8 stycznia
2006
GONGOWE KOLĘDOWANIE w KOŚCIELE OPATRZNOŚCI BOŻEJ
Od rana (10:45 - nasza zbiórka) pan Jacek był szczęśliwy, bo jeszcze wczoraj, razem z panem Krzysiem, wszytko przygotowali na dzisiejszy koncert. Dwie kolumny głośnikowe z dwoma statywami, cztery mikrofony z czterema statywami, mikser z kablami i przedłużaczami, kasety i nasze tegoroczne kalendarzyki do rozdawania, aparat fotograficzny, bajerancka skrzynka na kabelki, żółta skrzynka na kable...
I w zasadzie brakowało tylko nas i rodziców z samochodami...
Niespodziewanie pojawiła się Ola Krupa, która jakoś zrezygnowała z imienin babci u babci, albo też kazała jej przyjechać na koncert jako na prezent imieninowy - tego nie wie nikt!

I tu nagle okazało się, że bardzo potrzebna jest taczka do transportu kolumn, bo samochodów rodzicielskich zabrakło dzisiaj jakoś tak nadzwyczajnie. Nikt jednak z tego powodu nie płakał. Nieśliśmy wszystko co do taczki nie wlazło. A że podobno nieszczęścia chodzą parami, to przy rozstawianiu sprzętu okazało się, że oprócz tych samochodów, brak naszej orkiestry, czyli laptopa szefowskiego zwanego pieszczotliwie ROZUMKIEM. Dobrze, że Kościół Opatrzności Bożej jest blisko naszego Domu Kultury... Dobrze też, że pan Krzyś ma bardzo dobry sprint, bo szybko uwinął się w obie strony...
I nawet starczyło czasu na w miarę spokojną odporawę (tym razem wyglądało to tak jak na jakiejś lekcji szkolnej bardzo) i na tycie rozśpiewanie...
A przed kościołem czekała na zespół Marta Ole! we własnej osobie, która postanowiła, że jednak nie zadba o podwyższenie średniej z tej tam geografii i przybyła koncertować wraz z bratem Marcinkiem.
Zaraz potem wszyscy na Mszę Świętą w dolnym kościele...

I zaraz po Mszy ruszył nasz koncert z cyklu GONGOWE KOLĘDOWANIE...

Był to nasz pierwszy występ w tej świątyni, więc pierwsze kolędy przyjmowane były bardzo spokojnie...

Ale po następnych oklaski były coraz mocniejsze i coraz energiczniejsze...

Nie obyło się bez tragicznych wpadek, kiedy to dwie panienki koniecznie chciały założyć Klub Nietrafionych Wejść, rozpoczynając śpiewanie swych zwrotek zbyt wcześnie, jeszcze na przygrywkach...

Koncert całkiem długi, zbliżał się do końca, a w dolnym kościele robiło się coraz goręcej, coraz sympatyczniej...

Aż wreszcie po ostatniej kolędzie oklaski nie chciały umilknąć, nawet wtedy, gdy nasz szczęśliwy Szefuńcio chciał dziękować za życzliwość publiczności.

I jak już podziękował, to zaprosił wszystkich do naszych kaset i kalendarzyków, a pan Tomczykowski je rozdawał. I zbierał życzliwe datki (całe 211 złociszów!).
A pan Jacek zbierał na boku pochwały, podziekowania i gratulacje, i nawet rozdawał autografy na naszych kasetach...

Po tak udanym koncercie okazało się, że jest jedna laweta (patrz: reklama na naszej pierwszej stronie) do transportu (sprzętu i taczki) wraz z kierowcą, tatą Sylwi... A do przenoszenia sprzętu na miejsca zostało raptem sześć osób z całego zespołu, wraz z kadrą, czyli panami Jackiem i Krzysiem.

Więc wszyscy dostali po wielkiej i smacznej czekoladzie...
8 stycznia
2006

Jeśli na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie ich w celu uzupełnienia tych stron.

Napisz do nas.