składzie. Resztę zespołu reprezentowali
dzielnie Marcelinka Marcjoniak (bez legitymacji szkolnej) i Adaś Gulatowski.

Więc dowiedzieliśmy się nareszcie, jak to swego czasu Staś Aleksiński szukał
drogi (w czasie tego Rajdu Samorządowgo) porównując zdjęcia satelitarne marszruty
z psychologicznmi reakcjami autochtonów...
Wszystko to w trakcie pokonywania zamarzniętych przeszkód wodnych...

Oszczędny pan Jacek miał nadzieję, że odnajdzie na rozległej łące jeszcze trochę
żółtej włuczki która służyła za strzałki dla jesiennych rajdowiczów. Niestety,
śnieg był mocno zmarznięty i ciężko było pod nim szukać cienkich żółtych nitek...

I tak wędrując sobie spokojnie i bez sensacji (jedyne zwierzątka napotkane to
pieski zza ogrodzeń oraz łasie - czyli my sami) natrafiliśmy na rajdowe strzałki
pozostawione samorządowcom przez kadrę jeszcze jesienią...

Przedzierając się przez ostępy puszczańskie i inne oczerety podwarszawskiej
miejscowości, dotarliśmy do kolejnego pamiętnego miejsca!
Oto naszym oczom ukazał się mostek na którym tak kadra jak i samorządowcy urządzali
sobie popasy swego jesiennego czasu.
Tym razem śladów nie znaleźliśmy, ale kolejny popas się odbył: kanapki, herbatki,
soczki i "co za widoczki"...

Pod grubym ale krystalicznie czystym lodem widzieliśmy wodne roślinki poruszane
leniwym prądem rzeczki która jeszcze jesienią przypominała raczej szereg błotnistych
bajorek.

Po popasie ruszyliśmy dalej, bo już byliśmy w połowie właśnie całej drogi przewidzianej
na całą wycieczkę. Pokonaliśmy więc kolejne przeszkody terenowe, a właściwie
to cały czas ta sama przeszkoda, czyli ta sama rzeczka. Trzeba więc było przedostać
się na prawy brzeg z tego lewego, co to nim sobie szliśmy...

I tak dotarliśmy sobie do zalesiańskich jeziorek zamarzniętych ze szczętem...
Marta natychmiast "się wywróciła" co refleksiasty reporter utrwalił sprytnie
i czujnie. Pan Jacek z poświęceniem "uratował" Martę od przymarznięcia
do jeziornej tafli, a reszta się śmiała...

Gdy już zbliżaliśmy się do ostatecznego celu naszej wyprawy, czyli na pole biwakowe
w Zalesiu, kadra zarządziła zbieranie odpowiednich gałęzi na ognisko. Więc gałęzie
zebraliśmy i poszliśmy z panią Sylwią bawić się w chowanego i inne zabawy na
pobliskim placu zabaw skąd na zimę nie zabrano zabawek, czyli różnych urządzeń
i konstrukcji do wygłupów indywidualnych i zbiorowych. A pan Krzyś z panem Jackiem
robili ogień z tych przytarganych gałęzi...

Jak już tylko nabawiliśmy się po pachy, to wróciliśmy do gotowego już ogniska
i piekliśmy wszystko co nam wpadło w ręce. Najczęściej to raczej kiełbaski.

Nie wszystkie przytargane gałęzie mogły znaleźć się w ogniu, bo na największej
pani Sylwia urządziła sobie z jednej strony wdzięczne siedzisko, a z drugiej
pan Jacek wykoncypował sobie stojak pod patyk z kiełbaskami. A wszystko po to,
by mógł z nieodpartym osobistym wdziękiem i naturalną, niewymuszoną swobodą
wpakować ręce do kieszeni i tak stać lub wędrować w koło ogniska, bo stwierdził,
że cały dym cięgle wieje w jego kierunku i wymusza łzy wzruszenia, a z kiełbasą
na patyku ciężko się przed dymem ucieka nie narażając otoczenia gongowego na
niespodziewane urazy i razy...

I tak okazało się wreszcie, że czas upływa nieubłaganie, czasem wolniej, czasem
szybciej, ale zawsze płynie. A wraz z czasem olotnił się nasz zapas paliwa ogniskowego
(gdzie są warty!!!). Więc Marta i Ola zaczęły wysyłać Adasia po coraz to nowe
gałązki...
Natomiast pan Jacek, jak już zjadł swoje kiełbachy, to z panem Krzysiem dostali
takiego szfungu, że spedzili panią Sylwię z siedziska i zaczęli się z tą gałęzią
mocować, by wpakować ją do naszego biwakowego pieca...

Ale nie dane im było rozdrobnić konaru. Tylko dziw, że panu Jackowi nie chciało
się wyciągnąć jeszcze raz z plecaczka swej sławnej siekierki... Wreszcie się
zdenerwował i cała gałąź znalazła się w ogniu i płomieniach...

A jak już przekonał się, że z tą grubą mu nie wjdzie, to z zemsty zabrał się
za chudszą. I na niej odreagował nadmiar kiełbasianej energii.

I dorzucił do pieca! Aż Marcelinka się śmiała śmiało.

Zwolna zapadał zmrok. Na dodatek zaczął padać drobny śnieg. I na koniec już
nie było czym palić, bo Adaś już nie chciał sam chodzić do lasu. Pewnie chciał
z koleżanką którąś...

Pan Jacek zarządził powrót do domów, zahaczając od niechcenia o stację w Zalesiu,
bo trzeba jeszcze dokupić bilety no i w ogóle...

W drodze powrotnej śnieg padał coraz większy, pan Jacek śpiewał i razem z panem
Krzysiem "pomagał" chodzić Marcie i Oli, aż wszyscy dotarliśmy do
stacji z kioskiem i kasą biletową... Pan Jacek załatwił bilety, a Marta załatwiła
z gwinta colę dietetyczną, smacznego...
Śnieg rozpadał się na dobre, więc udaliśmy się na peron, by nie przegapić pociągu.
Pociąg był piętrowy, więc pani Sylwia zabrała się za jedzenie kolacji, a pan
Jacek wypijał jej Kubusia...
Wreszcie dojechaliśmy do Rakowca przeżywając dramatyczna kontrolę biletów...
Marta jeszcze zauważyła, że w tej wycieczce powinni uczestniczyć wszystkie osoby
wybierające się na Turbacz... Ona sama nie pojedzie, bo nie jest alpinistką...
Może kiedyś zostanie taterniczką, to zabierzemy ją kolejką linową na Gubałówkę...
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.
