|
|
8
- 31 lipca
1987

|
|

Po
raz pierwszy ruszyliśmy na prawdziwy podbój wielkich scen!
Zwartą i przejętą gromadą ruszyliśmy autokarem do Kielc, gdzie mieliśmy wziąć
udział XIV HARCERSKIM FESTIWALU KULTURY MŁODZIEŻY SZKOLNEJ
"KIELCE 87".
To wielka, ogólnopolska impreza, i nasze kierownictwo zdecydowało, że tylko
nas tam brakuje...
Przywieźliśmy ze sobą nasze najnowsze piosenki, z Dziabagiem na czele.
Sam dziabąg wykonywany był przez Mamę pana Jacka, a Piotrek Bułka, dla którego
to to było szyte, musiał co chwila pakować się na stół, do kolejnej przymiarki.
Na Dziabąga poszła osobista, żółta i bardzo futrzana kapa z łóżka pana Jacka...
Ponadto mieliśmy przygotowane specjalne pocztóweczki z pozdrowieniami gongowymi
dla znajomych i nieznajomych. Rozdawaliśmy je komu się dało!
Pierwszy
występ, i to od razu konkursowy mieliśmy 10 lipca w Wojewódzkim Domu Kultury
w Kielcach. Pokazaliśmy oczywiście nasze sztandarowe już piosenki: DZIABĄG
i HIP, HIP, HIPOPOTAM. Nie był to najpiękniejszy występ, a najwięcej kłopotów
mieliśmy z lasem mikrofonów, które przeszkadzały wszystkim, a przede wszystkim
samemu Dziabągowi.

Już prawie od pierwszego dnia pobytu zaczęły się próby i próby. Najpierw jednak
były to spotkania z konsultantami różnymi, co dzień innymi. Wreszcie jednak
dano nam spokój i pozwolono samodzielnie zadbać o nasz własny czas.
Już
większy popis daliśmy w trakcie wiekszego festynu w Parku Sienkiewicza, w
tamtejszej muszli koncertowej.
Kolejny
odbył się na ulicy (deptaku) Sienkiewicza. Tam Dziabąg wzbudzał sensację i
ogólny podziw.


Zaczęto
też o nas pisać w gazetach. Na początek trochę skromnie, ale zawsze dobre
i to, że nazwy naszej nie pokręcono... Jednak był to znak, że cały czas mamy
co robić, bo koncertów trochę było. A zapowiadano nasz występ na koncercie
w Sielpi (20 lipca), dla tamtejszych kolonistów. Razem z naimi i innymi zespołami
wybrała się komendantka naszego obozu wokalnego, pani Ela Markiewicz...
A pomiędzy
koncertami trafiały się przygody...

Pewnego
dnia postanowiliśmy wybrać się na piechotkę do pobliskiej jaskini "Raj".
Szło nam się powoli, bo upał i mało kto właściwie znał drogę. I prawie byśmy
doszli. Ale z tego upału coś się komuś pokiełbasiło i trafiliśmy do jaskini
"Piekło", która, o dziwo, jest tuż pod szczytem pewnej górki. A
ta jaskinia "Raj" jest wręcz przeciwnie, u podnórza tej same górki.
Koło tego "Piekła" pan Jacek powiedział, że jak oddamy cześć jakiejś
tam bogini, to może jakieś jedzenie i picie się znajdzie... Więc prawie wszyscy
padli na kolana i dalej błagać: "O, bogini, ześlij nam coś do jedzenia!"
Ale bogini milczała.
Pewnie dla tego, że dwie najbardziej poważne dziewczyny nie chciały się wygłupiać.
Jednak reszta zespołu solidarnie sprowadziła te poważniaczki na właściwe miejsce,
czyli na kolana, do bicia pokłonów. No i okazało się, że na wielkim kamieniu
nagle ukazały się paczki z kandyzowanymi gruszkami w czekoladzie oraz dwie
litrowe flaszki coca-coli. Trochę jej mało jak na cały zespół, ale marudzić
nie wypada. Dla każdego po kilka łyków i te tam gruszki.
Tylko dla czego pan Jacek tak blisko był tego kamienia i dla czego nikt nie
widział, jak prezenty się zjawiają?
I tak, trochę błądząc, trochę marudząc, spóźniliśmy się na obiad.

Innego
dnia postanowiliśmy zobaczyć, co to też takiego ta "Kadzielnia",
w której za jakiś czas mamy rozpocząć próby z całym festiwalem (razem jakieś
1.500 osób!).
Postanowiliśmy wobec tego, że trzeba być przygotowanymi na wszystko! Trzeba
wybrać się do tej "Kadzielni" i tyle.
Zobaczyliśmy wielki amfiteatr w starym wyrobisku po kamieniołomach. Obok sceny,
na jej zapleczu, znajduje się miejsce z nazwami różnych zespołów które kiedyś
uczestniczyły w poprzednich festiwalach. Postanowiliśmy więc i my swój znak
zostawić. Wszyscy dziarsko zabrali się do roboty i znaczek szybko został zrobiony.
Zostało nam jeszcze trochę czasu, więc jak zawsze odważna i "pierwsza
do wszystkiego" Agi Nowicka podpuściła pana Jacka i ten zgodził się wypuścić
kilkanaście dziewczyn na zwiedzanie dokładniejsze tej całej "Kadzielni".
Po jakiejś chwili ukazały się nad przepaścią na trasie spacerowej od dziury
w ścianie do kolejnej. Pan Jacek mało zawału nie dostał i się zdenerwował.
Wreszcie troszkę sobie w upale przysnął z tych nerw, a niedobre (te najpoważniejsze)
dziewczyny uwiły mu na głowie małe gniazdko...
Innego
razu pan Jacek nieopatrznie pożyczył jakimś dziewczynom specjalny kabelek
do łaczenia magnetofonu z urządzeniem wzmacniającym. No i kabelek nie wrócił
do nas (czyli do pana Jacka. Nie pomogły nawet listy gończe wywieszone na
terenia całego internatu... Nie pomogła nawet wizja specjalnej, słodkiej nagrody...
I
tak czas nam mijał na koncertach w różnych miejscach: w parku (w muszli koncertowej),
na koloniach, w szpitalach...
Zaczęły się też poważniejsze próby, bo okazało się, że pan reżyser zarzyczył
sobie naszą piosenkę HIP, HIP, HIPOPOTAM do koncertu
finałowego. Więc zaczęliśmy intensywnie ćwiczyć ruch i cały układ, a gdy raz
zdarzyło się, że coś na próbie w Kadzielni nie wyszło przy całym festiwalu,
to pan Jacek zebrał nas w sali gimnastycznej i do upadłego ćwiczyliśmy ten
jeden fatalny fragment ("...hipek w chmurach!").
A jak już był zadowolony, to nas puścił spać... Och, podły ten pan nasz...
Wiele
zainteresowania wzbudzał nasz Dziabąg. Raz nawet został wypożyczony przez
sztab festiwalu, gdzie dorośli przymierzali go i sprawdzali, jak ciężką ma
pracę nasz Piotrek Bułka - mistrz dziabążenia.
Wreszcie naszym piosenkowym stworem zainteresowała się prasa tutejsza, bo
Dziabąg często wędrował ulicami Kielc na kolejnr koncerty. Wreszcie reporterzy
dopadli nas i wszystkiego się dowiedzieli o zespole. A co się dowiedzieli
to i napisali...

I
przyznać skromnie trzeba, że takie wywiady bardzo nam odpowiadają, że chętnie
więcej opowiemy, co się dzieje w zespole, niekiedy nawet po ciszy nocnej,
kiedy to stale te same dziewczyny (pok. 42!) piszą podania o cukier do herbaty
gotowanej po kryjomu, by pan Jacek się nie dowiedział.
Bo takie gotowanie w pokojach było zabronione bardzo surowo przez naczelną
komendę obozu naszego.
Z drugiej strony pracy sporo, więc pan Jacek udawał, że nic nie widzi i wszystko
było OK! Ponadto znajdywały się i takie osoby, co podpuszczały szefa na różne
nocne opowieści...


Wreszcie
festiwal powoli dobiegał końca...
Zaczynały się nerwy, czy zasłużyliśmy na jakieś miejsce, czy chociaż na wyróżnienie.
No bo to całą Polska tutaj i tańcząca i śpiewająca, a my raptem pięć lat mamy,
i nie za bardzo pewni siebie, i w ogóle...
Nadszedł ten ostatni w Kielcach wieczór, koncertowy, galowy, 30 lipca 1987
roku...
Po długim i bardzo uroczystym wstępie ogłoszono wyniki...
Cały zespół stał na scenia wśród wszystkich pozostałych uczestników, a trójka
naszych przedstawicieli (Tania Kalińska, Radek Jagiełło i Lidka Zalesińska)
stali w szeregu i odbierali z rąk Naczelnika Związku Harcerstwa Polskiego
dyplom i piękną ZŁOTĄ JODŁĘ! Ta trójka musiała zachowywać się dostojnie, ale
reszta zespołu krzyczała z radości. Dziewczyny (również te najpoważniejsze)
od razu rozpłakały się. I nie trzeba się dziwić, bo wszyscy, bez wyjątku na
ten sukces pracowali w pocie czoła.
Pan Jacek był na widowni i wszystko to widział, ale nie mógł uwierzyć. Dopiero
podchodący do niego z gratulacjami instruktorzy z innych zespołów uświadomili
mu, że to najszczersza prawda.
Gdy zespół spotkał się wreszcie ze swym kierownikiem za kulisami tej wielkiej
sceny, radości i kolejnym łzom nie było końca. Żałowano też, że nie ma z nami
naszej pani Asi.
Nikt nie wiedział, jak szybko i radosnie minął cały, wielogodzinny koncert
zakończony wspólnym śpiewem na ponad półtora tysiąca gardeł i wspaniałymi
fajewerkami nad Kadzielnią.
Nikt
nie wie, jak pan Jacek zdobył w środku nocy złotego, francuskiego szampana.
Czekał na nas w internacie, do którego wróciliśmy mocno po północy. Każdy
dostał tyci łyczek, każdy mógł potrzymać "naszą" ZŁOTĄ JODŁE - i
zaraz spać!
Dopiero
następnego dnia, gdy wyrywaliśmy sobie z rąk kupione w kioskach gazety, w
pełni dotarł do nas rozmiar i wielkość naszego sukcesu.
Bo przecież jury festiwalu nie przyznało Jodły Srebrnej, a od razu Brązowej.
Znaczyło to, że uznano nas za lepszych od najlepszych!

W
festiwalu uczestniczyli następujący gongowicze: Kasia
Aleksandrowicz, Jarek Bułka, Piotr Bułka, Marta Chojecka, Renata Drużyńska,
Becia Gadomska, Piotr Jagiełło, Radzio Jagiełło, Asia Kaczmarczyk, Tania Kalińska,
Agi Kaszczewska, Agi Konopka, Ola Kowalczyk, Paweł Kowalczyk, Gosia Kryńska,
Ania Łukaszewicz, Magdzia Michalczyk, Gosia Noakowska, Agi Nowicka, Gosia
Orłowska, Dorcia Prawicz, Iza Sadowa, Magdzia Skowyra, Teresa Tomczak, Lidzia
Zalesińska i Ania Zapart.
Kadra: Jacek Kowalczyk, Liliana Trojanowska-Celmer, Anna Giblewska.
Jeśli
na tej stronie natraficie na informacje błędne, mylne lub niepełne - dajcie nam
znać uderzając w poniższy gong. Uzupełnimy wszelkie braki i poprawimy nieprawidłowości.
Jeśli posiadacie jakiekolwiek pamiątki z tego okresu - prosimy o udostępnienie
ich w celu uzupełnienia tych stron.